Kraj

Czy amerykańska tarcza nas obroni?

US Air Force / Flickr CC by 2.0
Amerykańska instalacja jest ważna dla bezpieczeństwa Polski, ale to my będziemy musieli bronić jej przed bezpośrednim atakiem.

W Redzikowie wbito lśniąte chromem łopaty w specjalnie przygotowany kopczyk miękkiej ziemi – by broń Boże się nie pobrudziły, bo trzeba je było potem na pamiątkę podpisać. Rzeczywiście, może nie sam dzień – bo poza ceremonią nic się nie wydarzyło – ale rok jest symboliczny: w ostatnim roku prezydentury Baracka Obamy jego plan obrony Europy przed rakietami balistycznymi z Bliskiego Wschodu wkracza w ostatnią, trzecia fazę.

W jej ramach powstać ma w Polsce, po Rumunii, druga naziemna baza systemu antybalistycznego przeniesionego na ląd wprost z okrętów wojennych USA. Baza z ponad 200-osobową załogą marynarzy będzie od 2018 r. najtrwalszym elementem amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce i symbolem wkładu Ameryki w obronę antyrakietową NATO.

Ale nie będzie w stanie zwalczać rakiet wymierzonych w siebie ani w Polskę.

Trochę techniki                                                                         

Baza Aegis Ashore będzie kryć 24 okrętowe pionowe wyrzutnie Mk41 (w bloki po 8) z rakietami SM-3 IIA, będące najnowszym obecnie rozwinięciem znanych od dawna pocisków Raytheona. Są tak powszechne, że nazywają się po prostu Standard Missile, w skrócie SM.

Ich wersji jest sporo, ta, która trafi do Polski, to potężny, trzystopniowy pocisk rakietowy z głowicą kinetyczną – taką, która niszczy cel samą siłą uderzenia. Niestety, z taktycznego punktu widzenia rakiety SM-3 IIA są zbyt szybkie oraz mają za duży pułap i zasięg, by obronić choćby samą bazę przed rosyjskimi Iskanderami. Są przeznaczone do niszczenia rakiet balistycznych krótkiego i średniego zasięgu w środkowej fazie lotu, a więc wtedy, gdy znajdują się w kosmosie.

Taki Iskander ledwie zahacza o przestrzeń kosmiczną, a w dodatku może lecieć po płaskiej trajektorii, manewrując tuż nad celem. Superpocisk SM-3 IIA o zasięgu 2,5 tys km i pułapie 500 km (Międzynarodowa Stacja Kosmiczna jest 100 km niżej), poruszający się z oszałamiającą prędkością 15 prędkości dźwięku, jest wobec rosyjskiej rakiety bezbronny.

Potrzebne Patrioty – lub coś podobnego

Morski system Aegis w lądowej wersji potrzebuje wsparcia. Na okrętach – niszczycielach klasy Arleigh Burke i większych krążownikach Ticonderoga – jest od 96 do 122 wyrzutni Mk41 z rakietami różnej klasy, w tym przeciwlotniczych i przeciwrakietowych fazy terminalnej (końcowej). Wskutek, nie ukrywajmy tego, decyzji politycznej prezydenta Obamy z 2009 r. bazy Aegis Ashore zostały pozbawione elementów samoobrony. Wskutek kolejnej decyzji z 2013 r. baza w Polsce została pozbawiona pocisków SM-3 IIB, które czyniłyby z niej instalację strategiczną, zdolną do zwalczania strategicznych, międzykontynentalnych rakiet przeciwnika, np. Rosji.

Efekt jest taki, że owszem, Amerykanie inwestują setki milionów dolarów w obronę Europy, ale to Europa, w tym Polska, musi zainwestować w obronę amerykańskiej inwestycji.

Początkowe plany zakładały wysłanie do ochrony baz w Rumunii i Polsce systemów Patriot armii USA. Jednak wskutek cięć budżetowych w Kongresie oraz niewystarczającej liczby dostępnych zestawów ten pomysł upadł. Teraz nie ma pewności, kto ma być odpowiedzialny za bezpośrednią obronę bazy, a wiele wskazuje na to, że spocznie ona na barkach krajów gospodarzy.

Być może to też element przetargowy w trwających w Polsce i Rumunii zabiegach o wzmocnienie obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Amerykanie chętnie sprzedaliby obu krajom systemy Patriot lub MEADS, ale zdają sobie sprawę, że będą musieli zapewnić im rozwiązanie „pomostowe” z własnych zasobów, do czasu wdrożenia nowego uzbrojenia – albo skłonić do tego NATO.

Sojusz już prowadzi podobną operację w Turcji i nie ma powodu, żeby nie zorganizował jednej baterii (z Niemiec, Holandii, Hiszpanii, USA) dla ochrony Redzikowa czy Deveselu. Jest jeszcze szansa, że Kongres USA wróci do starych pomysłów albo sfinansuje nowe – wyposażenia bazy Aegis Ashore w pełen zestaw pocisków, również do samoobrony. Ale to wymagałoby zmian w projekcie technicznym bazy i opóźniło jej otwarcie w Polsce.

Najważniejsza trwała obecność

Wartość Redzikowa z polskiej perspektywy należy widzieć w wymiarze strategicznym i sojuszniczym. Baza będzie najsolidniejszym związaniem wojsk USA z Polską. Wkopane w pomorski grunt wyrzutnie będą też elementem systemu antybalistycznego NATO, a co za tym idzie, najtrwalszą z możliwych obecnością wojsk sojuszu. 200-osobowa załoga, choć będzie się co jakiś czas wymieniać, de facto będzie mieszkać pod Słupskiem, pozna jego puby i kluby, będzie jeździć na plażę do Ustki i czasem na ryby na pomorskie łowiska.

Amerykańscy marynarze wtopią się w lokalny krajobraz. Na czymś takim zawsze Polsce zależało, a teraz – mimo obaw ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, że żadna baza nie powstanie za prezydentury Obamy – ten proces staje się faktem.

Dodajmy, nie ze względu na potrzeby Polski, a ze względu na potrzeby NATO. Bo trzeba zaznaczyć, że SM-3 IIA mogą być wykorzystane w czarnym scenariuszu ataku z Rosji – choć tylko w przypadku użycia pocisków balistycznych średniego zasięgu i tylko w przypadku wycelowania ich w Europę Zachodnią, co zaznaczył w swym przemówieniu prezydent Andrzej Duda. Wtedy będą na tyle wysoko i na tyle daleko, że dosięgną je rakiety z polskiej bazy.

Oczywiście, 24 pociski nie zdziałają wiele, zwłaszcza że strzela się 2 przeciwrakiety do jednej balistycznej...

Koszty? Cel Rosjan i własna obrona

Nie ma wątpliwości, a Rosja oficjalnie to zapowiada, że baza w Redzikowie stanie się celem jej rakiet. Nie tyle ze względu na SM-3 IIA, a ze względu na towarzyszący im radar AN/SPY-1, który jest w stanie śledzić kilkaset obiektów w promieniu 500 km. W oczywisty sposób wprzęgnięty w system NATO będzie widział rakiety startujące z Kaliningradu i będzie w stanie przekazać ich dane do sojuszniczego, w tym polskiego, systemu obrony przeciwrakietowej (o ile ten polski powstanie).

Zadaniem sojuszników, w tym Amerykanów oczywiście, będzie ich namierzenie i zestrzelenie, w razie regionalnego konfliktu. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że takie ukształtowanie systemu Aegis Ashore – poza osłabieniem ewentualnego sprzeciwu Rosji – miało na celu dość brutalne zachęcenie europejskich sojuszników do rozwijania systemów obrony antyrakietowej, w których amerykańskie firmy są głównymi oferentami...

Dla Polski uruchomienie bazy w Redzikowie na przełomie 2018/2019 r. to wyznacznik terminu, w którym powinniśmy pozyskać choćby podstawowe zdolności obrony antyrakietowej, których obecnie nie mamy. Zresztą w Planie Modernizacji Technicznej wojska przyjętym w 2012 r. to właśnie w 2019 r. mieliśmy wprowadzać do uzbrojenia pierwsze baterie systemy antyrakietowego „Wisła”. Mimo upływu czterech lat od ogłoszenia planu system nie został kupiony, a obecny rząd w medialnych wypowiedziach kwestionuje czasem w ogóle sens jego pozyskania w dotychczasowej postaci.

Bazy będzie broniło NATO

Ale nie będziemy sami. Poza rozwiązaniem, o którym wspomniałem, sojuszniczej misji systemów antyrakietowych, jest jeszcze planowanie obronne, które musi uwzględniać eliminację zagrożeń. Choć teraz nie mogę o tym więcej napisać, w czasie czerwcowych ćwiczeń Anakonda na własne oczy zobaczymy zdolności, które same Stany Zjednoczone są w stanie wydzielić dla obrony bazy w Polsce.

Część jest już wiadoma: samoloty piątej generacji F-22 były niedawno na ćwiczeniach w Wielkiej Brytanii i nie ma wątpliwości, że to one miałyby zwalczać rosyjskie wyrzutnie Iskanderów, które mogłyby zagrozić bazie w Redzikowie.

Polska również nie jest bezczynna: w tym roku trafią do Sił Powietrznych pierwsze szkolne pociski JASSM, zdolne skrycie atakować cele na odległości 370 km, a rząd rozważa pozyskanie ich w wersji ER – o zasięgu 1000 km. Takie pociski skrzydlate mogą, pod warunkiem dostępu do lokalizacji wyrzutni, zniszczyć Iskandery spoza zasięgu rosyjskiej obrony.

Inne kraje zapewne też nie pozostaną obojętne, bo Redzikowo to element systemu sojuszniczego. Wielka Brytania, Francja i Niemcy już mają pociski o podobnych parametrach.

Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama