Kraj

Triki na leki

Leki bezpłatne zamiast płatnych, czyli program 75+

Narodowy Fundusz Zdrowia już zapowiedział, że będzie starannie wyłapywał każdą poprawioną w aptece receptę i nakładał surowe kary. Narodowy Fundusz Zdrowia już zapowiedział, że będzie starannie wyłapywał każdą poprawioną w aptece receptę i nakładał surowe kary. Agnieszka Woźniak/Caiaimage / Getty Images
Darmowe leki dla seniorów to spełnienie obietnicy wyborczej PiS. System jest zbudowany według prostej reguły: dobra władza daje, źli lekarze mają odmawiać.
To lekarze i aptekarze mają stać na straży finansów publicznych.photographee.eu/PantherMedia To lekarze i aptekarze mają stać na straży finansów publicznych.

Artykuł w wersji audio

Kłótnie, awantury, skargi. Czy tak będą wyglądać pierwsze dni obowiązywania programu darmowych leków dla osób powyżej 75 lat? Boją się tego lekarze rodzinni, którzy jako jedyni otrzymali prawo wystawiania recept „S” (na bezpłatne leki dla seniorów). Inni specjaliści, nawet zatrudnieni w przychodniach rodzinnych, z listy uprawnionych zostali wykluczeni.

Większość pacjentów korzystających z podstawowej opieki zdrowotnej nie musi wiedzieć, że jeden lekarz zdał egzamin z medycyny rodzinnej, a internista obok, choć pełni rolę lekarza pierwszego kontaktu, nie ma swojej własnej „zadeklarowanej” listy chorych. Albo tylko dyżuruje nocą lub w święta. Dla pacjenta to bez różnicy – dla NFZ, który zapowiada szczególne kontrole recept dla seniorów, będzie to jednak miało istotne znaczenie. Lekarze boją się więc ewentualnych sankcji Funduszu oraz awantur.

Szczególnym naciskom będą poddani specjaliści. Choć oni nie mogą wystawiać recept „S”, uprawnieni pacjenci będą na nich nastawać, aby dobierali im kuracje właśnie z listy bezpłatnych medykamentów (liczy ona 68 substancji, ale wziąwszy pod uwagę różnych wytwórców, jest na niej 1129 pozycji). Z receptą od specjalisty pacjent pójdzie do rodzinnego, aby ten ją powielił, bo jak tu nie skorzystać z takiej szansy? Wszak sam prezes Jarosław Kaczyński zachęca, by cieszyć się „dobrą zmianą”. Tymczasem Ministerstwo Zdrowia bardzo ostro wypowiedziało się na temat zastępowania leku płatnego bezpłatnym bez uzasadnienia medycznego. Więc specjaliści mają zgryz: wymieniać leki na darmowe o podobnym działaniu, czy nie narażać się Funduszowi i odsyłać chorych z kwitkiem?

Pod ostrzałem znaleźli się też aptekarze. Nawet w przypadku ewidentnej pomyłki lekarza, kiedy mimo spełnienia przez pacjenta wszystkich wymogów zapomni wpisać kod uprawniający do bezpłatnej zniżki, otrzymali bezwzględny zakaz dopisywania czegokolwiek na receptach (a chodzi tu o literę „S”). Narodowy Fundusz Zdrowia już zapowiedział, że będzie starannie wyłapywał każdą poprawioną w aptece receptę i nakładał surowe kary. Nie wiadomo tylko na kogo – na lekarza, który coś przeoczy, czy na aptekarza, który naprawił jego błąd, chcąc zaoszczędzić pacjentowi czasu na powtórną wizytę w przychodni. Bo to lekarze i aptekarze mają stać na straży finansów publicznych.

Lekarze na straży

Do końca roku na program 75+ (uprawnionych jest 3 mln osób; według GUS – 2,7 mln) przeznaczonych będzie 330 mln zł, ale w przyszłym roku suma ta wzrośnie do prawie 565 mln. Oficjalnie minister chce poszerzać wykaz darmowych leków co dwa miesiące. Jednak nie wiadomo, czy zapas pieniędzy nie zostanie zużyty na zapłacenie za leki tym pacjentom, którzy do tej pory nie wykupywali ich wcale lub którzy obdzielą teraz nimi swoje rodziny czy młodszych współmałżonków, korzystających z podobnych kuracji na podobne przypadłości senioralnego wieku. Nie pierwszy raz w ostatnich latach władza stawia lekarzy w tak niekomfortowej sytuacji. Bo to znowu na nich spada odpowiedzialność za tonowanie nadmiernych oczekiwań pacjentów, którym wmówiono, że państwo stać na fundowanie seniorom darmowych lekarstw. Jeśli koszty całej operacji okażą się zbyt wysokie, łatwo będzie wskazać winnych właśnie wśród lekarzy. Jeśli zaś protestować będą rozczarowani pacjenci, znów odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obarczy się doktorów. Kolejna korporacja, która podkopuje zaufanie pokładane w „dobrej zmianie”.

A zawiedzionych zawartością i dostępnością listy darmowych leków może być sporo. Bo np. pewne grupy są na liście wyjątkowo licznie reprezentowane, a innych nie ma wcale. Argument, że dokonano wyboru tylko spośród preparatów dostępnych do tej pory z odpłatnością 30- i 50-procentową, by nie rozdawać za darmo i tak tanich leków z wykazu na ryczałt (czyli za 3,20 zł), broni się połowicznie. Bo sporo leków z listy ryczałtowej, na przykład kardiologicznych, jest tylko w teorii tak tanich – kto się nimi leczy, ten wie, że w aptece trzeba nieraz pokryć z własnej kieszeni różnicę między ceną detaliczną a tzw. podstawą limitu, wskutek czego nasz specyfik kosztuje nie 3,20, lecz kilkanaście złotych. Mimo to w wykazie „S” znaleźć się nie mógł.

Od lekarza do lekarza

Kolejna pułapka to różnice między wskazaniami poszczególnych preparatów. Ten sam lek może być bowiem stosowany przez pacjentów cierpiących na różne schorzenia – np. zakrzepicę naczyń lub migotanie przedsionków (w jednym i drugim przypadku chodzi o rozcieńczanie krwi, by nie tworzyły się zakrzepy, ale choroby są jednak inne). Na bezpłatną receptę będzie mógł liczyć tylko ten senior, którego choroba została wcześniej uwzględniona przy 30- lub 50-procentowej refundacji. Jeśli natomiast identyczny lek, który otrzymał refundację np. w kuracji zakrzepicy, przy wspomnianym migotaniu przedsionków jest w aptece pełnopłatny – nadal takim pozostanie. I znów to lekarz będzie musiał tłumaczyć skołowanemu choremu, skąd taka różnica i zawiłości w przepisach.

Dr. Wojciecha Matusewicza, prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, który opiniował ostateczny kształt listy „S”, cieszy usunięcie z niej antybiotyków: – Przy obecnych nadużyciach byłoby wysoce nieodpowiedzialnym wydawanie ich za darmo. Nie ma też zastrzeżeń, że znalazły się na niej leki przeważnie drugiego rzutu, a więc wybierane dopiero wtedy, gdy wcześniejsza terapia okazała się niewystarczająco skuteczna. – Początkowo miałem o to pretensję, ale doszedłem do wniosku, że w starszym wieku kuracje są już przeważnie bardziej zaawansowane.

To prawda i dlatego większość pacjentów leczy się u specjalistów – a ich właśnie pozostawiono bez prawa do zlecania darmowych leków. To znaczy zlecać mogą teoretycznie: chory dostanie karteczkę z zarekomendowanymi nazwami, z którą będzie musiał zapisać się na wizytę u swojego lekarza rodzinnego. Ktoś, kto ma pojęcie, jak wyglądają listy kolejkowe w większości poradni, nie zafundowałby pacjentom takiej mitręgi.

Senior będzie krążył od lekarza do lekarza. A gdy przy wypisie ze szpitala dostanie komplet recept, to zrealizuje je i kontynuować leczenie będzie dopiero po wizycie u lekarza pierwszego kontaktu.

Trudno powiedzieć, na ile program 75+ jest w ogóle w stanie spełnić wizję polepszenia stanu zdrowia seniorów. Wielu geriatrów wręcz twierdzi: u starszych osób należy raczej ograniczać przyjmowanie pigułek, niż mnożyć je zachętami do stosowania. Wiceminister zdrowia Marek Tombarkiewicz, podobnie jak jego szef dr Konstanty Radziwiłł, argumentują, że obecnie ok. 17 proc. pacjentów powyżej 70 lat nie wykupuje przepisanych lekarstw z powodu niskich emerytur. Jeśli szacunek ten jest prawdziwy, to wypada zapytać, dlaczego tak się dzieje, skoro od jakiegoś czasu leki w Polsce należą do najtańszych w Europie i wywożone są pokątnie na Zachód. Jeśli co szóstej starszej osoby nie stać na leki, byłoby ze wszech miar rozsądniej, gdyby to Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej otoczyło ich większą troską, tworząc dla najbiedniejszych program refundujący leczenie. Resort zdrowia – o czym u nas nie chcą pamiętać rządzący – nie powinien zajmować się wspomaganiem najuboższych, bo ma na głowie zupełnie inne zadania. I cierpi na chroniczny brak pieniędzy. Ale 75+ jest tu klonem 500+: i cele, i koszty są mniej ważne niż polityczny i wizerunkowy efekt.

 

Polityka 37.2016 (3076) z dnia 06.09.2016; Temat Tygodnia; s. 18
Oryginalny tytuł tekstu: "Triki na leki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną