Koniec nadziei na lewicową koalicję. SLD nie chce Palikota

Mały realizm
Formalności stało się zadość – Leszek Miller wyszedł z posiedzenia zarządu SLD z komunikatem, że nie będzie porozumienia z Januszem Palikotem w sprawie wspólnej listy w wyborach samorządowych.
Krystian Maj/Forum

Ubrane to zostało oczywiście w elegancką formułę zaproszenia dla wszystkich lewicowych partii, które 16 listopada miałyby wystartować pod szyldem SLD-Lewica Razem. Ale dla działaczy Twojego Ruchu wszystko jest jasne – w TVN 24 Andrzej Rozenek porównał nawet ofertę Millera do konwoju humanitarnego Putina.

Wersal na lewicy się skończył, zanim tak naprawdę się zaczął. Zostało kilka obrazków, jak Miller z Palikotem zapowiadają współpracę „w obliczu afery podsłuchowej”, ściskają sobie dłonie, rozważają pomysł wystawienia wspólnie list.

Nie wykluczam, że obaj mówili wtedy – dawno temu, bo w lipcu – prawdę. Dla większości obserwatorów po eurowyborach stało się oczywiste, że lewica podzielona to lewica żwawo zmierzająca ku przepaści. Poza tym 25 maja wyborcy jasno wskazali porządek dziobania: Miller jest trzy razy większy od Palikota, ale i trzy razy mniejszy od Donalda Tuska. Nic, tylko negocjować, pamiętając o tej hierarchii. Tak jak negocjowali Jarosław Kaczyński ze Zbigniewem Ziobrą i Jarosławem Gowinem.

Dlaczego na lewicy się nie udało? Stronnicy Millera mogą oczywiście przekonywać, że sam porzucił myśl o sojuszu z Palikotem, by poczekać na jego krach. W wyborach samorządowych zanosi się na klęskę Twojego Ruchu. W eurowyborach nie udało się przekroczyć progu wyborczego w żadnym z 16 województw. Powtórzenie tego wyniku i zero sukcesów w miastach zmieni partię w masę upadłościową, z której Miller będzie chciał wyłuskać kilka osób. I tak się może stanie.

Myślę wszakże, że byliśmy świadkami porażki Millera, a nie jego błyskotliwego gambitu. Nie jest tak silnym przywódcą SLD jak Kaczyński PiS. A tzw. doły partyjne – niezależnie od partii to zjawisko uniwersalne – na hasło „jednoczenie” reagują mieszanką wściekłości i paniki. Szeregowi działacze chcą kandydować na radnych, ważniejsi na posłów, ktoś chce wsadzić szwagra do spółki komunalnej, ów załatwić stołek dla cioci. Kryzys Platformy zwiększył nadzieje na władzę w sejmikach, są jakieś widoki na koalicję rządową po 2015 r. Każdy w SLD ma jakieś interesy, często sprzeczne, ale jedno przecież działaczy łączy – im mniej gąb do wykarmienia, tym lepiej.

Wpuszczenie ludzi od Palikota byłoby naruszeniem delikatnego SLD-owskiego ekosystemu. Nikt nie chciałby się posunąć, by zrobić miejsce nowym. Ktoś – może Grzegorz Napieralski – mógłby stanąć na czele buntu „dołów” przeciw porozumieniu z Twoim Ruchem i Miller mógłby z kandydata na ważnego udziałowca przyszłego rządu stać się nikim.

SLD kolektywnie wybrało więc status quo. Żadnego ryzyka, żadnych nowych ludzi, żadnych gwałtownych ruchów. Byle do wyborów, byle zgarnąć te 10–12 proc., może jeszcze raz się uda.

Rilke pisał: „Kto mówi o zwycięstwie? Przetrwanie jest wszystkim”. Mały realizm to teraz dewiza Sojuszu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną