Rozważni i romantyczni
Gniew ludzki jest żywiołem, a żywioły zsyłają bogowie. Dlatego w gniewie widziano zawsze palec opatrzności.

Ludzie jak żadne inne stworzenia uśmiechają się do siebie i jak żadne inne znęcają się jedni nad drugimi. Bezinteresowna życzliwość i nienawistne okrucieństwo walczą o lepsze w świecie i w duszy każdego. Gdy nam dobrze, wygrywa dobroć, gdy zaś los i ludzie nas krzywdzą – zwycięża nienawiść. Nienawiści towarzyszy wrzaskliwy gniew, a dobroci i miłości uśmiech i śmiech serdeczny. Pośród odgłosów gniewu i radości toczą się dzieje ludzkich społeczeństw. Od wojny do pokoju i z powrotem. Rzezie i festyny to święty czas ludów – to w nich dochodzi do głosu życie w całej swej intensywności, zanim znów pogrąży się w letniej codzienności.

Lud syty świętuje i bawi się. Lud sponiewierany, udręczony swą nędzą, powstaje. W każdej epoce i w każdym zakątku świata dojrzewają grona gniewu. Gorycz i rozpacz wzbierają w straszliwą siłę, która z serca uderza w skronie gorącą falą krwi. Ta siła dławi głos, zaćmiewa wzrok i zaciska pięść. Gniew rodzi gniew, gwałt się gwałtem odciska. Pożoga idzie przez kraj. Nienawiść upaja narody jak zło rozkoszne i zwycięskie.

Gniew ludzki jest żywiołem, a żywioły zsyłają bogowie. Dlatego w gniewie widziano zawsze palec opatrzności. Rozszalały lud zdawał się narzędziem woli bożej, a w czasach, gdy już w Boga nie wierzono – narzędziem Historii. Tak czy inaczej, zwykło się sądzić, że za pasją ludu stoi jakaś uświęcająca ją konieczność. Jakub Szela to raczej boży prostaczek niż morderca. Gilotynę wielkiej rewolucji uruchamiał Robespierre, lecz na żądanie Ducha Dziejów. Bardziej wszak bylibyśmy z tą metafizyką ostrożni, gdyby szło o zbrodnie bliższe nam w czasie, jak rzeź w Ruandzie czy na Bałkanach. W obliczu nieszczęścia najlepiej się pokazuje, jak mało mamy zaufania do rozumu i jak wielka jest etyczna moc uczuć. Zwłaszcza uczuć, jakie żywimy wobec tych, którzy są nam na tyle bliscy, abyśmy potrafili się z nimi solidaryzować.

Słusznie. Rozum, by działać w reżimie logiki, uwalnia się od uczuć, lecz wyobcowany z nich bez reszty, wysycha i staje się pustą skorupą. Z drugiej strony również uczucia muszą trzymać się blisko realiów, bo inaczej stają się pozbawionym sensu zaburzeniem emocjonalnym. Umiar we wszystkim to szacunek dla tego, co rzeczywiste. Uczucie gniewu też chce być rozumne i bywa rozumne, szukając dla siebie zmiarkowania. Może się wszak zjawić gniew na tle mądrej myśli i słusznej oceny. Pieczętuje ich autentyzm i wyraża je z należytą dobitnością. Gdy ocena jest naprawdę słuszna i jej gniewny wyraz mimo wszystko opanowany, mówimy o słusznym gniewie. Tak to się nazywa w tradycji katolickiej. Jezus przegnał handlarzy z przybytku Pana. Tak samo zagniewany ojciec karze swe dzieci rózgą – oczywiście ich dobro mając na względzie i kierując się miłością. Czy to hipokryzja? Nie.

Gniew jest lepszy od zimnej obojętności, nie mówiąc już o zimnej nienawiści. Nie wyklucza miłości, a nawet ją wzmacnia. Po własnym gniewie poznać wszak można głębię własnej duszy i to, jak ważni są dla nas ci, na których się gniewamy. Taka jest powszechna niemal nauka o gniewie, nieśmiało kontestowana przez nielicznych piewców łagodności doskonałej. Nadstawiacze drugich policzków byli tolerowani (w końcu kto by tam chciał uderzać w ten drugi policzek?), lecz nigdy nie byli górą. Na pewno nie na Zachodzie – chrześcijaństwo pamięta o gniewie bożym, którego naśladownictwem jest słuszny gniew człowieka.

W gniewie moralnym jest przeto iskra boża, a jednocześnie coś anielskiego. Bo przecież on mija. Jest jak burza, a gdy trwa burza, czyż nie cieszymy się już na pogodę, która po niej nastąpi? Ukojony gniew, przywrócona łagodność serca, oczyszczonego z niebezpiecznej namiętności, to przebudzenie. Z lekka oszołomieni, cieszymy się odzyskaną równowagą i błogosławionym spokojem. Nie docenialibyśmy równowagi ducha, nie tracąc jej czasami.

Dobry gniew oczyszcza duszę z nienawiści, jak śmiech. W gniewie i w śmiechu spalają się lęk, wstyd, groza i złość, które każdego dnia wzbierają w studni naszej nieświadomości jak miazmaty dawnych i nowych urazów. Rechot, skowyt, wrzask to małpie odgłosy naszej filogenezy. Wśród nieartykułowanych, animalnych dźwięków człowieczych gardzieli tylko jeden ma prawo i przywilej towarzyszenia ludzkiej, bo językowej artykulacji – właśnie śmiech. On to, sam pozbawiony znaczenia, niczym muzyka – znaczy mimo to. Nic nie mówiąc, daje poznać obecność dobra. I tak jak słuszny gniew walczy z nienawiścią, radosny i serdeczny śmiech walczy z rechotem.

Śmiech pusty, zły i szyderczy, będący prostym rozładowaniem napięcia, od nienawistnego gniewu różni się zaledwie swym fizycznym wyrazem. Zmienne są formy i odgłosy agresji, lecz istota jej pozostaje ta sama. Wielka to sztuka, by swój zwierzęcy lęk, mimowolnie przetworzony w agresję, okiełznać, nadając mu szlachetną formę słusznego gniewu i ostatecznie oczyścić go w śmiechu.

Wiele dróg prowadzi od zwierzęcia do człowieka, od dzikości bądź łagodności jako stanów układu nerwowego do etycznej pasji istoty ludzkiej. Mamy refleksję, mamy empatię, mamy ironię. Na różne sposoby odchodzimy od siebie, od tego zwierzęcia, które hodujemy w swych trzewiach, by odnaleźć pewne szlachetne i umiarkowane wyobcowanie, trafnie zwane dystansem do siebie i świata. Gdy jest go za mało, poddajemy się lękowi i nienawiści albo bezrozumnej, łapczywej miłości. Gdy jest go za dużo – grozi nam jałowe szyderstwo i nihilizm.

Sztuka życia polega na tym, by wciąż na nowo odnajdować punkt równowagi między egzaltacją i obojętnością, euforią i depresją, postem i karnawałem. Dobra droga prowadzi środkiem.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną