Prezydencki marsz w dobrym klimacie

Marsz, marsz Polonie!
Kilka dni przed 11 listopada rozmawiałam z Andrzejem Celińskim. Zapytany, czy wybiera się na marsz z prezydentem Komorowskim, odparł, że nie lubi maszerowania, ale pójdzie, bo prezydentowi się to należy.

– Latami w opozycji mówiliśmy mu – Bronek, ty daj już sobie spokój z tym chodzeniem 11 listopada pod Grób Nieznanego Żołnierza, zamkną cię, znów posiedzisz i tyle będziesz z tego miał. On uparcie chodził, oni go uparcie zamykali. Teraz tylko on może taki marsz poprowadzić, ma do tego moralne prawo i ja muszę tam być.

Przytaczam tę rozmowę, bo wydaje mi się, że oddaje ona dobrze to, co zdarzyło się w Warszawie w niedzielę i co sprawiło, że marsz nazwany już „prezydenckim”, chociaż oficjalnie nazywał się Razem dla Niepodległej, był sukcesem Bronisława Komorowskiego. Prezydent nie słuchał ostrzeżeń, że się nie uda, że będzie mniej ludzi niż na marszu Młodzieży Wszechpolskiej i ONR, że zaczną się porównania, kto więcej ludzi zgromadził, że mogą być zamieszki. Prezydent postanowił – trzeba iść, również pod pomnik Romana Dmowskiego, chociaż wielu się to nie podobało. W dodatku do wspólnego świętowania zaprosił także tych, którzy do endeckiej tradycji się odwołują. Asystę Aleksandra Halla i Romana Giertycha w trakcie składania kwiatów pod pomnikiem Dmowskiego należy uznać za istotny fakt polityczny.

Prezydent pokazał, że rzeczywiście próbuje łączyć, odwołuje się do wszystkich tradycji, z jakich ukształtowała się w 1918 r. niepodległość, odwołuje się do patriotyzmu wielonurtowego, w którym polityczny spór jest rzeczą naturalną, ale nie wyklucza ze wspólnoty. Przeciwstawia się tylko skrajnym radykalizmom. Prezydent dobrze więc wyczuł klimat, jaki powinien towarzyszyć Świętu Niepodległości, i być może dokonał znaczącego wyłomu w zawłaszczaniu tego święta przez skrajną prawicę. A przecież wydawało się, że nikt spośród rządzących nie potrafi wyjść poza coraz bardziej rutynowe, urzędowe obchody, które nie wzbudzają większego zainteresowania, historię przypominają marnie, a o współczesności nie mówią nic istotnego.

Prawda, że Wszechpolacy zgromadzili tłumy, zwłaszcza młodzieży, co niewątpliwie pokazuje sprawność organizacyjną tego obozu. Nie byli jednak jedynymi widocznymi na ulicach stolicy. Nie było też okazji do starć „faszystów” z „antyfaszystami”, inne demonstracje praktycznie nie zaistniały. Doszło wprawdzie do niewielkich, sprowokowanych przez kibolską chuliganerię, zamieszek na początku marszu, który ruszył, by „odzyskać Polskę”. Ale jednak przebieg uroczystości pod patronatem prezydenta wymuszał, nie tylko ze względu na siły policyjne, zachowanie elementarnej powagi i spokoju przez radykałów. Nie było powtórki z ubiegłego roku. Dopiero podczas koncertu na Agrykoli radykalna, faszyzująca młodzież dała werbalny upust swoim rzeczywistym emocjom, zapowiadając powołanie Ruchu Narodowego, który obali republikę, siedlisko „lewaków i pedałów”.

To jest niebezpieczny potencjał buntu, takiego przeciwko wszystkim. I to jest sygnał dla wszystkich partii, że dla znacznej części tej młodzieży nie mają oferty. Obecnie środowiska radykalnych narodowców mobilizują się na ten jeden dzień 11 listopada. I też mają swój sukces, bo jednak było to zgromadzenie wielkie i w określeniu „największy marsz narodowy” nie ma przesady, pod warunkiem że przyjmie się niezbędną poprawkę, że był to zapewne największy marsz narodowców, czyli jednego politycznego nurtu. W co ten sukces zechcą i zdołają przekuć – pozostaje pytaniem otwartym. Choć zapowiedź tworzenia jakichś bojówek, oddziałów „straży niepodległości” musi trochę niepokoić.

Tego dnia bezradny okazał się Jarosław Kaczyński, który wobec prezydenckiego marszu nie znalazł już odpowiednich słów, nie utrafił we właściwy ton, właściwie nie miał nic do powiedzenia. Osobnymi obchodami na Wawelu pokazał jedynie, że staje się coraz bardziej osobny w swoim państwie coraz bardziej osobnym. I już nawet nie jest reprezentantem jedynego prawdziwego patriotyzmu. Ten patent odbiera mu nie tylko prezydent Komorowski, ale także paradoksalnie ta strona, w którą z taką ochotą zmierza – radykalna prawica. Młodzi radykałowie nie chcą jego politycznego przywództwa, nie jest dla nich żadnym autorytetem. Jest przedstawicielem tych, których trzeba obalić wraz z całą republiką.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną