Po wypadku prezydenckiego samochodu wciąż brakuje odpowiedzi na wiele pytań
Choćby na to, z jaką prędkością poruszała się na autostradzie prezydencka kolumna? Zwłaszcza że, o czym znów wspomina ekspertyza, tego dnia na tej samej trasie doszło już do dwóch wypadków.
Will Foster/Flickr CC by 2.0

W wyniku wstępnej ekspertyzy dotyczącej niedawnego wypadku prezydenckiej limuzyny na autostradzie A4 pracę stracił funkcjonariusz BOR odpowiedzialny za środki transportu VIP-ów. Równocześnie na poprzednich szefów służby posypały się zarzuty o wyznaczenie zbyt liberalnych norm zużycia sprzętu, a konkretnie opon.

Tu dyskusja może być długa, zwłaszcza że dotyczy kwestii technicznych, a na dodatek w grę nie wchodzą przecież tradycyjne gumy, klasyczne serwisowanie i zwykły pasażer.

Co jednak równie ważne, wciąż brakuje odpowiedzi na kilka innych pytań.

Niektóre wywieść można zresztą już z samej ekspertyzy. Ot choćby dlaczego w zimowych, było nie było, warunkach prezydent jechał autem z napędem na jedną oś, a nie samochodem z napędem na cztery koła (takie w konwoju było, ale jechali nim akurat oficerowie ochrony)?

Jaki sens ma wykorzystywanie do narciarskich eskapad Andrzeja Dudy pancernego BMW 760 High Security? I kto o tym decyduje – sam numer 1, ktoś z jego ochrony? Bo wedle ekspertyzy opona została wstępnie uszkodzona najprawdopodobniej właśnie wskutek tego, że ważące 3,5 tony auto wjechało na górską drogę, by podwieźć głowę państwa pod sam wyciąg.

Nie mówiąc o tym, że – jak zwrócił mi uwagę jeden z czytelników bloga „W śniegu i po śniegu” – „kiedy prezydent Komorowski przyjeżdżał [też na narty] do Wisły i jeździł na Zagroniu lub Soszowie, narciarze dowiadywali się, z kim mają do czynienia, dopiero w restauracji, jak zdjął kask. Nie robił z tego medialnej wrzawy (…)”.

A z jaką prędkością poruszała się na autostradzie prezydencka kolumna? Zwłaszcza że, o czym znów wspomina ekspertyza, tego dnia na tej samej trasie doszło już do dwóch wypadków. Odpowiedź jest ważna nie tylko ze względu na dobro Andrzeja Dudy, ale i innych uczestników ruchu: wszak pędząca zbyt szybko kolumna ciężkich aut – co z tego, że uprzywilejowana – zawsze siłą rzeczy stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa na drodze.

I wreszcie: dlaczego po wypadku Andrzej Duda nie został poddany rutynowym choćby oględzinom medycznym – jego auto, było nie było, wylądowało w rowie (czy też, wedle oficjalnej retoryki, na poboczu autostrady), on zaś pełni przecież funkcję głowy państwa? Znowu: kto zdecydował, że wystarczy tylko przesadzić prezydenta do drugiego samochodu i można ruszać dalej? On sam? Ktoś z ochrony?

Marcin Kędryna (kolega Andrzeja Dudy z podstawówki, teraz zatrudniony przez niego jako spec od mediów społecznościowych), który jechał w feralnej kawalkadzie, zdradza na dodatek na swoim blogu, że szybko do drugiego samochodu przeniesiono też bagaże Andrzeja Dudy, potem zaś kolumna udała się… na najbliższą stację benzynową. Tam „PAD w automacie robi sobie kawę. Rzuca jakimś żartem o sensowności jeżdżenia w pasach”. Tylko pan Jacek, prezydencki kierowca, miał jakoś nerwowo popalać papierosa…

Czy faktycznie taką sekwencję działań przewidują procedury w razie wypadku samochodowego z udziałem prezydenta RP?

Polityka Cyfrowa

Teraz miesiąc od nas w prezencie!

Zaprenumeruj

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj