Coraz więcej wątpliwości po wypadku wojskowego samolotu MiG-29
Pilot się nie katapultował – to już wiadomo. Ale dlaczego szukano go tak długo? Dlaczego nie włączył radiostacji ratowniczej? Dlaczego nie szukał go śmigłowiec ratowniczy?
Kaluszyn, okolice Mińska Mazowieckiego
Krystian Maj/Forum

Kaluszyn, okolice Mińska Mazowieckiego

Najpierw o faktach. MiG-29 z 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego podchodził do lądowania na macierzystym lotnisku w Janowie pod Mińskiem Mazowieckim od strony wschodniej, czyli od Siedlec. W odległości ok. dziesięciu kilometrów od progu pasa startowego, kiedy zgodnie z profilem ścieżki podejścia powinien być na wysokości 500 metrów, maszyna niespodziewanie zaczęła zniżać się pod tę ścieżkę, aż w końcu zniknęła z ekranu radaru. Pilot nie zgłaszał żadnych problemów, po prostu przestał odpowiadać na wezwania radiowe. Było kilka minut po godzinie 17.

Zaczęły się pojawiać kolejne problemy. Pilot, który – jak się okazuje – odniósł obrażenia kostki, przeleżał w lesie na chłodzie trzy godziny. Został odnaleziony krótko po godz. 20. Tymczasem wiceminister obrony narodowej Bartosz Kownacki powiedział, że pilota odnaleziono po 80–90 minutach. Również płk pil. Piotr Iwaszko, dowódca 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego, twierdził, że rozmawiał z pilotem już po ok. półtorej godziny. Ale czy obaj mieli na myśli jego fizyczne odnalezienie w lesie, czy też liczyli ten czas od nawiązania kontaktu z pilotem przez ekipy ratownicze?

MiG się rozbił, śmigłowiec nie wystartował

Dziwne, że do kontaktu z oficerem, który siedział za sterami, nie wykorzystano radiostacji ratowniczej, którą pilot powinien mieć w kieszeni kombinezonu. Czy ją faktycznie miał, to druga sprawa. I czy jeśli ją miał, to radiostacja działała czy nie? A może nie przyszło mu po prostu do głowy, by z niej skorzystać? Bo powinien to zrobić tuż po wypadku, gdy tylko znalazł się na ziemi, jeśli był przytomny.

Co jeszcze bardziej tajemnicze, nadal nie wiadomo, dlaczego pilot nie katapultował się z samolotu – czego właśnie się dowiedzieliśmy. Nie wiadomo, czy usiłował wylądować nim przymusowo. Myśliwiec zderzył się z drzewami, spadał dość płasko, ścinając drzewa i gubiąc najrozmaitsze szczątki. Jeśli to prawda, że pilot został w kabinie, to fakt, że przeżył z niewielkimi obrażeniami, można uznać za cud. Takie przypadki się po prostu nie zdarzają. Z drugiej strony skręcenie kostki jest typowe dla lądowania na spadochronie w nocy i wśród drzew. Jak było naprawdę, dowiemy się z czasem.

Cała akcja ratownicza wydaje się dość chaotyczna. Nie trzeba było przecież przeszukiwać połowy Polski, ale dosłownie kilka kilometrów kwadratowych. Wrak samolotu odnalazł się osiem kilometrów od pasa startowego, prawie że w jego osi. Czy naprawdę tak trudno przeszukać niewielki obszar? Okazuje się, że bardzo trudno.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj