Relacja z pokładu prezydenckiego samolotu do Kuwejtu
„Fakt” donosi, że prezydentowi groziło niebezpieczeństwo z powodu trudności z przygotowaniem jego wizyty w Kuwejcie. Nawet jeśli to typowa dla tabloidu przesada, powinna zabrzmieć jak dzwonek alarmowy.
Embargo na informację o wylocie do Kuwejtu obowiązywało do godziny 6.00 w dniu wylotu.
Marek Świerczyński/Polityka

Embargo na informację o wylocie do Kuwejtu obowiązywało do godziny 6.00 w dniu wylotu.

Nie umiem stwierdzić, czy minister obrony – jak sugeruje gazeta – w jakikolwiek sposób blokował czy utrudniał wylot prezydenta. Nie wiem też, jak poważne były awarie Herculesa – ta na ziemi i ta rzekoma w powietrzu, podczas próby pierwszego wylotu ekipy przygotowawczej. Trzeba to na pewno wyjaśnić, bo stan naszej floty transportowej jest kluczowy dla misji zagranicznych i roli Wojska Polskiego w NATO. Pogłoski o wcześniejszych kłopotach z maszyną były znane w chwili wylotu do Kuwejtu, ale samolot bezpiecznie dotarł na miejsce – a bez niego wylot prezydenta by się nie odbył. Nie kwestionując więc doniesień „Faktu”, dodam kilka informacji, które pokazują szerszy kontekst całej historii.

Embargo na informację o wylocie do Kuwejtu obowiązywało do godziny 6.00 w dniu wylotu (w czwartek, 21 grudnia). To normalna praktyka, gdy w grę wchodzą wizyty w polskich kontyngentach wojskowych za granicą. Uczestnicy wyprawy wiedzieli o dacie i programie dużo wcześniej. Perspektywa niemal doby w wieloodcinkowej podróży mogła tłumić początkowy entuzjazm, ale ponieważ do kuwejckiej bazy Ahmed al-Jaber dostać się bardzo trudno, odwiedziny z prezydentem u polskich żołnierzy i w samym miejscu były bardzo kuszące. Prasowy pool, któremu zaoferowano udział, był w efekcie dość liczny i – jeśli można użyć tego sformułowania – nadzwyczaj ekumeniczny.

Od początku było wiadomo, że prezydent poleci czarterowanym od LOT Embraerem. Nowiutkim Gulfstreamem G550 lecieć nie mógł, bo mimo iż jest najważniejszym VIP-em w kraju, samoloty VIP są na razie dla Andrzeja Dudy niedostępne. Powód jest formalny – latające nimi załogi nie mają jeszcze wylatanego minimalnego „nalotu”, liczby godzin w powietrzu, jaki jest potrzebny przy lotach o statusie HEAD. Najnowszym przyjętym do służby samolotem w polskich siłach powietrznych lata więc minister obrony narodowej czy jego zastępcy, ale nie prezydent. Więc nawet gdyby minister nie zabrał Gulfstreama do Afganistanu, prezydent nie mógłby z niego skorzystać. Nie mógłby też zabrać na pokład tak licznej delegacji – i nie mam tu na myśli wyłącznie mediów.

Awaria samolotu transportowego może się zdarzyć

Wiadomość o kłopotach samolotu Hercules, którym do Kuwejtu lecieć miał tzw. advance team przygotowujący wizytę prezydenta jeszcze w środę, 20 grudnia, dzień przed planowanym wylotem, podało RMF FM. Mniej więcej w tym samym czasie jako uczestnik wylotu z prezydentem otrzymałem wiadomość, że nie wiadomo, czy do niego dojdzie, i żeby czekać na ostateczne potwierdzenie.

Fakt ten świadczy o tym, że względy bezpieczeństwa traktowano z absolutną powagą i nikt nie wyobrażał sobie lotu za wszelką cenę. Awaria samolotu transportowego może się zdarzyć, dlatego oprócz potencjalnych komplikacji kalendarzowych wiadomość nie wywołała większego zaniepokojenia. Wszyscy wiemy, że polskie Herculesy są po prostu wysłużone i mają prawo się psuć. Mamy ich zaledwie pięć, przejętych półdarmo od USA w ramach ich programu pomocowego, luźno związanego z wielką transakcją zakupu F-16.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj