IPN czeka na szefa

Pamięć do wzięcia
Po rocznym bezkrólewiu dobiega końca procedura wyboru nowego prezesa IPN. Przez wiele miesięcy trwała walka o polityczne panowanie nad Instytutem i nie wiadomo, czy wybór następcy Janusza Kurtyki ten konflikt zakończy.
Faworytem Platformy jest 58-letni Janusz Wrona, profesor Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej z Lublina.
Mirosław Trembecki/PAP

Faworytem Platformy jest 58-letni Janusz Wrona, profesor Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej z Lublina.

Najmłodszym z kandydatów jest Łukasz Kamiński, 38-letni dyrektor Biura Edukacji Publicznej.
Krzysztof Pacuła/Forum

Najmłodszym z kandydatów jest Łukasz Kamiński, 38-letni dyrektor Biura Edukacji Publicznej.

Marek Lasota zaliczany jest do towarzyskiego kręgu byłego prezesa Janusza Kurtyki.
Grzegorz Kozakiewicz/Forum

Marek Lasota zaliczany jest do towarzyskiego kręgu byłego prezesa Janusza Kurtyki.

Gdyby o wyborze prezesa decydowały życiorysy, to zapewne zostałby nim 62-letni Kazimierz Wóycicki.
Jerzy Dudek/Fotorzepa

Gdyby o wyborze prezesa decydowały życiorysy, to zapewne zostałby nim 62-letni Kazimierz Wóycicki.

Wszystko powinno być jasne we wtorek, 31 maja, chyba że konkurs nie zostanie rozstrzygnięty. Będzie więc tak: naprzeciw dziewięciu członków Rady Instytutu Pamięci Narodowej po kolei pojawią się kandydaci na prezesa, by opowiedzieć o swojej wizji Instytutu. Na te publiczne przesłuchania rada zarezerwowała sobie początkowo aż dwa dni, licząc, że w konkursie weźmie udział znacznie więcej osób.

Ustalono już, że prezes będzie wybrany w dwóch tylko głosowaniach. W pierwszej rundzie każdy z członków komisji zagłosuje na swojego faworyta. Dwóch najlepszych wejdzie do finału, a tam do zwycięstwa potrzeba będzie aż pięciu głosów poparcia.

– Jeśli głosowanie tego nie rozstrzygnie, to ogłosimy drugi konkurs – mówi historyk związany z IPN. – A to by oznaczało, że nowego prezesa poznamy nie w czerwcu, lecz najwcześniej w grudniu. Do tego czasu Instytut może pogrążyć się w jeszcze większej zapaści.

Czterech na jednego

Kandydatów jest tylko czterech.

– Ci, którzy wiedzą, jak trudne, odpowiedzialne i męczące jest to zajęcie, wcale się do tego nie palą – mówi Jerzy Eisler, dyrektor warszawskiego oddziału IPN. – Dużo większy splendor daje stanowisko rektora uniwersytetu, prezesa PAN, ministra czy marszałka Sejmu lub Senatu, choć apanaże są znacznie mniejsze.

Trójka kandydatów to byli i obecni pracownicy IPN.

Gdyby o wyborze prezesa decydowały życiorysy, to zapewne zostałby nim 62-letni Kazimierz Wóycicki, którego opozycyjne korzenie sięgają buntów w 1968 r. Były uczestnik akcji pomocowych dla robotników Radomia i Ursusa w 1976 r., brał udział w opozycyjnych głodówkach, redaktor podziemnego „Głosu” i doradca Solidarności.

A także dziennikarz BBC, Wolnej Europy, redaktor naczelny „Życia Warszawy”, dyrektor Instytutu Polskiego w Düsseldorfie, wykładowca akademicki i wreszcie dyrektor szczecińskiego oddziału IPN. Ma doświadczenie dyplomatyczne i kontakty międzynarodowe.

Wóycicki jako jedyny z tego grona nie jest historykiem, ale filozofem. Jednak nie to jest największą przeszkodą; panuje opinia, że nie poradził sobie organizacyjnie z kierowaniem oddziałem w Szczecinie. Dopiero po jego odejściu udało się zlikwidować wszechogarniający bałagan.

Dyrektorem oddziału w Krakowie jest 61-letni Marek Lasota, autor bestsellera „Donos na Wojtyłę”. Najbardziej upolityczniony ze wszystkich kandydatów: był posłem PC, działaczem SKL, a ostatnio radnym Platformy Obywatelskiej. Związany z opozycją lat 70. w krakowskim SKS, potem w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Lasota zaliczany jest do towarzyskiego kręgu byłego prezesa Janusza Kurtyki i postrzegany jako jego kontynuator.

Najmłodszym z kandydatów jest Łukasz Kamiński, 38-letni dyrektor Biura Edukacji Publicznej. Ambitny, niezwykle pracowity, niezły organizator – mówią jego zwolennicy. Przeciwnicy uważają, że jest za młody i za radykalny.

Faworytem Platformy jest 58-letni Janusz Wrona, profesor Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej z Lublina. Jego największym atutem jest to, że nie miał dotychczas nic wspólnego z IPN, a jednocześnie jest wybitnym znawcą PRL. Jego książka o narodzinach systemu władzy: „System partyjny w Polsce 1944–1950”, do dziś uważana jest za jedną z najlepszych prac w tej kategorii. Ma też dużą wiedzę związaną z lustracją, bo to właśnie jemu arcybiskup Józef Życiński powierzył sześć lat temu kierowanie komisją badającą inwigilację na KUL.

– Nie ma szans, by przewidzieć, którego z kandydatów wybiorą członkowie Rady – mówi historyk związany z IPN. – Gdybyśmy wiedzieli, na kogo zagłosują, gdyby przepadł ich faworyt, łatwiej byłoby odgadnąć zwycięzcę. Nowy prezes musi mieć za sobą większość w Radzie, a to oznacza, że będzie kandydatem kompromisu.

Na koniec wybrany przez Radę kandydat będzie musiał przekonać do siebie większość posłów.

Próba samoobrony

Bitwa o IPN rozpoczęła się zaraz po tym, jak w Smoleńsku runął prezydencki samolot z prezesem Januszem Kurtyką na pokładzie. Dwa dni później Kolegium IPN, w którym dominowali ludzie PiS, zdecydowało, że ogłosi konkurs na następcę Kurtyki. Wiadomo było, że nie może być skutecznie rozstrzygnięty, bo nawet jeśli Kolegium przeforsuje swojego kandydata, nie ma szans przepchnąć go w zdominowanym przez koalicję PO-PSL Sejmie. Ponadto gotowa była już nowelizacja ustawy o IPN, likwidująca Kolegium IPN i przewidująca zupełnie inny tryb wyboru prezesa.

Przewodniczący Kolegium prof. Andrzej Chojnowski uważał, że w tej sprawie trzeba prowadzić negocjacje z Bronisławem Komorowskim, pełniącym wówczas obowiązki prezydenta. Większość się na to nie godziła, więc Chojnowskiego odwołano, wybierając na szefa Kolegium mianowaną przez Lecha Kaczyńskiego Barbarę Radziejowską-Fedyszak, wyraźnie zaangażowaną politycznie po stronie PiS.

– To była próba samoobrony, bo mieli poczucie, że za chwilę stracą Instytut – opowiada historyk związany z IPN. – Cel tej operacji polegał na zablokowaniu zmian poprzez uwikłanie Sejmu w skomplikowany spór prawny.

I dość konsekwentnie ten scenariusz posłowie PiS realizują do dziś.

W maju 2010 r. partia Kaczyńskiego chciała zablokować nowelizację ustawy, próbując wywrzeć presję na Bronisławie Komorowskim, by jej nie podpisywał, argumentując, że zmarły prezydent by tego sobie nie życzył. Posłowie PiS powtarzali, że prezydent zamierzał ją skierować do Trybunału Konstytucyjnego, że dzień przed odlotem do Smoleńska leżała już na jego biurku.

Jednocześnie trwał wyścig z czasem, by zdążyć z wyborem kandydata na prezesa przed wejściem ustawy w życie. Problem polegał na tym, że kandydatów było niewielu, gdyż wszyscy zdawali sobie sprawę z tymczasowości sytuacji, a na dodatek żaden z nich nie złożył kompletu dokumentów. Nawet faworyzowany w Kolegium Sławomir Cenckiewicz, jeden z likwidatorów WSI i autor książki „SB a Lech Wałęsa”, nie dołączył swojego świadectwa o niekaralności. Konkurs został nierozstrzygnięty, a członkowie Kolegium niepowodzeniem obarczyli polityków Platformy, którzy rzekomo postraszyli, że wyłoniony w konkursie kandydat i tak nie ma szans w Sejmie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną