Kraj

Premier prezesa

Kim jest premier PiS?

Postać prof. Glińskiego jest elementem długofalowej strategii PiS, czyli budowania alternatywnej rzeczywistości. Postać prof. Glińskiego jest elementem długofalowej strategii PiS, czyli budowania alternatywnej rzeczywistości. Radek Pietruszka / PAP
PiS uruchomił „Projekt: Gliński”, do tej pory jeszcze niećwiczony. Profesor socjologii będzie mógł na własnym przykładzie doświadczyć, jak działają zasady politycznego marketingu.
Gliński jako „prawie premier” będzie miał znaczenie do momentu głosowania nad konstruktywnym wotum nieufności dla gabinetu Tuska.TOMASZ RADZIK/SE/EAST NEWS Gliński jako „prawie premier” będzie miał znaczenie do momentu głosowania nad konstruktywnym wotum nieufności dla gabinetu Tuska.
Celem PiS jest stworzenie wrażenia, że „projekt: Gliński” jest całkowicie poważną inicjatywą, przygotowaną według wszystkich demokratycznych standardów.GARDZINSKI ROBERT/FOTORZEPA/Forum Celem PiS jest stworzenie wrażenia, że „projekt: Gliński” jest całkowicie poważną inicjatywą, przygotowaną według wszystkich demokratycznych standardów.

Kaczyński przedstawił premiera państwa PiS. Już odrzucony – wydawałoby się – pomysł odżył, może także dlatego, że niezręcznie byłoby się Jarosławowi Kaczyńskiemu wycofać z koncepcji tzw. konstruktywnego wotum nieufności, skoro tyle o niej wcześniej mówiono. Nie przeszkodziło w tym nawet ośmieszenie całej akcji, jakim było pospieszne wydelegowanie do tej roli Tadeusza Cymańskiego przez Solidarną Polskę.

Ogłoszenie kandydatury profesora nastąpiło nie w sobotę, aby nie przykrywać medialnie manifestacji, ale w poniedziałek, aby podtrzymać zainteresowanie PiS-em i pokazać, że partia gra na wszystkich frontach i ma perfekcyjnie przygotowany polityczny plan. Z kilku pojawiających się wcześniej w spekulacjach nazwisk (m.in. profesorowie Kleiber, Kropiwnicki, Gilowska, Bugaj, Staniszkis, Gliński) w finale zwyciężył (zgodził się) Piotr Gliński, słabo znany poza swoim naukowym środowiskiem ekonomista i socjolog.

Ale ta słaba rozpoznawalność stała się paradoksalnie atutem Piotra Glińskiego, gdyż budzi on ciekawość, nie był kojarzony z partią Kaczyńskiego, nie opatrzył się mediom, ma więc szansę na przyciągnięcie uwagi na pewien czas. Media są bardzo wyposzczone po pięciu latach niezmiennego klinczu politycznego w kraju, powtarzalnością nazwisk i sytuacji.

Z tego powodu personalny wybór, jakiego dokonał Kaczyński, trzeba uznać za zręczny, zresztą mógł nie mieć zbyt wielu innych wariantów. Trzeba było znaleźć człowieka, który zgodzi się zaryzykować swój życiorys i przyszłość dla bardzo niepewnej, nie do końca poważnej inicjatywy.

Pozornie wszystko gra. Opozycja ma prawo spierać się z rządem, proponować alternatywę, w tym własnego kandydata na premiera. Ale, z drugiej strony, kandydatem na szefa rządu powinien być lider partii opozycyjnej. Jeśli wystawia się kogoś innego, to oznacza, że lider z jakichś powodów chce się schować. Widać, że Kaczyński nie chce zbytnio wiązać sobie rąk, pragnie nadal dbać o żelazny, smoleński elektorat i być tak twardy wobec Tuska jak dotąd, co pokazał przecież podczas sobotniej demonstracji. Ponadto Kaczyński zdaje sobie sprawę, że wysyła swojego człowieka na misję raczej niewykonalną, która jego samego wystawiłaby na morze drwin. Gliński ma odegrać rolę, której prezes PiS odegrać nie chce i nie umie – poważnego, umiarkowanego polityka, wyważonego w słowach i gestach, łagodnego wobec mediów.

Profesor to kolejna, tym razem żywa, maska prezesa Kaczyńskiego. Zamiast sam się nieustannie ocieplać i ochładzać, prezes wybrał kogoś letniego, kto będzie mu załatwiał PR na odcinku „merytoryczny, zatroskany, koncyliacyjny”. Nie wiadomo, czy Gliński wytrzyma w takiej roli, czy wypełni zadanie, ale wydaje się to prawdopodobne.

Postać prof. Glińskiego jest elementem długofalowej strategii PiS, czyli budowania alternatywnej rzeczywistości. Gliński, w gruncie rzeczy prywatna osoba bez żadnego konstytucyjnego umocowania, ma teraz ruszyć do konsultacji z partiami politycznymi, przedstawić swoich współpracowników, kandydatów na ministrów. Zachowuje się jak ktoś, za kim stoi ugrupowanie polityczne, które właśnie wygrało wybory, a on sam trzyma nominację prezydenta w ręku.

Zaraz zapewne pojawi się postulat, aby doszło do debaty Tusk–Gliński, aby premier odniósł się do programu nowego kandydata na szefa rządu czy aby – po przedstawieniu np. kandydata na ministra finansów w nowym rządzie – do dyskusji z nim stanął Jacek Rostowski itd. Kandydat pojawi się w sondażach, będzie występował na licznych konferencjach prasowych. Niewykluczone, że dziennikarze zaczną się do Glińskiego zwracać grzecznościowo per panie premierze. Fikcja zacznie żyć własnym życiem. Gliński ma też popsuć Tuskowi efekt jego tzw. drugiego exposé, bo zapewne sam niedługo wygłosi coś w tym rodzaju. Będą więc dwie wizje, dwa programy i Tusk może być nieustannie pytany, co sądzi o swoim „konkurencie”.

Tusk nie ma oczywiście formalnego ani żadnego innego powodu, aby do takiej debaty stawać, ale kiedy odmówi, zaraz pojawią się zarzuty, że władza jest arogancka, że nie chce rozmawiać o najważniejszych sprawach kraju, że odrzuca na starcie wszystkie inicjatywy opozycji, a więc jest głęboko antydemokratyczna. I na dodatek zwyczajnie się boi. Gdyby zaś Tusk przyjął zaproszenie do takiej debaty, uczestniczyłby w marketingowym przedsięwzięciu konkurencyjnej partii.

Celem PiS jest stworzenie wrażenia, że „projekt: Gliński” jest całkowicie poważną inicjatywą, przygotowaną według wszystkich demokratycznych standardów. Nierealność tego pomysłu i jego w istocie głęboka niepowaga nie są oczywiste dla mniej zorientowanego w życiu politycznym odbiorcy. Ten awatar premiera może więc dość długo podtrzymywać fikcję równoległego świata.

Zwłaszcza że w społeczeństwie wciąż istnieje mit „rządu fachowców”, „gabinetu ekspertów”, takich niepolitycznych polityków, ponieważ polityka i jej instytucje mają w Polsce kiepskie papiery. Kaczyński o tym wie, dlatego na „projekt: Gliński” pojawiają się ze strony PiS takie określenia, jak rząd pozaparlamentarny, techniczny, pozapolityczny, rząd minimum.

Ten przekaz ma trzy cele: pierwszy to delikatne odcięcie się Kaczyńskiego od inicjatywy na wypadek, gdyby wypadła ona jednak zbyt kuriozalnie; drugi – wizerunkowe odpolitycznienie, a więc ucieczka od klinczu PO-PiS, pokazanie, że chodzi o coś „ponad podziałami”; i trzeci – podkreślenie dramatyzmu sytuacji kraju pod rządami Tuska, kiedy trzeba skrzykiwać na ratunek wszystkich ludzi dobrej woli (bo sam PiS nie jest tu ważny, ale przyszłość kraju). Takie nuty pojawiły się już w pierwszym publicznym wystąpieniu Piotra Glińskiego w nowej roli. Kaczyński umieścił swojego premiera w specyficznej szarej strefie: pomiędzy zwyczajowym w demokracjach gabinetem cieni a prawdziwą misją tworzenia rządu. Taki eksperyment tworzenia prywatnej rady ministrów jeszcze nie był ćwiczony.

Gliński jako „prawie premier” będzie miał znaczenie do momentu głosowania nad konstruktywnym wotum nieufności dla gabinetu Tuska, bo wtedy będzie według wszelkich znaków koniec tej marketingowej akcji. Dlatego Kaczyński nie ujawnia, kiedy taki wniosek chce złożyć, nie ma zresztą żadnej pewności, że go naprawdę złoży. To naturalne, będzie obserwował rozwój sytuacji, samego Glińskiego i patrzył, czy ten projekt mu się jeszcze opłaca, czy nowy premier za bardzo nie rośnie albo za bardzo nie obciąża PiS, czy notowania jego partii się poprawiają.

Kiedy okaże się, że to nic nie daje lub pomysł wymyka się spod kontroli, prezes PiS pożegna się z Glińskim, tak jak wcześniej zakończył znajomości z wieloma innymi współpracownikami, kiedy przestali mu coś politycznie załatwiać albo stali się konkurentami.

Ale Platforma będzie się przez jakiś czas zmagać w walce z fikcją, z polityczną mgłą. Po mieście będzie chodził premier państwa PiS i opowiadał o Polsce z marzeń i snów, jak w poniedziałek: „mamy piękną, dynamiczną i mądrą ojczyznę, zróbmy wszystko, by wykorzystać to dobro”. A Tusk już przestał tak ładnie mówić, demonstracji swojego poparcia nie zrobił i nowego premiera nie wystawił. Ma za to do czynienia z prawie-premierem, prawie-konkurencją i prawie-opozycją. Prawie robi różnicę.

***

Zielony polityk

Niedoszły poseł Unii Wolności, socjolog zajmujący się ekologią, prof. Piotr Gliński (rocznik 1954) został ogłoszony przez prezesa PiS kandydatem na premiera. Dokładnie rok temu w wywiadzie dla „Gazety Polskiej Codziennie” powiedział: „Nie możemy rozwiązywać problemów publicznych ani mówić o dobru wspólnym poza polityką. Dlatego naszym obowiązkiem jest ją doskonalić oraz krytykować, gdy dzieje się coś złego. Zwłaszcza gdy czyste zło wkracza w obręb sfery publicznej”. Teraz prof. Gliński pod rękę z Jarosławem Kaczyńskim wkracza do polityki i obiecuje ją doskonalić.

Radosław Gawlik, szef partii Zielonych, który z prof. Glińskim zna się od kilkunastu lat, mówi, że dziś Glińskiego z Kaczyńskim łączy bardzo krytyczny stosunek do rządu Tuska: – Nie potrafię wymienić nic więcej, bo Piotr pomysły IV RP sam kiedyś ostro krytykował. Gawlik próbował z Glińskim wzmocnić zielony kierunek w Unii Wolności. – Dziewięć lat temu na spotkaniu, kiedy decydowaliśmy o naszym programie, Piotr był z nami do momentu dyskusji o aborcji. Przegłosowaliśmy, że popieramy prawo kobiet do aborcji, i wtedy podziękował nam za współpracę. Ostatnio jego poglądy bardzo się zradykalizowały. – Ale – zauważa Gawlik – on stanowi nową jakość w środowisku PiS. Jest zapalonym narciarzem, lubi dobrze się ubrać, to raczej typ nowoczesnego patrioty – mówi Gawlik.

Dla Pawła Śpiewaka, socjologa, decyzja Glińskiego była zaskoczeniem: – Do tej pory był bardzo szanowany w środowisku socjologów. Nie  był celebrytą, nie chciał występować w mediach. Silnie stał na dwóch nogach, miał z czego żyć.  Dziwi mnie jego przejście na stronę PiS, bo nigdy go do polityki szczególnie nie ciągnęło, ale męska próżność nie zna granic. Barbara Fedyszak-Radziejowska pracuje w tym samym korytarzu budynku PAN co Gliński: – Ma taką pozycję zawodową i ekonomiczną, że mógłby spokojnie żyć ciesząc się dużym szacunkiem, a zdecydował się na to, że spłynie na niego fala wielkiej krytyki również w naszym środowisku naukowym, i za to bardzo go cenię. Jacek Bożek, szef ekologicznego Klubu Gaja zaprzyjaźniony z Glińskim, mówi, że nie zawsze zgadza się z jego poglądami. – Ale zawsze mogę na nim polegać. Kiedy z Klubem Gaja przyjeżdżamy do Warszawy, choćby na Dzień Ziemi, to zawsze mogę u niego przenocować, nawet z piętnastoosobowym zespołem. Nigdy nie odesłał nas do hotelu, a ponieważ też od wielu lat jest wegetarianinem, to na stole serwuje dania bezmięsne.

Przez życiorys zawodowy Glińskiego przewijają się dwa główne nurty: socjologia społeczna i ekologia. Pracę magisterską z ekonomii promował mu prof. Władysław Baka, ówczesny zastępca kierownika wydziału ekonomicznego KC PZPR. Od 34 lat związany jest z Polską Akademią Nauk, gdzie badał między innymi ekonomiczne uwarunkowania stylu życia w Polsce, problemy społeczeństwa obywatelskiego i polski ruch ekologiczny. Stworzył dobrze funkcjonujący Społeczny Instytut Ekologiczny.

Polityczny próg przekroczył w 1997 r. startując bez powodzenia w wyborach parlamentarnych z list UW. Potem nie udzielał się politycznie. Z czasów UW Glińskiego nie pamięta też Henryk Wujec, dziś doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego, ale kilka razy mieli okazję rozmawiać ostatnio w Pałacu Prezydenckim. – Kiedy organizuję konferencje o tematyce związanej z organizacjami samorządowymi, to zapraszam profesora – mówi. Na spotkania do Pałacu zawsze przychodził – zdaniem Wujca – dobrze przygotowany, podpierał się badaniami socjologicznymi (od 2005 r. przez sześć lat był prezesem Polskiego Towarzystwa Socjologicznego). Choć Gliński twierdzi, że z decyzją zwlekał kilka tygodni, to w wywiadach dla prawicowych mediów wyjaśniał: „Od wielu lat widać, że formacja rządząca to ludzie, którzy są w stanie sprzedać własny honor, aby utrzymać się przy władzy. Staczamy się powoli w aksjologiczną otchłań. Może to nas doprowadzić do dyktatury, uzależnienia od obcego mocarstwa albo strasznego kryzysu cywilizacyjnego, gdy nasze elitki uciekną gdzieś do swoich podatkowych rajów, a nas zostawią w tym całym bajzlu” (niezależna.pl).

Według relacji znajomych prof. Gliński (brat Roberta, znanego reżysera filmowego) mieszka w bliźniaku na warszawskiej Saskiej Kępie z żoną i kilkuletnią córką. Uprawia żeglarstwo i dżudo.

(A.Dąb.)

Polityka 40.2012 (2877) z dnia 03.10.2012; Temat Tygodnia; s. 10
Oryginalny tytuł tekstu: "Premier prezesa"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Demonstrancie, pokaż twarz!

Zakazy zakrywania twarzy podczas demonstracji mnożą się nie tylko w państwach autokratycznych, ale też na Zachodzie. Czy możliwa jest demokracja bez anonimowości?

Jędrzej Winiecki
15.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną