Kraj

Trójka ze sternikiem

Co wiemy o sędziach, którzy paraliżują pracę TK

Zbigniew Jędrzejewski Zbigniew Jędrzejewski Andrzej Hulimka / Reporter
Kim są sędziowie, którzy bojkotują prace Trybunału Konstytucyjnego? Dlaczego to robią? Kto z nich ma szansę zdobyć stanowisko kolejnego prezesa TK?
Piotr PszczółkowskiBartosz Krupa/EAST NEWS Piotr Pszczółkowski
Julia PrzyłębskaStanisław Kowalczuk/EAST NEWS Julia Przyłębska

Artykuł w wersji audio

Trojgu sędziom wskazanym i wybranym (zgodnie z prawem) przez PiS – Julii Przyłębskiej, Zbigniewowi Jędrzejewskiemu i Piotrowi Pszczółkowskiemu – dotąd nie przeszkadzał brak sędziów dublerów w składach orzekających. To trzy osoby wybrane przez PiS na zajęte już miejsca – a więc nielegalnie – od których prezydent Duda przyjął ślubowania, ale prezes Rzepliński nie dopuścił ich do orzekania. Teraz, gdy w TK stanęła sprawa trybu wyboru kandydatów na prezesa, kluczowa dla przejęcia przez PiS kontroli nad Trybunałem, pisowscy sędziowie uznali, że zasiadanie w składzie bez dublerów jest naruszeniem konstytucji. Paraliżują więc Trybunał, bo wystarczy, że na Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK, które ma przyjąć zmiany w regulaminie umożliwiające wybór kandydatów na prezesa, nie przyjdzie jeden pisowski sędzia i procedura wyboru prezesa jest zablokowana.

Ustawa PiS, która jest już w Sejmie, została tak skonstruowana (przez sformułowane kryteria), że gdy nie ma jeszcze nowego prezesa, to jego obowiązki ma sprawować Julia Przyłębska. I pewnie jako pełniąca obowiązki prezesa włączy do orzekania dublerów, którzy po wygaśnięciu kadencji prezesa Rzeplińskiego wybiorą już pełnoprawnego pisowskiego prezesa. Taki jest czytelny partyjny plan.

Nie lubią, kiedy mówi się o nich, że są partyjnymi sędziami. Przyłębska w TVP Info: „To dla nas bardzo przykre, kiedy media, kiedy politycy mówią o nas pisowscy sędziowie. Ja nie jestem pisowskim sędzią nie dlatego, że ja się dystansuję od jakiejś partii, obojętnie jakiej. Ja jestem sędzią wybranym przez suwerenny parlament. To jest dyskredytowanie nas, że jesteśmy ci gorsi, bo jesteśmy pisowscy”. W porannej rozmowie w RMF FM dodała, że nazywanie ich w ten sposób to bezczelność, i oczekuje przeprosin.

Profesor Jędrzejewski już na etapie przesłuchań kandydackich przez sejmową komisję oświadczył, że zadawane pytania (m.in. o to, czy TK mógł orzec w sprawie tak zwanej ustawy naprawczej, odwołując się bezpośrednio do konstytucji) zmierzają do zrobienia z niego „niedobrego pisowca”. Tylko sędzia Pszczółkowski nigdy się na to nie obrażał, bo i trudno by mu było, skoro przez kilka tygodni, zanim PiS wybrał go do Trybunału, zasiadał w ławach poselskich tuż za prezesem Kaczyńskim. Faktem jest, że cała trójka nie zrobiła jeszcze wiele, aby swoją niezależność od PiS w jakikolwiek sposób zaznaczyć, ale za to zrobiła wiele, by uprawomocnić określanie ich sędziami pisowskimi. Zanim jeszcze założyli togi, udowodnili lojalność wobec prezesa.

Tak jak mąż

Dla Julii Przyłębskiej aktywnym łącznikiem z partią jest jej mąż Andrzej. Poznali się na studiach na poznańskim uniwersytecie. Julia pod koniec PRL była już po aplikacji sędziowskiej. Kiedy komunizm się rozsypywał, trafiła do Wydziału Cywilnego Sądu Rejonowego w Poznaniu. Przez 10 lat orzekała w sądzie wojewódzkim w sprawach ubezpieczeń społecznych. Kiedy w 1998 r. Andrzej Przyłębski został radcą ambasady polskiej w Berlinie (wcześniej był tam na stypendium Fundacji Humboldta), ona przerwała karierę sędziowską i pojechała za mężem. Ich synowie skończyli w Niemczech szkoły. Z czasem objęła funkcję konsula i radcy ambasady w Kolonii i Berlinie. Koordynowała rozmowy w sprawie odszkodowań za działalność III Rzeszy i walczyła o przyznanie Polonii w Niemczech statusu mniejszości.

Jeden z ich znajomych sądzi, że to na placówce ich poglądy się zradykalizowały, że wcale nie czuli się dobrze za zachodnią granicą. Po prawie 10 latach rodzina wróciła do Polski. W 2007 r. postanowieniem Lecha Kaczyńskiego Przyłębska została ponownie sędzią – w sądzie okręgowym w rodzinnym mieście.

Jej nie wypadało angażować się politycznie, ale mąż – już jako pracownik Instytutu Kulturoznawstwa w UAM – nadrabiał za dwoje. W 2010 r., po katastrofie smoleńskiej, stworzył Akademicki Klub Obywatelski im. Lecha Kaczyńskiego i przyznał medale prezesowi PiS i Antoniemu Macierewiczowi. Oficjalnie poparł Jarosława w wyborach prezydenckich. Po zwycięstwie PiS w 2015 r. Witold Waszczykowski skierował go na jedną z trzech najważniejszych – obok Brukseli i Waszyngtonu – placówek, do Berlina. „Szukamy ludzi, którzy realizowaliby nasz program odchodzący trochę od poprzedniej polityki” – tak szef MSZ uzasadnił tę nominację.

Przyłębski od „poprzedniej polityki” odchodzi radykalnie. Nawet nie sili się na dyskrecję i dyplomację, tylko otwarcie uprawia propagandę władzy. Szuka w stolicy Niemiec kina, które zechce wyświetlić „Smoleńsk”, wygłasza śmiałe tezy, że na zmianach w Polsce korzysta „całe społeczeństwo, a nie elita, która naprawdę elitą nie jest”. „A ponieważ równolegle następuje rewolucja kulturalna, którą ogłosili Kaczyński z Orbánem, nie podoba się to ani »Gazecie Wyborczej«, ani Parlamentowi Europejskiemu” – oświadczył kilka dni temu. O Komisji Weneckiej mówi, że się skompromitowała.

Jego żona w TVP Info uznała opinię Komisji za nieobiektywną, a w wywiadzie dla „wSieci” stwierdziła, że Komisja nie ma mandatu, żeby nadal zajmować się Polską. Opinii sędzi w tej sprawie, tak jak w innych dotyczących TK, generalnie nie podziela ogromna większość środowiska sędziów i prawników akademickich. Przyłębski natomiast mówił, że szef niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego miesza się w polskie sprawy, kiedy ten skrytykował rząd PiS za wygaszanie polskiego TK. Małżonka ambasadora zapewne myśli podobnie, czego dowodem choćby jej dwukrotna obecność na spotkaniach Klubów Gazety Polskiej w Berlinie. Tematem spotkania pod koniec października była „Krytyka Trybunału Konstytucyjnego w Polsce – przyczyny i skutki”.

Julia Przyłębska, choć nie ma doświadczenia medialnego, została oddelegowana z trójki pisowskich sędziów Trybunału do publicznej walki z prezesem Rzeplińskim. Emocjonalnie (i, niestety, chaotycznie) tłumaczyła przed kamerami, dlaczego bojkotują ostatnie obrady. Potem podczas wywiadów dla RMF i TVP przyznała, że „to było trochę emocjonalne, bo jako sędzia przyzwyczaiła się, że siedzi za stołem i orzeka”, ale teraz nie ma wyjścia i musi po mediach tłumaczyć, o co im chodzi z tym bojkotem.

Adwokat prezesa

Dlaczego akurat ona wzięła na siebie tę rolę, a nie dość wprawny medialnie sędzia Piotr Pszczółkowski? – Piotr podpadł prezesowi i musi znów przekonać do siebie Jarosława – mówi polityk PiS. W czerwcu ściągnął na siebie gniew prezesa stwierdzeniem, że pięcioosobowy skład Trybunału pod jego przewodnictwem wydał wyrok, a przecież PiS tego, co orzekał TK w pięcioosobowym składzie, wyrokami nie nazywał. I nie pomogło, że szybko dodał, iż wyrok w tym składzie „zapadł w sprzeczności z przepisami ustawy”, dodajmy: pisowskiej ustawy.

Potem jeszcze dolał oliwy do ognia, stwierdzając odważnie, że „zgodnie z przepisem konstytucji orzeczenia TK podlegają publikacji”. Czyli że to nie Beata Szydło o tym decyduje, ale konstytucja. Szef klubu PiS Ryszard Terlecki uznał, że sędzia został w Trybunale przechwycony, a jego wypowiedź „wpisuje się w godną pożałowania polityczną działalność prezesa TK”. – Pszczółkowski jest wybrany na dziewięcioletnią kadencję i PiS odwołać go nie może, ale prezes mocno się zdenerwował i relacje między panami określane są przy Nowogrodzkiej jako chłodne – mówi adwokat, znajomy Pszczółkowskiego.

W orbicie PiS łódzki adwokat znalazł się z polecenia Zbigniewa Ziobry. Kiedy rodzina Ziobrów skarżyła się do sądu na pierwsze umorzenie śledztwa w sprawie śmierci Jerzego Ziobry (nastąpiła w wyniku powikłań pooperacyjnych), reprezentował ich właśnie mecenas Pszczółkowski. Potem został pełnomocnikiem samego prezesa PiS w śledztwie smoleńskim. „Nie zastanawiałem się nawet pięciu minut. Moja motywacja w tej sprawie w imieniu pana premiera [tak zwraca się do prezesa PiS – red.] związana była przede wszystkim z tym, że śp. Pan prezydent Lech Kaczyński, był jedynym prezydentem powojennej Rzeczpospolitej, z którego byłem dumny” – lał miód na serce prezesa PiS w rozmowie opublikowanej w „Uważam Rze” kilka lat temu. I dalej, że sprawa katastrofy determinuje większość jego działań i że będzie walczył do samego końca, aby za przebieg śledztwa się nie wstydzić.

Inaczej niż pełnomocnik rodzin smoleńskich Bartosz Kownacki, Pszczółkowski nie wystartował w 2011 r. w wyborach do Sejmu. Kiedy więc w 2015 r. ogłosił, że startuje z list PiS, z pewnego, trzeciego miejsca w Łodzi, jego znajomy adwokat był mocno zdziwiony. – Ale potem pomyślałem, że to test lojalności, który przygotował dla niego Kaczyński, i pewnie zaraz odda mandat, bo wystawią Piotra na sędziego do TK. Intuicja mnie nie zwiodła. Dodaje, że Pszczółkowski jest zbyt ambitny, by głosować, jak mu zadzwonią z Nowogrodzkiej lub napiszą na ściągawce. Zresztą zapowiadał w kampanii, że jeśli zostanie wybrany, to zrezygnuje z pensji poselskiej i dalej będzie zarabiał w adwokaturze.

Do 2013 r. reprezentował Kaczyńskiego razem z drugim adwokatem – Rafałem Rogalskim, który jednak zrezygnował, bo nie podzielał ustaleń w sprawie katastrofy głoszonych przez zespół Antoniego Macierewicza. Pszczółkowski natomiast aktywnie uczestniczył w pracach zespołu i firmował swoją obecnością konferencje smoleńskie, na których dowodzono, że przyczyną katastrofy był zamach. W prawicowej prasie już trzy lata temu mówił, że ekshumacje są w śledztwie najważniejsze.

Ale do prezesa, poza wypowiedzią Pszczółkowskiego o publikacji wyroku TK, doszły też słuchy o tym, że Pszczółkowski bywa w gabinecie prezesa Rzeplińskiego. Ktoś doniósł, że „pija u niego herbatki”. Przyłębska w rozmowie z braćmi Karnowskimi wyrzekła się takich spotkań: „Mało z nim rozmawiam”. Do 13 listopada Piotr Pszczółkowski był na zwolnieniu lekarskim, więc jego nieobecność w TK została usprawiedliwiona. Ale żeby usprawiedliwić się przed prezesem, musi się bardziej postarać, choć jego szanse na prezesurę i tak zostały raczej pogrzebane.

Sędziowie marcowi

PiS tak skroił ostatnią ustawę o TK, że tylko Julia Przyłębska (jako ta z najdłuższym liczonym łącznie stażem w sądownictwie) może po wygaśnięciu kadencji Rzeplińskiego zacząć pełnić jego obowiązki. Ale tylko do czasu wybrania nowego prezesa, którym według kilku naszych rozmówców może zostać trzeci z pisowskich sędziów Zbigniew Jędrzejewski. Dla wielu jego kandydatura była zaskoczeniem, bo nie pojawiał się wśród ekspertów publicznie sympatyzujących z PiS, nie pisał dla partii projektów ustaw ani opinii prawnych. Dlaczego on? – Słyszałem, że rekomendował go Zbigniew Ziobro, a właściwie dawniej jego asystent, a dziś zastępca Marcin Warchoł – mówi akademik związany z PiS. Warchoł, podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, był zastępcą Jędrzejewskiego w czasie, gdy ten był dyrektorem Instytutu Prawa Karnego na UW.

Jędrzejewski prawo na UW skończył w 1982 r., a habilitował się sześć lat temu. Zawodowo związał się nie tylko z tą uczelnią, również z WSAP w Ostrołęce, na której wykłada Krystyna Pawłowicz. Mówi się, że Jędrzejewski jest wybitnym ekspertem z zakresu prawa karnego materialnego. Recenzent jego 650-stronicowej habilitacji określił ją jako publikację z rodzaju „alchemii prawa”, bo analizowanie poruszanych w niej problemów wymaga nie tylko bardzo specjalistycznej wiedzy, ale też pasji.

Kolega z wydziału mówi, że Jędrzejewski nigdy nie krył prawicowych sympatii, szczególnie w sprawach światopoglądowych, jak stosunek do aborcji czy zgoda na karę śmierci. W Sejmie zapowiedział, że będzie orzekał zgodnie ze swoim sumieniem. Tuska zawsze krytykował, a Kaczyńskiego podziwiał. W lutym tego roku witał gości podczas spotkania na UW, pod patronatem Andrzeja Dudy, organizowanym dla uczczenia żołnierzy wyklętych.

W czasie przesłuchań przed sejmową komisją potwierdziła się opinia studentów o profesorze, że jest dość złośliwy, lubi wchodzić w polemiki i prowokować. Co rusz uchylał się od odpowiedzi na poselskie pytania. „Czy premier ma prawo nie publikować tego, nazwijmy to, wyroku – ja się na razie nie będę wypowiadał”. Na niektóre jednak odpowiedział. Na przykład tak, że „ostatni wyrok TK ma ponad 200 stron i przez niego jeszcze nie przebrnął”. To komisyjne przesłuchanie i demonstrowana arogancja profesora w środowisku prawniczym zostały przyjęte źle. – Od tamtej pory nie podaję mu ręki – mówi profesor i kolega z wydziału.

Były konsul generalny RP w Vancouver, Los Angeles i Nowym Jorku Krzysztof Kasprzyk napisał w liście otwartym do Jędrzejewskiego: „Stał się pan aktywnym udziałowcem gorszącego jarmarcznego widowiska”. A skończył ten list luźnym skojarzeniem, że „prawie pół wieku temu władza instalowała sobie tzw. docentów marcowych”.

Czy prezes PiS właśnie jego zainstaluje w fotelu prezesa Trybunału Konstytucyjnego? Dobrze zorientowany poseł PiS mówi, że sędzia Przyłębska jest trochę rozhisteryzowana, a prezes takich kobiet nie lubi. Pszczółkowskiemu nie do końca już ufa. A Jędrzejewski dzielnie staje, co udowodnił przed sejmową komisją. Prezes takich ceni. Dziś jednak Jędrzejewski nie staje na pierwszej linii frontu. – Teraz jest polityczna wojna i nie chcemy, by się z nią kojarzył. Jędrzejewski nigdy nie był z nami formalnie związany i lepiej pasuje do opowieści, że nowy prezes będzie apolityczny, podczas gdy Rzepliński był emisariuszem Platformy – podsumowuje polityk od Kaczyńskiego.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Rozmowa z Magdaleną Grzebałkowską o życiu i jazzie Krzysztofa Komedy

Poginęli i poumierali z dezynwoltury, którą powodował alkohol, ale też z pecha i bezczelności – mówi o ponurej serii zapoczątkowanej śmiercią Krzysztofa Komedy Magdalena Grzebałkowska, autorka książki „Komeda. Osobiste życie jazzu”.

Jakub Knera
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną