Historia polskiego żołnierza rannego w Afganistanie

Marta Teresa
Polski żołnierz podczas patrolu w prowincji Ghazni
Kuba Dąbrowski/Polityka.pl

Polski żołnierz podczas patrolu w prowincji Ghazni

Było najgorszą częścią pobytu w Rammstein. Tak to przynajmniej wspomina Paweł. Aspiracje rozbudzali w nim Amerykanie. Na sali, gdzie leżał, często leciał w telewizji program kulinarny. To też była część programu motywacja. Im bliżej było wiosny, tym bardziej Pawłowi marzyły się młode ziemniaczki, kapustka i schabowy. Oczywiście polskie młode ziemniaczki. I to najlepiej jedzone w Polsce.

Dlatego informacja o powrocie do kraju bardzo go ucieszyła. Polscy i amerykańscy lekarze długo się zastanawiali, kiedy będzie ten najlepszy moment na transport. Amerykanie, którzy płacili za jego leczenie, za punkt honoru postawili sobie doprowadzenie go do stanu, w którym będzie mógł poruszać się na wózku. Do tego potrzeba jednak dwóch zdrowych rąk. Dlatego jednym z priorytetów był lewy łokieć. Przesunęli nawet nerw, żeby nie zarastał, przecież miał mu być bardzo potrzebny.

12 kwietnia Amerykanie przewieźli Pawła do Polski. Specjalnego powitania nie było, bo wojsko opłakiwało śmierć swoich dowódców w katastrofie smoleńskiej. Poważna atmosfera panowała i w szpitalu. Pawłowi szybko zaczęło brakować bezpośredniości i poczucia humoru Amerykanów. W szpitalu dostał jedynkę, telewizor i dużo ciszy, która miała mu pomagać w odzyskiwaniu sił. Nudę z rzadka przerywały wizyty. Jeden z generałów, który go odwiedził, powiedział, że dobrze wie, co Paweł czuje, bo sam ma chory kręgosłup. Inny kazał dzwonić do siebie, gdyby cokolwiek było potrzebne. Ale nie zostawił numeru. Zresztą odwiedziny szybko ustały. Tym bardziej że stan pacjenta zaczął się pogarszać.

Najpierw okazało się, że standardowy materac przeciwodleżynowy, na którym go położono, jest dla niego za twardy. Metalowe elementy stabilizacji kręgosłupa zaczęły przebijać skórę i pojawiło się ryzyko zakażenia. Po dwóch tygodniach Wojskowy Instytut Medyczny w Warszawie zakupił pierwszy sterowany komputerowo materac powietrzny. Szpital w Rammstein ma takie w standardzie. Później okazało się, że Paweł ma dziurę w przełyku, która mogła być pozostałością po amerykańskich zabiegach. O ziemniaczkach i kotleciku można było zapomnieć. Zresztą w szpitalu i tak ciągle podawali stare ziemniaki.

Czas

Z biegiem dni pogarszał się nie tylko stan zdrowia pacjenta, ale i relacje pomiędzy Martą a częścią personelu medycznego. Niektóre pielęgniarki drażniło, że Marta nie przestrzega godzin odwiedzin pacjentów. Wypytuje o każdą czynność, którą robią koło Pawła. Wojenny topór został wykopany, kiedy poskarżyła się, że Paweł nie ma codziennie podłączanej maszyny do rozdrabniania wydzieliny, która gromadziła mu się w płucach. Specjalne urządzenie dostał od Amerykanów, którzy kategorycznie kazali przestrzegać codziennego wykonywania tego zabiegu. W Polsce uznano, że maszyna nie jest potrzebna.

Paweł jest sparaliżowany od pasa w dół. Nie umie jeszcze sam odkaszlnąć zawiesiny, która gromadzi mu się w płucach. Zresztą jedno i tak ma zapadnięte, więc trzeba specjalnie o nie dbać – tłumaczy Marta.

Z lekarzami też nie poukładała sobie relacji. Kiedy oni mówili jej, że właśnie uratowali Pawłowi życie, bo rana w przełyku mogła zakończyć się sepsą, ona dopytywała, kiedy zajmą się lewym łokciem, bo czas ucieka i za chwilę Paweł będzie bez nóg i z unieruchomioną ręką. – Dotychczas walczyliśmy o jego przeżycie. Jak już będzie w lepszej kondycji, wtedy na pewno będziemy podejmować próby poprawy funkcji lewego stawu łokciowego. Wiemy z doświadczenia, że im później, tym gorzej, ale niestety coś za coś. Rehabilitacja Pawła może potrwać od trzech do pięciu lat, a rokowanie co do odzyskania przez niego samodzielności jest niepewne. I my staramy się pani Marcie poprzez naszego psychologa to wyjaśnić, ale ona nie przyjmuje tego do wiadomości – mówi płk Krzysztof Staroń, dr nauk medycznych i zastępca dyrektora Wojskowego Instytut Medycznego, czyli szpitala przy ulicy Szaserów w Warszawie.

Rozmowa z psychologiem i psychiatrą, na którą zaproszono Martę, nie wypadła najlepiej. – W Stanach też rozmawiałam z psychologiem. Wspierał mnie i tłumaczył, że muszę być silna, bo Paweł tego ode mnie potrzebuje. W Polsce psycholog kazał mi się pogodzić, że Paweł do końca życia będzie kaleką, i zapomnieć, że coś więcej da się dla niego zrobić. Po co w tej rozmowie uczestniczył psychiatra, nie wiem, ale chyba ktoś chciał sprawdzić, czy nie jestem wariatką, bo walczę o zdrowie własnego chłopaka. To chore – mówi dziewczyna Pawła. Marta wyciągnęła z tej rozmowy wnioski po swojemu. Zaczęła walczyć, żeby Paweł był rehabilitowany nie 30 minut, ale 4 godziny dziennie, jak to miało miejsce w Rammstein.

Zmęczenie

U Pawła jest bardzo wyraźne. Po zdjęciach widać, że schudł. Ile waży, nie wiadomo. Ostatni raz był ważony w Rammstein. Wśród wielu funkcji, które miało łóżko, było też automatyczne ważenie pacjenta. Łóżko było też przystosowane do współpracy ze specjalnym urządzeniem, na którym Pawła wożono pod prysznic. W Polsce myty jest gąbką na łóżku. – Paweł dostał wszystko, co ma do zaoferowania medycyna. Niezwłocznie wykonywane są wszystkie badania, zabiegi i operacje. Kosztów leczenia jeszcze nie podsumowaliśmy, ale będą to raczej setki, a nie dziesiątki tysięcy złotych. Ale my nie patrzymy na koszty w stosunku do rannych żołnierzy, tylko leczymy – dodaje płk Staroń.

Marta też wygląda na bardzo zmęczoną. Ale się nie poddaje. Zastanawia się, jak dotrzeć do ministra obrony narodowej. Minister przyznał Pawłowi mieszkanie, kupił mu wózek elektryczny za niemal 90 tys. zł. Marta liczy, że minister niebawem odwiedzi go też osobiście. Sprawdziła już w przepisach, że tylko on może zadecydować o leczeniu za granicą.

Pomimo zmęczenia i bólu po zabiegach Paweł odmawia przyjmowania morfiny. Chce być świadomy, żeby nic mu nie umknęło. W Rammstein odwiedziła go jakaś Polka ze swoim mężem. – Wielki, czarnoskóry mężczyzna. Z wojsk inżynieryjnych, tak jak ja. Ona taka drobna. Przyszła przywitać się ze mną, bo znała moją historię. Nachyliła się nade mną i powiedziała mi na ucho, że najwidoczniej mam coś jeszcze do zrobienia na ziemi, skoro przeżyłem. Uśmiechnęła się i poszła. Teraz czekam na to coś, co mam zrobić.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną