Nowy trener? Tylko z zagranicy

Boniek wkracza do gry
Prezes Zbigniew Boniek odesłał trenera reprezentacji na ławkę rezerwowych. Zrobił to szybko, dzień po przegranym meczu z Anglią, ale elegancko, w każdym razie nie tak po chamsku jak Grzegorz Lato.

Jego poprzednik na stanowisku szefa piłkarskiej centrali o nagłej dymisji Beenhakkera powiedział najpierw do kamery telewizyjnej, a potem dopiero, gdzieś koło autokaru, zainteresowanemu.

Sam Waldemar Fornalik dawał do zrozumienia, że jeszcze chętniej zostałby z kadrą, przynajmniej na dwa najbliższe towarzyskie spotkania reprezentacji, ale nie było sensu czekać. Im wcześniej zacznie pracę nowy selekcjoner, tym lepiej. Nie znoszę tych naszych zaklęć „Polacy, nic się nie stało”, czy „gramy dalej”, bo coś się jednak stało, a grać na razie dalej będziemy na krajowych boiskach. (Teraz jeszcze tylko Legia potknie się w Lidze Europy i pozostanie nam wznosić radosne okrzyki „Polska mistrzem Polski”). Pamiętajmy jednak, że za rok jesienią rozpoczną się eliminację do kolejnego Euro, do których wystartujemy bodaj z czwartego koszyka, czyli jest szansa, że spotkamy w grupie trzy drużyny od nas mocniejsze.

Boniek na konferencji prasowej powiedział, że nazwisko nowego trenera poznamy w ciągu dwóch tygodni, nadal więc będzie się toczyć rozpoczęta już jakiś czas temu debata, kto powinien zastąpić Fornalika, fachowiec krajowy czy z importu?

Moim zdaniem tylko dobry, ambitny trener zagraniczny może tchnąć ducha walki w tę drużynę, która – paradoksalnie – zaczęła kształtować się w ostatnich przegranych meczach. Mamy piłkarzy klasy międzynarodowej, natomiast nikt nie słyszał o naszych trenerach z podobnym CV. Dla przypomnienia: poprzedni selekcjoner Franciszek Smuda po niesławnym laniu na Euro, zatrudnił się w drugoligowej drużynie niemieckiej, która pod jego wodzą kontynuowała marsz do niższej klasy rozgrywek. Popularny Franz miał jednak pewien pomysł, który nie wypalił, mianowicie na gwałt ściągał piłkarzy z zachodnich, dobrych lig, którzy mogli wykazać się polskim pochodzeniem, choć w wielu wypadkach o kraju przodków nie mieli pojęcia. (Obraniak nie był w stanie nauczyć się polskiego). Czyli wyszedł ze słusznego założenia, że sami sobie nie damy rady. Warto przy tym twierdzeniu pozostać. Wyjścia są jednak dwa: albo krajowy trener i „farbowane lisy”, jak nazywano pieszczotliwie piłkarzy, którym przyznawano pośpiesznie polskie paszporty, albo piłkarze polscy, lecz trener zagraniczny. Opowiadam się zdecydowanie za tą drugą opcją.

Piłkarzom grającym na co dzień w Borussi Dortmund nie zaimponuje bowiem trener, który dotychczas prowadził Ruch Chorzów. Dziennikarze sportowi obdarzą przybysza z Zachodu większym kredytem zaufania, co nie jest bez znaczenia. Fornalik był przecież atakowany niemal od debiutu.

Szkoleniowiec zagraniczny ma też tę przewagę, że mało obchodzą go nasze lokalne układy, spory, no i w jego ojczyźnie raczej nie chwali się zawodników za honorowe porażki. Jest tylko jedno niebezpieczeństwo, ale nie do uniknięcia – że mianowicie ów cudzoziemski trener z czasem stanie się polski. Dość przypomnieć przykład Beenhakkera, pod którego przewodnictwem nasza drużyna zagrała ostatnie naprawdę dobre mecze. Otóż kiedy pobył nad Wisłą dłużej, zaczął zachowywać się jak szkoleniowiec po warszawskiej AWF, i to się musiało źle skończyć. Na wszelki wypadek radziłbym więc, aby ten nowy, niepolski trener Polski, trzymał się od pozaboiskowych spraw polskich jak najdalej.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj