Kraj

Leszek pancerny

Niezatapialny Leszek Miller

Jakim cudem Miller, jako pierwszy polityk III RP, zdołał z zombie stać się posiadającym realną moc politykiem? Jakim cudem Miller, jako pierwszy polityk III RP, zdołał z zombie stać się posiadającym realną moc politykiem? Kuba Atys / Agencja Gazeta
Czy spełnią się marzenia Leszka Millera o powrocie do władzy? Nikomu dotąd nie udało się wrócić z tak dalekiej podróży.
Krajowa Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej w marcu 2004 r. Wybory nowego przewodniczącego partii po Leszku Millerze. Na zdjęciu od lewej: Jerzy Szmajdziński, Leszek Miller i Józef Oleksy.Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta Krajowa Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej w marcu 2004 r. Wybory nowego przewodniczącego partii po Leszku Millerze. Na zdjęciu od lewej: Jerzy Szmajdziński, Leszek Miller i Józef Oleksy.
Patent Millera na sukces jest prosty: on sam, umiarkowana pod każdym względem lewicowość, aparat, szacunek dla PRL, powaga.Leszek Zych/Polityka Patent Millera na sukces jest prosty: on sam, umiarkowana pod każdym względem lewicowość, aparat, szacunek dla PRL, powaga.

Pamiętacie „Rudego” trafionego przez Niemców? Wrak. Pancerz w błocie i sadzy. Wieża przekrzywiona. Lufa zwisająca ku ziemi. Tak z grubsza wyglądał Leszek Miller, kiedy w marcu 2004 r. tracił posadę szefa SLD. Obaj długo musieli wegetować, nim cudownym sposobem dostali nowe silniki i znów z pełną mocą ruszyli przed siebie. Rudy do Berlina; Miller do Kancelarii Premiera.

Gdyby wtedy, w marcu 2004 r., Miller zaczął komuś opowiadać, że po dekadzie może znów być pre­mierem, dla jego własnego dobra należałoby użyć kaftana bezpieczeństwa. Z dwojga złego lepiej by było, gdyby opowiadał, że jest Neronem lub Napoleonem. A proszę! 10 lat jeszcze nie minęło i poważni ludzie, nie tylko ­koledzy z Sojuszu, mówią o premierze Millerze, nie tylko w czasie przeszłym, ale także w przyszłym. Nie o ministrze Millerze. Nie o wicepremierze Millerze. Ale o Leszku Millerze – prezesie Rady Ministrów AD 2015. Nikt rozsądny nie twierdzi, że tak koniecznie będzie. Ale już fakt, że może tak być, a nawet, że to się mieści w granicach wyobraźni – zadziwia. Bo w polityce, jakkolwiekby to było brutalne, z zasady ma się jedno życie.

Na czele SLD 

Polskim politykom, zwłaszcza tym, którzy spadli ze szczytów, bardzo często trudno jest się pogodzić z tym, że nie ma powrotu. Wielu strąconych latami snuje się po scenie, jak zombie. Lata mijają, nim zrozumieją, że mogą być ważni jako „byli liderzy” sprawujący funkcje symboliczne, a jako pretendenci dążący do recydywy władzy będą już tylko coraz bardziej zabawni lub rozpaczliwi. Takich zombie są setki lub tysiące. W dziesiątkach partyjek, o których było głośno jeden dzień, kiedy powstawały, oraz w fundacjach, stowarzyszeniach, ruchach, o których istnieniu wiedzą tylko sądy rejestrowe.

Leszek Miller dobrze zna ten świat. Zdawało się nawet, że utkwił w nim na zawsze jako założyciel i lider Polskiej Lewicy (PL), zeroprocentowej partii, o której istnieniu nikt nawet nie pamięta. Dlatego tak często się słyszy, że stając znów na czele SLD, Miller wrócił z emerytury. Nie wrócił. Formalnie jest emerytem. Faktycznie nigdy nim nie był. Harował, jak wielu zombie, dniami i nocami. Ale nic z tego nie wynikało. Poza udręczeniem. Kiedy postanowił porzucić PL i wrócić do SLD, nie dało się nawet skonstruować fikcji zjednoczenia. Dostał od Grzegorza Napieralskiego gabinet w partyjnej centrali, ale musiał swoje dziecko porzucić w świecie cieni i zapisać się do SLD jako formalnie szeregowy członek.

Ta sytuacja dobrze oddaje specyfikę Millera – poli­tyka, który wie, że jego praca to surfowanie na falach publicznych emocji, a sukces zależy od tego, na ile trafnie się swoją falę wybiera i czy trafnie znajduje się nową, gdy stara łamie się na mieliźnie. Leszek Miller jest mistrzem takich politycznych przesiadek. Przynajmniej dwa razy zrobił to fantastycznie. Raz, w 1988 r., kiedy mając opinię dość betonowego komucha, którą wyrobił sobie jako sekretarz wojewódzki partii w Skierniewicach, gwałtownie zmienił image. Jako jeden z „młodych sekretarzy KC” wskoczył na falę liberalnego otwarcia, organizując słynne spotkanie z radykalnie opozycyjną młodzieżą w stołówce Komitetu Centralnego PZPR. Młodzież mu ubliżała, on się ostrzeliwał, a telewizja to transmitowała. Strasznie się wtedy na niego niektórzy starsi towarzysze wkurzyli. Ale Miller przetrwał i m.in. dzięki temu spotkaniu mógł do nowej rzeczywistości przepłynąć jako promotor demokratyzacji.

Żeby jednak zdobyć pełnię praw w nowej rzeczywistości, musiał zrobić jeszcze jeden skok, który też wkurzył wielu jego towarzyszy. Postkomunistyczna lewica miała w nowej rzeczywistości naturalnie liczny elektorat, silne ogólnopolskie struktury, sporo wybitnych postaci, ale miała też straszliwie ciążący jej kompleks winy za wszystkie błędy i zbrodnie PRL. W imieniu całej formacji wciąż przepraszał Aleksander Kwaśniewski. SdRP była bardziej ruchem samoobrony ludzi dawnego systemu, którzy teraz stali się w polityce podludźmi, niż partią realnie walczącą o władzę. To konserwowało rozdrobnienie lewicy, którą Aleksander Kwaśniewski z trudem zebrał w dość luźnym wyborczym sojuszu pod nazwą SLD.

Kiedy Kwaśniewski został prezydentem, Leszek ­Miller, jako nowy przewodniczący, wskoczył na falę społecznego gniewu. Falę przeciw niesprawiedliwościom i nieprawościom nowej rzeczywistości. Zerwał z przepraszaniem, rozwiązał SdRP, przerobił SLD na zwartą, zdyscyplinowaną partię i zrobił z Sojuszu sprawną maszynę wyborczą. Oburzenie koszmarnymi, nieudolnymi i nieuczciwymi rządami AWS-UW, a potem samej AWS, wywindowało wtedy trzech silnych liderów – Lecha Kaczyńskiego, Andrzeja Leppera i Leszka Millera. Miller zdecydowanie wygrał wyścig na tej fali.

 

W gorącym 2001 r. szeryf Kaczyński kojarzył się z premierem Buzkiem (który zrobił go ministrem sprawiedliwości) i z całą awuesowską zgnilizną. Watażka Lepper był atrakcyjny tylko dla najbardziej zdesperowanych. Miller z silnym zapleczem partyjnej inteligencji, z werbalnym radykalizmem, krytycyzmem wobec styropianu i klerykalizmu, z wizerunkiem polityka obliczalnego (był wcześniej ministrem w rządach Pawlaka, Oleksego i Cimoszewicza), stał się mężem opatrznościowym. Kiedy w październiku 2001 r. po wygranych przez SLD wyborach został szefem rządu, ufało mu 63 proc. Polaków, a nie ufało zaledwie 18 proc. W rankingu zaufania wyprzedzał go tylko prezydent Aleksander Kwaśniewski z wynikiem 78 proc. Lech Kaczyński był trzeci. Z całej antykomunistycznej formacji w pierwszej dziesiątce rankingu zaufania znalazł się jeszcze tylko Bronisław Geremek z wynikiem 31 proc. Wyprzedzali go Andrzej Lepper i Jarosław Kalinowski (po 53 proc.), Andrzej Olechowski (45 proc.), Marek Belka, Marek Borowski i Włodzimierz Cimoszewicz (po 38 proc.). Lewica triumfowała.

Moralny, a nie tylko polityczny, triumf postpezetpeerowskiej lewicy zaledwie dekadę po upadku PRL był skutkiem bolesnej transformacji i katastrofy rządu Jerzego Buzka, ale był też zasługą dwóch ludzi. Aleksandra Kwaśniewskiego, który „szlifował partyjny beton”, a zwłaszcza jego wizerunek, oraz Leszka Millera. To Miller ostatecznie podniósł swoją partię i jej wyborców z kolan, na których znów byli po sprawie Oleksego. To on przywrócił swojemu zapleczu dobre samopoczucie i wiarę w zwycięstwo.

Dobre samopoczucie i wiara we własne siły, które dały SLD i Millerowi historyczne zwycięstwo w 2001 r., dwa lata później stały się przyczyną ich klęski. Okazało się, że Miller dobrze wybrał najszybciej rosnącą falę, ale niezbyt dobrze rozumiał, dokąd ta fala płynie. Bunt przeciw nieprawości uznał za bunt przeciw nierówności. Różnica pozornie subtelna, ale wkrótce okazała się mieć zasadnicze znaczenie. Zresztą nowy rząd szybko zawiódł wyborców pod oboma względami. Najpierw koszt łatania zostawionej przez Buzka dziury budżetowej zrzucił na uboższych, a potem elegancko zaniechał rozliczania nieprawości swoich poprzedników.

Neoliberalne złudzenie 

Bezkarność kolegów Buzka zachęciła do ryzykownych zachowań kolegów Millera. Zwłaszcza że SLD, mając już pełnię władzy, nie dokonał rewolucji, ­któ­rą zapowiadał. Stał na czele kontynuacji z drobnymi ­korektami. Wbrew obawom wprowadził Polskę do Unii i kontynuował reformy rynkowe. Nie naruszył pozycji Kościoła. Nie wstrzymał prywatyzacji. ­Jedyną ­większą zmianą, na którą się zdecydował, była likwidacja ­absurdalnego systemu kas chorych i zastąpienie ich przez NFZ. Ale podtrzymał fikcję systemu niby-ubezpieczeniowego w służbie zdrowia. Nie tknął też ­neoliberalnej reformy emerytalnej, pozwalając OFE na robienie kokosów kosztem emerytów. Lewica nie była w stanie przeciwstawić się neoliberalnym ­dogmatom gloryfikującym rynek i pararynki jako ­jedyną racjonalną formę modernizacji. Żeby zdobyć zaufanie rynków, pomógł nawet Leszkowi Balcerowiczowi ­uzyskać posadę szefa NBP. Nie był to tylko ­zabieg ­czysto taktyczny. Jak większość polityków, Miller żył neoliberalnym złudzeniem, że jeśli tylko gospodarka będzie żwawo rosła, a ludzie będą się bogacili, to wszystko inne jakoś się ułoży. To go skłoniło do promowania forsowanego przez biznes podatku ­liniowego.

Gospodarka rosła m.in. dzięki ostentacyjnej życzliwości władzy dla biznesu. Ale wraz z nią rosły zjawiska, które przyniosły Millerowi klęskę. Życzliwość przerodziła się w „zblatowanie” – jak mówił prezydent Kwaśniewski. Ideał bogacenia się został zdeformowany w pazernej łapczywości szybko korumpujących się lokalnych kacyków. Miller nie doceniał gniewu, jaki to wywoływało. Nie widział, że fala, która go wyniosła, zaczyna mu się załamywać nad głową. W ciągu roku stracił jedną trzecią zaufania, a nieufność do szefa SLD wzrosła ponaddwukrotnie. Uspokajały go stabilne sondaże partii. Wyborcy długo nie byli gotowi zwrócić się ku politykom, którzy niedawno się skompromitowali, więc trwali przy lewicy, licząc, że się jeszcze poprawi.

Życiowym błędem Millera było niedocenienie ­trwałości fali oburzenia, która zatopiła poprzedni rząd. Myślał, że ta fala – jak zwykle – opadnie po wyborach. A ona tylko na krótko stanęła i znów zaczęła wzbierać, gdy tylko ujawniły się nieprawości świeżo wybranej władzy. Miller jej nie widział, nawet gdy wybuchła afera Rywina. Nie wskoczył na nią. Nie stanął na czele „uczciwościowej” krucjaty. Robił kolejne koncesje wobec biznesu, z obietnicą podatku liniowego na czele, i biernie patrzył, jak moralna krucjata wynosi jego konkurentów z PiS i z PO. Kiedy w marcu 2004 r. przestał być premierem, ufało mu już tylko 18 proc. wyborców. W dwa i pół roku stracił trzy czwarte zaufania, posadę premiera i całą polityczną moc.

 

Jako polityk poległ, ale nie chciał odejść do politycznej Krainy Wiecznych Łowów. Stał się typowym zombie. Próbował budować nową partię, ale poza kanapę nie wyszedł. Startował z list Samoobrony, ale przegrał. Wydawało się, że IV RP wsadzi go do więzienia, bo nie raz obiecała to swoim wyborcom. Ale nie dała rady. Dostał od Amerykanów pracę na waszyngtońskim uniwersytecie. Przetrwał tam pierwszy impet rządów PiS. Potem, jako lider zeroprocentowej partii, zawisł w politycznej próżni. W styczniu 2010 r. wrócił do SLD jako doradca Grzegorza Napieralskiego. Zastąpił go dwa lata później, po zdobyciu mandatu poselskiego mimo klęski wyborczej Sojuszu.

Kiedy przejmował partię po raz drugi, SLD balansował na progu wyborczym. W grudniu 2011 r. Sojusz miał 5 proc. poparcia. W styczniu 2012 r. – tylko 4 proc. Miller był zombie na czele partii-zombie. Ale już cztery miesiące później poparcie dla SLD było trzykrotnie większe. Sięgnęło 12 proc. I od tego czasu w sondażach CBOS oscyluje około 10 proc. Inne pracownie często dają więcej. Nie jest to porażający wynik, ale jeśli powiedzie się plan, wedle którego SLD ma być trzecim korzystającym, kiedy dwóch się kłóci, to Miller ma szansę być po raz drugi premierem, a przynajmniej – wicepremierem. Bo PiS i PO skazane są teraz na dwuletnią śmiertelną walkę, której wynik nie jest przesądzony, ale w której obie partie się nieuchronnie wykrwawią.

Patent na sukces 

Jakim cudem Miller, jako pierwszy polityk III RP, zdołał z zombie stać się posiadającym realną moc politykiem? Dlaczego jego SLD nie traci ani kiedy ­kłóci się z Aleksandrem Kwaśniewskim i postponuje Europę+, ani kiedy pozbywa się niezwykle popularnego Ryszarda Kalisza, ani nawet kiedy w kolejnych konwulsjach wraca sprawa tajnych więzień CIA, które prawdopodobnie powstały za rządu Millera? Jak to się stało, że dziś ufa Millerowi ponad dwa razy więcej osób, niż kiedy odchodził z rządu, a nie ufa mu trzy razy mniej badanych?

Dynamika społecznej demencji jest oczywiście częścią odpowiedzi. Mało kto już pamięta, jak w czasie afery Rywina miesiącami naród błagał Millera, żeby wreszcie podał się do dymisji, a nie wszyscy zdążyli zapomnieć porutę rządów PiS. Może więc rozczarowani Tuskiem i klinczem dwóch prawicowych partii czują się na Millera skazani? Nie ma po temu powodu. Na prawej i lewej jest wiele świeższych ofert. Kalisz jest bardziej lubiany. Gowin ostrzej atakuje PO, Solidarna Polska socjalnie przebija SLD, PSL wciąż podnosi socjalne sztandary, wyprzedzając związkowców w staraniach o godzinową stawkę minimalną. Janusz Palikot dźwiga ciężki sztandar laickości państwa. Czemu więc tylko Millerowi rośnie?

Nie sądzę, by kluczem do jego popularności był program. W polskiej polityce programy służą raczej budowaniu emocji niż konkretnych oczekiwań. Wyborcy wiedzą, że nikt jeszcze nie zrealizował swojego programu wyborczego. Miller domaga się na przykład minimalnej płacy godzinowej, ale wprowadzi ją już obecny rząd Tuska. Krytykuje inwazję umów śmieciowych, ale musi ją ograniczyć każdy, kto będzie w Polsce rządził, bo inaczej załamią się wszystkie systemy społeczne. Obiecuje podniesienie podatków dla dobrze zarabiających, ale to też jest nieuniknione, jeśli nie pod populistyczną presją, to w ramach harmonizacji fiskalnej strefy euro, ku której zmierzamy. Zapowiada przywrócenie 49 województw, ale tego nie da się zrobić przez dwie następne kadencje, czyli dopóki nie zostaną wydane europejskie pieniądze z nowej perspektywy. Opowiada o likwidacji gimnazjów, ale tego nie zrobi, bo wiadomo, że zmian wymaga metodyka, a nie organizacja oświaty. Największe zmiany możliwe są w służbie zdrowia, ale musi je zrobić każdy, kto będzie w Polsce rządził, bo obecny model jest nie do utrzymania, nawet przy tak czy inaczej koniecznym podwyższeniu składki. To wszystko nie ma jednak specjalnego znaczenia. Bo nie program przyciąga wyborców do SLD.

Patent Millera na sukces jest prosty: on sam, umiarkowana pod każdym względem lewicowość, aparat, szacunek dla PRL, powaga. Wiadomo, że w Polsce nikt nie ufa politykom. I słusznie. Ale niewiarygodność Millera jest przewidywalna. Wszyscy poza Gowinem oferują dziś zwrot na lewo, ale poza Tuskiem, który może się jeszcze przed ­wyborami wykazać – wszyscy są w swojej ­lewicowości mało wiarygodni. A lewicowość Millera nikogo nie przeraża, bo jest umiarkowana. Im więcej socjalnych cudów PiS będzie obiecywał, tym bardziej ­wiarygodne będą obietnice Millera. Zwłaszcza że stoją za nimi ­obliczalni fachowcy. SLD wciąż jest silną kadrowo ­partią. Nie tylko pod względem liczby członków. Nikt nie ma lepszego kandydata na ministra zdrowia niż Marek Balicki. Janusz Zemke wciąż jest politykiem najlepiej znającym się na wojsku. Gdyby SLD współtworzyło rząd, Ryszard Kalisz z pewnością zgodziłby się zostać ministrem sprawiedliwości. Wojciech ­Olejniczak jest może najlepszym kandydatem na ministra rolnictwa. Grzegorz Kołodko wychował paru ekonomistów zdolnych udźwignąć Ministerstwo ­Finansów. Innych ministrów Miller też nie musiałby brać z łapanki. Ani urzędników w terenie. SLD wciąż ma ogólnopolskie struktury, a gdyby Sojusz doszedł do władzy, mógłby liczyć na wsparcie wielu lewicowych grup.

„Rudy” Leszka Millera dziarsko pędzi po władzę. Bardzo wiele wskazuje, że po następnych wyborach dostanie mu się jej spory kawałek. Ale nie musimy czekać do wyborów parlamentarnych, by wiedzieć, czy się tak stanie. Jeśli Polska Razem Jarosława Gowina przepadnie w wyborach europejskich, to bez SLD następny rząd nie powstanie. A to się okaże już na wiosnę.

Polityka 1.2014 (2939) z dnia 26.12.2013; Kraj; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Leszek pancerny"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną