Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Zawieruszeni i przyczajeni

W bitwie o stanowisko prezesa Polskiego Radia chodzi już tylko o to, która frakcja SLD przejmie tam władzę. Bo to, że Polskie Radio trafi w ręce Sojuszu, jest raczej pewne.

O dyrektorze Marku Gawkowskim dziennikarze Trójki mówią, że wyjątkowo solidnie podchodzi do swojej pracy. Przychodzi rano, zamyka się w swoim gabinecie na pierwszym piętrze i siedzi tam przez bite osiem godzin. – Bardzo uczciwie tam odsiaduje, choć mógłby przecież w ogóle nie przychodzić – mówi jeden z dziennikarzy.

Marka Gawkowskiego ściągnął do Trójki związany z PiS Jacek Sobala, gdy pod koniec 2009 r. sam objął stanowisko dyrektora stacji. Gawkowski jako jego zastępca miał czuwać nad finansami stacji. Po pięciu miesiącach Sobala pożegnał się z Trójką, lecz zastępca pozostał. Nowa dyrektor Magda Jethon z jego usług jednak nie korzysta. Gdy w ubiegłym roku z list Prawa i Sprawiedliwości Gawkowski ubiegał się w Markach o mandat radnego, na swojej ulotce napisał, że odpowiada za finanse Trójki i ma doświadczenie w zdobywaniu środków unijnych. Tym jednak się w Trójce na pewno już nie zajmuje i, prawdę mówiąc, nie wiadomo, co robi. On sam na ten temat nie chce rozmawiać.

– No, niestety, muszę w tym miejscu zakończyć rozmowę – mówi Gawkowski, który kilka dni temu wystartował w konkursie na stanowisko członka zarządu Polskiego Radia.

Martwe dusze

O takich jak dyrektor Gawkowski radiowcy mówią „zawieruszeni” lub „martwe dusze”. Są to pracownicy, których zarząd, z prezesem Jarosławem Hasińskim, nie zwalnia, choć nie wykonują żadnych bądź prawie żadnych prac.

Dotychczasowym królem zawieruszonych był Szymon Sławiński, były wicedyrektor Trójki, gdy rządził nią Krzysztof Skowroński. Potem, jako wicedyrektor, trafił do Programu IV Polskiego Radia, skąd został odwołany w listopadzie 2009 r. Wysoką dyrektorską pensję udało mu się utrzymać jeszcze przez rok, choć do pracy już nie przychodził. Sześciomiesięczne wypowiedzenie wręczono mu dopiero pod koniec następnego roku, dzięki czemu pobierał pensję przez 1,5 roku.

Zawieruszonych wśród 1300 pracowników Polskiego Radia najłatwiej poznać na listach płac po zarobkach. Zarabiają oni dużo więcej niż ich koledzy, nawet ci ze znacznie dłuższym stażem pracy, ponadto chroni ich półroczny lub 9-miesięczny okres wypowiedzenia i zwykle zaczynali w 2006 r., gdy Polskie Radio trafiło w ręce koalicji PiS-Samoobrona-LPR. Przewodniczący Rady Nadzorczej PR prof. Stanisław Jędrzejewski mówi, że z takiej superochrony korzystał m.in. Jacek Sobala, który brał odprawę dłużej, niż pracował. (Przez 5 miesięcy był dyrektorem Trójki, a przez następne pół roku brał pensję).

Od kilku miesięcy w Polskim Radiu, borykającym się z coraz większymi kłopotami finansowymi, trwa wielkie polowanie na martwe dusze. Wybrana w kwietniu nowa Rada Nadzorcza zażądała od prezesa Hasińskiego wykazu osób zatrudnionych w ostatnich latach, informacji, na jakich warunkach zostali zatrudnieni i jak wysokie koszty odpraw poniosło bądź poniesie radio, gdyby ich zwolniło. – W tej chwili dopiero gromadzimy dane – mówi profesor Jędrzejewski.

W partyjnej bitwie o media Polskie Radio nie odgrywało dominującej roli, bo przez wiele lat politycy uznawali, że jest to medium tła. Zmieniło się to jednak w 2006 r., gdy pisowski duet Krzysztof Czabański i Jerzy Targalski przejął władzę w Polskim Radiu. – Chcieli rozpędzić wszystkich, którzy pracowali tu przed 1989 r., więc najpierw wzięli się za starszych pracowników i nie oszczędzili żadnej gwiazdy, ani Tadeusza Sznuka, ani Marii Szabłowskiej – mówi dziennikarz radiowej Jedynki. – Potem wyrzucali tych w średnim wieku, a w końcu zabrali się za młodych, którzy im się narazili.

Więcej funkcyjnych

Zarząd tłumaczył, że musi szukać oszczędności, więc w 2007 r. rozpoczęły się zwolnienia grupowe, roboczo nazywane „czyszczeniem radia ze złogów gierkowsko-gomułkowskich”. Wyrzucono wtedy z pracy 265 osób, czyli jedną piątą wszystkich pracowników radia. Wielkich oszczędności to nie przyniosło, bo tuż po tej czystce rozpoczął się proces przyjmowania do pracy w radiu. Zatrudniono prawie 400 osób, najwięcej w dyrekcji (51) i biurze administracyjnym (37). By zabezpieczyć ich przed zwolnieniami w wypadku politycznego przewrotu, zmieniono im później umowy o pracę, wydłużając czas wypowiedzenia z jednego nawet do dziewięciu miesięcy, a przy okazji podnosząc zarobki.

W ten sposób stworzono w radiu kastę świetnie zarabiających kierowników nadzorujących program, których przed zwolnieniem chroniły przepisy o odszkodowaniach. Ludzie ze złotymi spadochronami – jak mówi się o nich w radiu – przetrwali nawet wyborczą przegraną PiS i dociągnęli do początku 2009 r. Wtedy nastąpił kolejny przewrót – skonfliktowany z radiowym zespołem zarząd Krzysztofa Czabańskiego został odwołany i powstała nowa mediowa koalicja PiS-SLD wspierana przez niedobitki z Samoobrony.

Wypadkową tej koalicji był rozbudowany aż do pięciu osób zarząd Polskiego Radia, którego prezesem, popieranym przez SLD, został Jarosław Hasiński. Nowy zarząd podzielił anteny według partyjnego parytetu: Jedynkę, która ma najwyższą słuchalność, dostał SLD, w ręce Samoobrony trafiła niezależna od Polskiego Radia spółka regionalnego Radia dla Ciebie, a kontrolę nad Trójką przejął kojarzony z PiS wiceprezes Wojciech Poczachowski (na Śląsku startował z list PiS do Sejmu). To Poczachowski przeforsował kandydaturę Jacka Sobali na stanowisko dyrektora anteny, a ten od razu ściągnął do radia prawicowych publicystów z „Naszego Dziennika”, „Gazety Polskiej” i „Rzeczpospolitej”, którzy prowadzili sztandarowe audycje publicystyczne: „Trójka po trzeciej” i „Trójka na poważnie”.

– Chodziło o zwiększanie pluralizmu Trójki – wyjaśnia dziś wiceprezes Poczachowski. – Trójka miała przechył liberalno-lewicowy, a moim celem było tylko wyrównanie tego przechyłu. Chodziło o poszerzenie wachlarza poglądów przez dopuszczenie innych.

Radiowcy jednak nie rozumieli idei wachlarza. I chociaż po protestach załogi zarząd odwołał rok temu Jacka Sobalę i po pół roku przekazał antenę popieranej przez dziennikarzy Magdzie Jethon, to pilnuje, by niedobitkom ekipy Sobali nie spadł włos z głowy.

Dzięki temu publicysta „Naszego Dziennika” Wojciech Reszczyński jest dziś jednym z najlepiej zarabiających dziennikarzy w Polskim Radiu. W miesiącu prowadzi tylko pięć godzin audycji, i to zwykle po północy, inkasując za to ok. 9 tys. zł.

– W ramach podziału partyjnych łupów pomiędzy PiS i SLD zaczęto tworzyć kolejne działy i rozdymać już istniejące. Wszystko po to, by zatrudnić nowych ludzi z partyjnego klucza – opowiada jeden z dyrektorów w Polskim Radiu. – Radiowa administracja pełna jest dziś dobrze opłacanych partyjnych działaczy, radnych i doradców. A biuro zarządu tak się rozwinęło, że konieczne okazało się powołanie dwóch wicedyrektorów.

Pustki w kasie

W tym czasie spółka stawała się coraz biedniejsza, bo z miesiąca na miesiąc spadały wpływy z abonamentu. By zmniejszyć koszty działania, zarząd planował w 2010 r. zwolnić 400–500 pracowników i zmienić strukturę organizacyjną. Strukturę udało się zmienić, dzięki temu powołano kilku nowych dyrektorów w biurach i agencjach koordynujących, ale zatrudnienie zamiast się zmniejszyć, znów skoczyło o 200 osób (licząc od jesieni 2009 r. do marca 2011 r.).

– Nam mówiono, że bieda zagląda radiu w oczy, a w tym samym czasie zatrudniano partyjnych kolesiów, którym windowano pensje – dodaje dyrektor. W ten sposób wicedyrektorem Programu IV w grudniu 2009 r. został rzecznik prasowy Samoobrony Mateusz Piskorski. – Rzadko bywał w pracy, nie wykazywał się specjalną aktywnością – mówi radiowiec z 30-letnim stażem. Rzecznik Samoobrony przepracował w radiu tylko rok, ale dzięki złotemu spadochronowi pobiera do dziś dyrektorską pensję.

Jarosław Hasiński, prezes Polskiego Radia, który ubiega się o stanowisko szefa radia, do czasu rozstrzygnięcia konkursu nie rozmawia z dziennikarzami. Jego znajomy tłumaczy, że stał się on zakładnikiem radiowej koalicji SLD-PiS-Samoobrona. – Musi się liczyć z głosem innych członków zarządu – tłumaczy dziennikarz Jedynki. – Umowa jest jasna: oni mają wpływy w swoich antenach, w zamian nie podskakują i pozwalają mu kierować radiem.

Dzięki temu porozumieniu prezes Hasiński mógł realizować swoje marzenie przekształcenia Programu IV w pierwsze w Polsce radio na wizji. Chociaż na wzorowany na programie RTL 102,5 projekt wydano duże środki, to podzielił on los swojego poprzednika, osiągając w konsekwencji oglądalność na poziomie błędu statystycznego.

– Z Czwórką będzie sukces na sto procent, tylko trzeba trochę zaczekać – zapewnia Wojciech Poczachowski, odchodzący wiceprezes Polskiego Radia.

Z kulą u nogi

Były prezes Radia dla Ciebie Piotr Wawrzeński, który już skończył 29 lat, mówi, że dziennikarze ciągle się czepiają, przypominając o jego związkach z Samoobroną, ale zapomina się o sukcesach, jakie już odniósł w Polskim Radiu. Wypomina mu się prowadzenie kampanii Samoobrony, start z jej list w wyborach samorządowych i funkcję doradcy posła Bolesława Borysiuka, a nikt nie wspomina, że prowadzi na dziennikarstwie zajęcia ze studentami.

Może dlatego, że to nie dzięki tym zajęciom, ale posłowi Borysiukowi, mając zaledwie 24 lata i żadnego doświadczenia, wszedł do rady nadzorczej Radia Lublin, a rok później był już w Warszawie w radzie nadzorczej TVP. Zdążył też być dyrektorem Informacyjnej Agencji Radiowej i prezesem Radia dla Ciebie. Czy ten sukces może przypisać Samoobronie? – Samoobrona to moja kula u nogi i ciągłe przypinanie mi łatek – wzdycha.

O Piotrze Wawrzeńskim dziennikarze mówią: „niezatapialny”. Trzy miesiące temu odwołany został z funkcji prezesa Radia dla Ciebie za przekroczenie budżetu stacji i kosztów zatrudnienia. Zaraz potem prezes PR Jarosław Hasiński zaproponował mu stanowisko głównego specjalisty do spraw polskiej prezydencji i Euro 2012 z pensją 12 tys. zł.

Konserwacja czy zmiana?

Do konkursu na szefa Polskiego Radia zgłosiło się aż 26 kandydatów, ale liczą się tylko dwaj: dotychczasowy prezes Jarosław Hasiński i były prezes Andrzej Siezieniewski. Obaj mają rekomendację SLD, a to ważne, bo w rozgrywkach medialnych Polskie Radio przypadło właśnie lewicy.

Jak tłumaczy jeden z radiowców, różnica między kandydatami jest zasadnicza: wybór Hasińskiego oznacza konserwację obecnego układu, Siezieniewskiego – zmianę i choćby częściowe odpolitycznienie.

– To będzie totalna wojna przyczajonego tygrysa z ukrytym smokiem – mówi radiowiec i dodaje, że gdy 20 czerwca prezesem radia zostanie ktoś inny niż Hasiński, pierwsi stracą pracę doradcy zatrudnieni dziś w dziale strategii i planowania oraz inni pracownicy, którzy wypączkowali przy zarządzie radia. – Wiedzą, że to samo stało się w telewizji publicznej po zmianie prezesa, więc próbują się teraz ukrywać – mówi radiowiec.

Polityka 25.2011 (2812) z dnia 14.06.2011; Polityka; s. 24
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną