Mniejsze zło? Żakowski o dylematach w polityce

Jak żyć ze złem
Oto parę kłopotliwych pytań, w sam raz na kampanię wyborczą: czy należało zastrzelić ibn Ladena? Czy Miller i Kaczyński powinni stanąć przed Trybunałem Stanu? Czy tortury powinny być legalne? A prostytucja, marihuana, aborcja?
Walka dobra ze złem to temat pociągający artystów od zarania sztuki. Na zdj. obraz Williama Blake - anioł i diabeł walczą o duszę dziecka.
William Blake / Cecil Higgins Art Gallery/BEW

Walka dobra ze złem to temat pociągający artystów od zarania sztuki. Na zdj. obraz Williama Blake - anioł i diabeł walczą o duszę dziecka.

Raz jeszcze malarz William Blake - „Bóg stwarzający świat”. Czy już wtedy jego zamysłem były dwie przeciwstawne siły - dobro i zło?
William Blake/materiały prasowe

Raz jeszcze malarz William Blake - „Bóg stwarzający świat”. Czy już wtedy jego zamysłem były dwie przeciwstawne siły - dobro i zło?

Obrazek z gry „Beyond Good & Evil” - pojedynek dobra i zła zajmuje również twórców tej najmłodszej z dziedzin sztuki.
UbiSoft/Materiały promocyjne

Obrazek z gry „Beyond Good & Evil” - pojedynek dobra i zła zajmuje również twórców tej najmłodszej z dziedzin sztuki.

Ja odpowiadam: nie, tak, nie, tak. W Polsce oznacza to, że jestem miękki wobec terrorystów, mściwy wobec polityków, naiwny wobec przestępców i permisywny wobec rozwiązłości. Czyli, jak mówi Leszek Miller za Leninem, należę do „pożytecznych idiotów”.

W tym sporze nie chodzi jednak o Lenina i Millera ani tym bardziej o mnie. Chodzi o fundamentalny dylemat, czym jest zło, gdzie jest jego miejsce i jak się wobec niego zachować?

Między wojną a walką

„Bój to jest nasz ostatni” śpiewali przez ponad sto lat komunardzi, komuniści, socjaliści, socjaldemokraci, anarchiści. Na całym świecie dobrzy, uczciwi i niegłupi ludzie wierzyli słowom „Międzynarodówki” obiecującym, że „Krwawy skończy się trud/Gdy związek nasz bratni/Ogarnie ludzki ród”. Żaden bój, do którego stawali z „Międzynarodówką” na ustach, nie był jednak ostatni w historycznym sensie. Zło „krwawego trudu” stawało się jeszcze krwawsze, gdy „związek bratni” ogarniał ludzki lud w Rosji, Chinach, Kambodży.

Marzenie o końcu zła przyniosło największe frustracje i zbrodnie XX w. Powinniśmy się więc z niego wyleczyć. Ale jak nie ma definitywnego zwycięstwa nad złem, tak nie ma definitywnego rozstania z marzeniem o definitywnym zwycięstwie.

Po raz pierwszy zrozumiałem, że to może być jądro wielu naszych problemów we wrześniu 2001 r., kiedy prezydent Bush zaczął opowiadać, że wojna z terroryzmem „wykorzeni zło” i „złoczyńców”. Wtedy można to było przypisać uniesieniu. Ale parę lat później Richard Perle i David Frum – bliscy współpracownicy Busha – wydali książkę pod przeczącym takiej interpretacji tytułem: „Koniec zła”. Optymizm z czasem malał, ale logika i retoryka trwały. Pięć lat po 9/11 Bush mówił, że „wojna z terroryzmem musi trwać, aż cywilizowane narody lub terroryści nie okażą się ostatecznymi zwycięzcami”.

Duża część naszego świata przyjęła to bez zdziwienia. Jakby terroryzm był wynalazkiem ibn Ladena. Choć moje pokolenie całe życie przeżyło w cieniu terrorystycznych ataków irlandzkiej IRA, baskijskiej ETA, separatystów algierskich, kurdyjskich, korsykańskich, czeczeńskich, włoskich faszystów, niemieckich, brazylijskich, boliwijskich lewaków, rozmaitych mafii, amerykańskich prawicowych milicji i chrześcijańskich przeciwników aborcji, japońskich, indyjskich i amerykańskich sekt, szaleńców jak Ted Kaczynski itp. A nie jesteśmy przecież wyjątkowi. Joseph Conrad napisał „Tajnego agenta” o dokonanym w 1894 r. zamachu na obserwatorium w Greenwich, którego symbolika w Imperium Brytyjskim przypominała XX-wieczną symbolikę ataku na WTC i nawiązywała do próby wysadzenia Izby Lordów przez Guy Foxa w 1605 r.

Można uważać, że obietnica ostatecznego zwycięstwa w walce z terroryzmem to retoryka bez większego znaczenia. Ale byłoby to kolejne niebezpieczne złudzenie. Bo od tego, jak oceniamy miejsce zła (np. terroryzmu) w świecie, zależy, jak na nie reagujemy. Kto wierzy, że to, co uważa za zło, ma incydentalny charakter, ten gotów jest na krótko zawiesić uznawane przez siebie wartości, by się ze złem uporać. Kto zaś uważa obecność zła (np. terroryzmu) za nieusuwalną część rzeczywistości, ten będzie szukał takich metod walki, takiego modus operandi walki przeciw złu i takiego modus vivendi współistnienia ze złem, żeby je ograniczyć, a siebie nie zarazić, nie zmienić świata na gorsze, pozostać w zgodzie z własnymi wartościami. Na tym z grubsza polega różnica miedzy dwiema drogami zmagania się ze złem. Między wojną (stanem wyjątkowym), która jest rzeczywistością przejściową i zawiesza zasady chwilowo, a walką, która jest permanentna, więc musi respektować zasady.

Trudny odwrót

Jeśli się wierzy, że wojna z terroryzmem rozwiąże problem terroryzmu – choćby tylko religijnego i ideologicznego – z którym „świat cywilizowany” walczy kilkaset lat (Fox chciał przywrócić w Anglii katolicyzm, mordując protestanckiego króla i lordów, a zamach w Greenwich był dziełem anarchistów), trudno znaleźć powód, by nie zastosować jakiegoś nadzwyczajnego środka prowadzącego do celu. Nic przecież się strasznego nie stanie, jeśli prawa obywatelskie, a nawet prawa człowieka zawiesi się na krótko. Na przykład stosując wobec jednej podejrzanej osoby tortury albo mordując kilku terrorystów w ich domach bez sądu i na oczach rodzin. Można nawet uważać, że wolno sobie w takiej sytuacji pozwolić na jakąś dawkę okrucieństwa, jeśli dzięki temu wielu niewinnych ludzi uniknie okrutnego losu.

Jeśli się jednak pamięta, że – jak uczy historia – zło jest nieusuwalne, a jego przejawy towarzyszą nam stale, że na przykład terroryzm jest w Europie prawie tak stary jak środki wybuchowe, więc nie ma powodu sądzić, że uda się go wykorzenić, to nie ma się pokusy ulegania złudzeniu, iż wystarczy chwilowo zawiesić zasady, by się z problemem uporać i wrócić do normalności. Zwłaszcza że przejściowe zawieszenie zasad popycha do tego, by je zawieszać w coraz większym stopniu.

Państwo stanu wyjątkowego trudno jest z powrotem przekształcić w państwo gwarantujące prawa i wolności na poprzednim poziomie. Stan wojenny gen. Jaruzelskiego jest rzadkim wyjątkiem. Prezydentowi Obamie nie udało się nawet zamknąć więzienia w Guantanamo, ograniczyć inwigilacji własnych obywateli ani znieść absurdalnych restrykcji w samolotach. Od rewolucji francuskiej po wojnę w Palestynie można śledzić mechanizm, który sprawia, że w państwie stanu wyjątkowego urzędowych nieprawości przybywa bez względu na poziom zagrożeń.

Kończąc liceum, wszyscy to teoretycznie wiemy (na przykładzie międzywojennej Polski czy rewolucji francuskiej i rosyjskiej). Ale kiedy przychodzi co do czego, zwykle nam się zdaje, że tym razem jest jednak inaczej, że coś się na chwilę zawiesi, przytopi się albo przypiecze jednego czy drugiego i sprawę załatwi. A potem będzie jak zawsze.

Przez wieki miliony ludzi, którzy temu złudzeniu ulegli, kończyli na stosach, gilotynach, w gułagu, w chińskich obozach pracy. Nie jest przypadkiem, że Wielka Brytania, jedyny europejski kraj, który w czasach nowoczesnych mimo terrorystycznych zamachów nigdy takiej logice nie uległ, jest także jedynym, który od wieków nie przeżył rewolucji ani zamachu stanu.

Kłopot z odwrotem nie jest mniejszy, gdy wrogiem są zjawiska społeczne. Prostytucja, marihuana, aborcja. Tu też mamy dwie możliwe strategie. Możemy uznać zło za nieusuwalne, immanentne dla naszej rzeczywistości z powodu natury świata lub jako skutek uboczny kształtu, jaki nadaliśmy mu historycznie. Albo możemy przyjąć, że zło jest błędem systemu, ekscesem, wyjątkiem od jakiejś idealnej normy.

Bezimienny wróg

Umysł oświeceniowy jest tutaj rozdarty. Z jednej strony racjonalistyczna pycha mówi mu, że może zbudować dobry świat, okiełznać naturę, ulepić wszystko wedle swego życzenia. Jak nie od razu, to z czasem. Z drugiej empiria pokazuje, że jest zło społeczne, którego władza państwowa i duchowna pozbyć się przez wieki nie umie. Potępia je, zwalcza, zakazuje, karze – a ono jest i jest. Niewrażliwe na kodeksy moralne i karne. Nieczułe na wysiłki prokuratorów, sędziów, biskupów, urzędników, policjantów, wojskowych.

Tu wybór postawy intelektualnej też determinuje strategie polityczne. Kto uważa, że zło jest wynikiem błędu lub błędem samym w sobie, ten będzie za zakazywaniem, zwalczaniem, śledzeniem i represjonowaniem bez względu na koszty i skutki uboczne. Kto gotów jest uznać nieusuwalność zła, ten postawi pytanie, jak się ze złem ułożyć? Jak utrzymać je w ryzach, jak zminimalizować szkody oraz koszty. Jak pomóc tym, których dotyka.

Racjonalnie biorąc problem jest dość prosty. Prostytucja jest stara jak świat. Nigdy nie udało się jej zlikwidować, choć bywała surowo karana. Zepchnięcie jej do podziemia tworzy rynek handlu żywym towarem, stawia rzeszę kobiet i mężczyzn poza opieką prawa, zwiększa ryzyko sanitarne, kreuje szarą strefę rozmiękczającą państwo, buduje potęgę rosyjskich i bałkańskich mafii.

Podobnie z narkotykami. Ogłoszona w 1980 r. przez Ronalda Reagana „wojna z narkotykami”, choć już w pierwszym roku wydano na nią 1,5 mld dol. i od lat zapełnia amerykańskie więzienia dwoma milionami więźniów, nawet w USA nie załatwiła problemu. Spowodowała natomiast dramatyczny rozwój międzynarodowych mafii narkotykowych dysponujących dziś odrzutowcami i łodziami podwodnymi. Narkobiznes finansuje afgańskich talibów, wojnę domową w Kolumbii, meksykańskie gangi walczące na ulicach miast. W Polsce radykalizacja prawa antynarkotykowego też nie zmniejszyła spożycia, chociaż zapełniła sądy i więzienia dziesiątkami tysięcy osób złapanych ze skrętem.

Nie wiadomo też, by zakaz aborcji gdziekolwiek rozwiązał problem. W Polsce kilkuset legalnym aborcjom towarzyszy od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy aborcji nielegalnych. Wykonywanych często w wątpliwych warunkach i bez żadnych „kryteriów dopuszczalności”. Przede wszystkim bez alternatywy, jaką w przypadku legalnej aborcji może być przejęcie opieki nad dzieckiem z chwilą urodzenia. Zakaz wykreował natomiast podziemny przemysł obracający setkami brudnych milionów rocznie i wpływający na sytuację polskiej ginekologii oraz anestezjologii.

Odmowa uznania nieusuwalności zła przyniosła zwycięstwo opcji represyjnej tworzącej nowe zło. Rozumiem logikę tych, którzy odwołują się do „zbawiennej hipokryzji”, pozwalającej z jednej strony publicznie wypowiadać złu wojnę, a z drugiej po cichu machać ręką i godzić się, żeby zło trwało w szarej strefie. Ale nie podzielam nadziei, że tym sposobem wilk może być syty i owca cała. Przeciwnie. Owca zostaje pożarta (zło nadal istnieje, szerzy się i narasta – np. narkomania), a wilk dostaje coraz silniejszych konwulsji. Skoro już musimy (a bez wątpienia musimy) zło zaakceptować, lepiej to zrobić otwarcie. Cicha akceptacja raczej tuczy zło, niż je ogranicza.

Pozostawienie prostytucji gangsterom wykreowało globalny rynek pozbawionych praw seksniewolników, którego by nie było (lub byłby marginesem), gdyby prostytucja została zalegalizowana i poddana regulacji oraz nadzorowi państwa. Wojna z narkotykami sprawia, że miliony ludzi w Polsce i na świecie palą, wciągają i łykają nie wiadomo co. Legalizacja nie tylko pozbawiłaby gangsterów gigantycznego dochodu i pozwoliła policjom zająć się czymś pożytecznym; umożliwiłaby też kontrolowanie jakości na przykład marihuany, która w czystej biologicznie formie została wyparta przez skun, czyli zielsko spryskane nie wiadomo czym i wywołujące fatalne skutki uboczne. Legalizacja aborcji pozwoliłaby nie tylko uniknąć powikłań, ale też uratować wiele ludzkich istnień, gdyby warunkiem zabiegu była konsultacja połączona z ofertą przejęcia odpowiedzialności za urodzone dziecko.

Ukryte ofiary

Empirycznie, socjologicznie, kryminologicznie, etycznie to wszystko jest przebadane, opisane i proste. Wszyscy się zgadzają, że terroryzm, tortury, prostytucja, narkotyki, aborcja – to zło. Bez względu na to, z jakich wychodzimy ideowych, intelektualnych, etycznych, światopoglądowych pozycji. Problemem jest przekroczenie bariery dzielącej manichejską i oświeceniową idealistyczną tradycję obiecującą ludziom życie w świecie bez zła (przynajmniej jakiegoś zła) od pragmatycznego poczucia odpowiedzialności za to, by zła było mniej.

W publicznej debacie trudno jest przyznać, że walka ze złem może być gorsza niż to zło samo w sobie. Wojna z terroryzmem pochłonęła kilkadziesiąt razy więcej niewinnych ludzkich istnień niż terrorystyczne ataki. To nie przekonuje. Większość więźniów tajnych więzień na czele z Guantanamo nigdy nie stanęła przed sądem. Czyli więziono ich niewinnie. To też nie przekonuje. Ani to, że wojna narkotykowa zrobiła z dużej części świata krainę bezprawia, wojna z prostytucją stworzyła armię seksniewolników, a krucjata antyaborcyjna milionom dzieci odebrała szanse na to, by się urodziły.

Problem częściowo polega na tym, że zło, z którym walczymy, jest spektakularne, a zło, które powodujemy, jest zwykle zakryte. Przed oczami mamy 2752 ofiary i płonące wieże WTC, a nie 100 tys. zwłok irackich cywilów i ich zburzone domy. Bulwersuje nas widok prostytutek na wystawach w Holandii i nieprzytomnych narkomanów na ulicach miast. Ale nie widzimy, jak są „przygotowywane” do pracy kobiety w krajach, gdzie prostytucja działa w szarej strefie, ani jak funkcjonują, mordują, korumpują, trują globalne mafie narkotykowe.

Zasadniczy problem stanowi bariera emocjonalna – uznanie, że zło jest nieusuwalne i wobec tego trzeba się nauczyć z nim żyć tak, by minimalizować je i jego skutki, nie czyniąc świata jeszcze gorszym przez dokładanie zła, które czynimy, do tego, z którym walczymy.

Ryzyko dobrego zła

W pierwszej dekadzie XXI w. część świata z tym problemem sobie nie poradziła. W tym Polska. Nie tylko w sprawach obyczajowych. Raport Rady Europy pokazał, że akceptując (prawdopodobnie) tajne więzienia, rząd Millera do zła terroryzmu dołożył zło wojny z terroryzmem. Raport Kalisza pokazał, że Jarosław Kaczyński do zła korupcji dołożył zło wojny z korupcją, która poniża, dręczy i zabija.

Coś musimy z tym zrobić. Nie chodzi o rewanż, karanie, prześladowanie tych, którzy w walce ze złem nie dali sobie rady i się zakazili. Chodzi o to, żeby odwrócić trend, który sprawiał, że czynimy świat coraz gorszym, coraz bardziej brutalnym i coraz mniej bezpiecznym.

By zwrot mógł się dokonać, potrzebny jest mocny sygnał. Taki, jak postawienie przed Trybunałem Stanu obu byłych premierów odpowiedzialnych za bezprawne i szkodliwe działania. Nie z zemsty. Trybunał im nic strasznego nie zrobi. Nie skaże na śmierć. Nie wsadzi do więzienia. Najwyżej ograniczy ich udział w życiu publicznym. A może też oczyścić ich z winy, jeśli po zbadaniu tajnych argumentów i okoliczności uzna, że racja stanu wymagała naruszenia konstytucyjnych zasad albo prawa.

Żadne zasady nie są przecież święte. Każdą kiedyś, w jakiejś sprawie, na jakiś czas trzeba w interesie publicznym zawiesić. Ale – podobnie jak akt obywatelskiego nieposłuszeństwa – zawsze musi się to wiązać z ryzykiem dla tego, kto dokonuje takiego zawieszenia lub je wykonuje.

Bez względu na wyrok Trybunału, postawienie przed nim dwóch byłych premierów byłoby sygnałem, że polska demokracja nie zgodzi się na trwałe zainfekowanie naszego świata złem. I że każdy, kto z jakiegokolwiek powodu narusza fundamentalne liberalno-demokratyczne zasady, musi mieć po temu śmiertelnie poważny powód. Tak śmiertelnie poważny, że w imię najwyższych racji gotów jest ponieść konsekwencje tego naruszenia. Bo w polityce – jak w życiu – zwykle bardziej liczy się (i ma poważniejsze skutki) zło, które czynimy, niż dobro, które obiecujemy lub nawet chcemy uczynić.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną