Kiejkuty, Miller i jego dziwna nerwowość

Skąd ta złość, premierze?
Leszek Miller brnie w coraz dziwniejsze tłumaczenia w sprawie więzienia CIA w Kiejkutach. Najpierw zdecydowanie zaprzeczał, potem decyzję o udostępnieniu ośrodka wywiadu w Kiejkutach Amerykanom, do której nigdy nikt się nie przyznał, zaczął motywować ogólną wojną z terroryzmem.

Teraz stawia prokuraturze zarzut, że nie ściga sprawców zbrodni na polskich obywatelach, którzy zginęli w Nowym Jorku 11 września, czyli terrorystów, a zajmuje się ściganiem tych, którzy walczyli z terroryzmem. Wreszcie sięgnął po argument ostateczny, biorąc uwagę fakt, że wszystkie najwyższe władze, media oraz znaczna część ludności kraju (jeśli przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza doniesienia medialne) trwa w histerycznym strachu przed wyjściem na wolność Mariusza Trynkiewicza. Otóż – mówi Miller – taki Trynkiewicz to w porównaniu z terrorystami właściwie miły gość. No cóż, argument jest z gatunku rozpaczliwych i to tym dziwniejsze, że sytuacja Millera, choć trudna, rozpaczliwa nie jest.

Przyjmuje się, że Miller jako główny cel ataku w sprawie więzienia CIA w Polsce – przypomnijmy, chodzi o jedno więzienie, a nie o siatkę więzień, jak to się przyjęło potocznie mówić – ma najwięcej do stracenia w politycznym wymiarze. Na razie mamy przecieki ze strony amerykańskiej, w tym zapładniającą wyobraźnię informację o przekazaniu w paczkach 15 mln dolarów i ledwie ślady polskich śledztw dziennikarskich. Do tego prawie wcale nie wiemy, co robi prokuratura (wyjąwszy fakt postawienia zarzutów funkcjonariuszowi publicznemu, najprawdopodobniej Zbigniewowi Siemiątkowskiemu, ówczesnemu szefowi wywiadu), słyszymy za to narzekania śledczych, że nie otrzymali żadnej pomocy prawnej ze strony Amerykanów, bez której niewiele mogą zdziałać.

Zawsze jest tak, że gdy informacji brak, dominuje polityka. Polityka podpowiada więc, że przy pomocy więzienia w Kiejkutach można pozycję Millera podkopać, co na rękę jest zwłaszcza Januszowi Palikotowi, ale nie tylko. Także całemu temu ruchowi, który raczkuje pod hasłem Europy Plus, choć i ten ruch może mieć w obecnej sytuacji słabe strony. Trudno przecież uznać, że o porozumieniu z Amerykanami nie wiedział prezydent Aleksander Kwaśniewski, zwłaszcza że ówczesny szef wywiadu bardziej był człowiekiem prezydenta niż premiera, a Marek Siwiec, jeden z najaktywniejszych działaczy Europy Plus, był szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Słabszy Miller to także słabszy koalicjant w każdym koalicyjnym układzie w przyszłości, co może w ogóle komplikować powyborczą sytuację.

Tyle że rzecz nie jest prosta. Argumentacja, żeby ścigać najpierw terrorystów, morderców Polaków, może trafić do przekonania obywateli bardziej niż zarzucanie Millerowi, że godził się na więzienia i tortury (czego nikt nie udowodnił i zapewne nie udowodni, choć sprawy supertajne raz ujawnione mają swoją dynamikę i w końcu na stole leżą prawie wszystkie papiery). Miller wcale więc stracić nie musi. Tym bardziej, że zamiatających sprawę pod dywan było więcej i to bardzo prominentnych. Ta kwestia jest dla kilku obozów politycznych wyjątkowo niewygodna i widać, jak wielu próbuje ją zadeptywać, wskazując: to Miller winien. 

Tymczasem pierwsze zawiadomienie do prokuratury skierował dopiero Roman Giertych, kiedy już rozpadł się rząd Jarosława Kaczyńskiego i był to niewątpliwy odwet na Zbigniewie Ziobrze, który jako prokurator generalny nie zrobił w tej sprawie nic, a powinien. Pod dywan skrzętnie ją zamiatali także prezydent Lech Kaczyński, premierzy Kazimierz Marcinkiewicz (dziś publicznie przyznaje, że ogólnie o więzieniu wiedział) oraz Jarosław Kaczyński. Zapewne dlatego, że chcieli dobrych stosunków z Amerykanami i tak rozumieli polską rację stanu: skoro nikt inny postępowań nie prowadzi (Rumunia i Litwa kwestii nie podjęły), to dlaczego my jako jedyni mamy bić się w piersi? Formalnie więc dopiero rząd Donalda Tuska nie ma zaniedbań w tej sprawie, tym bardziej że obecnie prokuratura jest już niezależna.

W sytuacji, kiedy tyle osób znalazło się w trudnym położeniu, nadmierne zdenerwowanie Millera jednak dziwi. Może wprawdzie mieć dość tego, że tylko on jest pytany, a inni umykają, wskazując na niego i mówiąc – kolega Miller za wszystko odpowiada. Miller jednak w przeszłości zbierał nie takie ciosy, z opresji wychodził i jeszcze oddać potrafił. Czy ostatnie amerykańskie przecieki uświadomiły mu, że jednak granice usłużności wobec innego państwa zostały znacznie przekroczone, czy obawia się, że jednak są papiery, które wypłyną tak, jak dolary w pudełkach, i kiedyś ta umowa z Amerykanami ujrzy światło dzienne? Wtedy na placu boju pozostanie sam z szefem wywiadu. Bo co innego wiedzieć, a co innego podpisywać. Wszak od dawna wiadomo, że nic tak bardzo nie plami jak atrament. Koledzy być może palców sobie atramentem nie poplamili. 

Generalnie zaś poruszamy się w sferze tajemnic, niejasności, półszeptów i zapewne w dużej mierze tak już pozostanie. I Miller jest tu celem najlepszym, bo był premierem. Miał jednak czas, by przemyśleć bardziej spójną obronę. Dziś pytanie, dlaczego jest taki nerwowy, podsuwa różne, nieprzychylne dla niego scenariusze.  

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj