Państwo Islamskie uderza w Dżakarcie. Miało być podobnie jak w Paryżu
Indonezja to kraj munduru, więc także bardzo silna armia będzie dopingowała władze, by robić porządek z terrorystami. To dość pilne, bo tak Daesz, jak Al-Kaida chętnie otworzyłyby nowy front dżihadu w Azji Południowo-Wschodniej.
Indonezyjska policja uważa, że za zamachem terrorystycznym w Dżakarcie stoją powiązani z Daeszem (tzw. Państwem Islamskim).
AJ+/Twitter

Indonezyjska policja uważa, że za zamachem terrorystycznym w Dżakarcie stoją powiązani z Daeszem (tzw. Państwem Islamskim).

Indonezyjska policja uważa, że za zamachem terrorystycznym w Dżakarcie stoją powiązani z Daeszem (tzw. Państwem Islamskim). Napastnicy posługiwali się granatami i bronią palną. Scenariusz miał być podobny m.in. do listopadowych zamachów w Paryżu albo tych z Mumbaju w 2008 r. Z tą różnicą, że w Dżakarcie skala była mniejsza, zginęły dwie przypadkowe ofiary i pięciu z siedmiu zamachowców, około 20 osób jest rannych.

Do ataku doszło w reprezentacyjnej części rozległego śródmieścia. W miejscu zatłoczonym przez większą część doby, gdzie auta tkwią w wolno przesuwającym się korku, a tysiące pieszych wędrują wąskimi chodnikami między sklepami, restauracjami, biurami, placówkami dyplomatycznymi i dużymi hotelami. Sposobem przerwania tego rodzaju ataku, mówią antyterroryści, jest jak najszybsza i zdecydowana reakcja sił porządkowych. I chyba to ona powstrzymała terrorystów. Według policji zamach miał zostać przeprowadzony w Nowy Rok, ale ze względu na uruchomienie wzmocnionych procedur bezpieczeństwa zamachowcy przełożyli go o dwa tygodnie.

Islamscy radykałowie stali za poprzednimi wielkimi zamachami, do których dochodziło na pełnej turystów wyspie Bali i w stołecznej Dżakarcie, ostatnio 7 lat temu. W poprzedniej dekadzie posługiwali się m.in. samochodami pułapkami i do dziś większe hotele mają śluzy bezpieczeństwa dla pojazdów, auta są sprawdzane, a przy wejściach stoją bramki wykrywające metale. Przy czym strażnicy robią z ich użytek z rozmaitą starannością.

Choć Indonezja jest krajem z największą liczbą muzułmanów na świecie i w jednym z jej regionów obowiązuje szariat, to przede wszystkim pozostaje państwem świeckiego rządu i wielu religii, z bardzo wpływowymi chrześcijanami i buddystami. Tamtejszy islam jest zdecydowanie mniej wojowniczy niż ten bliskowschodni, ale indonezyjskim problemem stają się ochotnicy jeżdżący na święte wojny, m.in. kiedyś do Afganistanu, a dziś do Syrii i Iraku, gdzie mogło trafić ponad pół tysiąca Indonezyjczyków.

Zwłaszcza ci powracający do ojczyzny znajdą się teraz na celowniku rządu Joko Widodo, prezydenta wsłuchującego się w głos ulic, niestroniącego od składania obietnic i niecofającego się przed brutalnymi decyzjami. Widodo nie ułaskawia skazanych na karę śmierci przemytników narkotyków, także cudzoziemców. Nakazuje wysadzać kutry rybackie kłusowników, także obcych bander. Indonezja to kraj munduru, więc także bardzo silna armia będzie dopingowała władze, by robić porządek z terrorystami. Rzecz jest tym pilniejsza, że tak Daesz, jak Al-Kaida chętnie otworzyłyby nowy front dżihadu w Azji Południowo-Wschodniej.

Znamienna jest reakcja mieszkańców Dżakarty. Strzelaninie zza przyglądały się tłumy gapiów z telefonami komórkowymi, skoncentrowane na uchwyceniu jak najlepszego kadru. Krążące po sieciach społecznościowych „módl się za Dżakartę”, wzorowane na podobnej odezwie po zamachach paryskich, zostało wsparte przez „nie boimy się!”. A właśnie sianie strachu jest naczelnym celem terrorystów.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną