Nowa dywizja na wschodzie. Na razie na papierze
W Siedlcach ma się znaleźć dowództwo długo zapowiadanej przez PiS 4. dywizji wojsk lądowych. Ma bronić Warszawę przed atakiem ze wschodu.
Gen. bryg. Jarosław Gromadziński, minister obrony Mariusz Błaszczak, prezydent Siedlec Wojciech Kudelski i dowódca generalny gen. broni Jarosław Mika na uroczystości powołania czwartej dywizji
Marek Świerczyński/Polityka

Gen. bryg. Jarosław Gromadziński, minister obrony Mariusz Błaszczak, prezydent Siedlec Wojciech Kudelski i dowódca generalny gen. broni Jarosław Mika na uroczystości powołania czwartej dywizji

Podhalańczycy z Rzeszowa wejdą w skład nowej, 18. Dywizji Zmechanizowanej.
Marek Świerczyński/Polityka

Podhalańczycy z Rzeszowa wejdą w skład nowej, 18. Dywizji Zmechanizowanej.

Warszawę dzieli w linii prostej 140 km od tzw. bramy brzeskiej – najkorzystniejszego i historycznie wielokrotnie wykorzystywanego lądowego przejścia z Rosji na zachód. Choć teren po wschodniej stronie granic to formalnie Białoruś, tworzy ona z Rosją jeden obszar wojskowy i może być wykorzystana w działaniach przeciwko NATO. Nie należy mieć żadnych wątpliwości, że w razie wojny – czy nawet kryzysu – z tego miejsca będą prowadzone działania zbrojne przeciwko Polsce i bazującym u nas siłom sojuszniczym, mające na celu związanie ich i osłabienie obrony tzw. przesmyku suwalskiego, który łączy lądowy trzon NATO w Europie z „wyspą” państw bałtyckich. To idealne miejsce dla operacji okrążającej strzegącą przesmyku polską 16. dywizję wraz z wielonarodową grupą batalionową NATO.

Po ich odcięciu nie tylko niemożliwa będzie pomoc Litwie, Łotwie i Estonii, ale w bezpośrednim zagrożeniu znajdzie się stolica Polski. Natarciu ze wschodu sprzyja dość płaski teren, pozbawiony dużych obszarów leśnych i przeszkód wodnych poza granicznym Bugiem, który zarazem odcina ewentualnych obrońców chcących nadciągnąć z północy. Jeśli potencjalny przeciwnik opanuje też terytorium sąsiadującej na południowym-wschodzie Ukrainy, znaczenie obszarów na wschód od stolicy rośnie w trójnasób, co udowodniła przecież Bitwa Warszawska w 1920 r. Mimo postępów technologii wojsko – zwłaszcza działające na lądzie – wciąż zależy od ukształtowania terenu. Tak się składa, że na wschodnim podejściu do Warszawy sprzyja on atakującym.

Luka na wschodzie

Ten rzut oka na mapę, przy świadomości uwarunkowań geostrategicznych, skłaniałby do oczywistego wniosku, że frontowy – i w teorii zagrożony atakiem – kraj NATO powinien utrzymywać silną obecność wojskową na wschód od Warszawy, poniżej linii Bugu. A jednak w trwającym po upadku komunizmu procesie redukcji liczebności i zmian w rozlokowaniu jednostek Wojska Polskiego tych uwarunkowań zdawano się nie brać pod uwagę. Trzon sił pozostał na zachodzie, co uzasadniano możliwością wyprowadzenia stamtąd kontruderzenia. Przy dzisiejszym tempie operacji zaczepnych, udowodnionym w Gruzji, na Krymie i w Donbasie, rozpoznanie intencji przeciwnika musiałoby być bardzo wczesne, by kontruderzenie dotarło na czas w rejon działania. Hasło wzmacniania jednostek na wschodzie pojawiło się dopiero w 2014 r., który zaszokował świat i Polskę. Ale i wtedy nikt nie uderzył się w piersi, że być może likwidacja trzy lata wcześniej dywizji w Legionowie była błędem.

Polska została z trzema dywizjami wojsk lądowych, w tym dwoma daleko od potencjalnego teatru działań, jak Szczecin i Żagań. Tylko Elbląg był w miarę blisko, ale i tak zbyt daleko od Warszawy, by skutecznie i w praktyce brać odpowiedzialność za obronę stolicy od wschodu. Dywizja to twór ze swej natury taktyczny, zdolny do skutecznego dowodzenia podległymi mu jednostkami w pasie obrony szerokości kilkudziesięciu i głębokości kilkunastu kilometrów – szczegółowe dane z natury rzeczy są tajne. Mimo dużych liczb padających przy słowie dywizja – 12–15 tys. wojska – gdy odejmiemy jednostki wsparcia i zabezpieczenia, okaże się, że do dyspozycji dowódcy są trzy brygady bojowe, a z nich każdorazowo w styczności z przeciwnikiem mogą być pojedyncze bataliony, liczące po kilkuset żołnierzy. Dochodzimy do wniosku, że dla skutecznej obrony przydałaby się nie dywizja, a korpus, liczący dwie–trzy dywizje i samodzielne brygady.

Dywizja zamiast korpusu

Ale zejdźmy na ziemię i do polskich realiów. Mamy nieco ponad 100 tys. operacyjnego wojska zawodowego – z tendencją do powolnego wzrostu liczebności. Z tego wojska lądowe, o których cały czas mówimy, to jakieś 65 tys. Dlatego by w ogóle utworzyć na wschodzie przyczółek obronny w postaci 4. dywizji, trzeba z tego skromnego zasobu wykroić, co się rozsądnie da, i również realistycznie budować cokolwiek więcej. Ratunkiem jest to, że po rozformowaniu w 2011 r. 1. Dywizji Zmechanizowanej pozostały po niej dwie brygady – 21. Brygada Strzelców Podhalańskich (de facto zmechanizowana), niepodporządkowana żadnej dywizji, a bezpośrednio dowódcy generalnemu, i 1. Warszawska Brygada Pancerna (taka tylko z nazwy) w składzie 16. Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej. To sprawiało, że elbląska dywizja była z czterema brygadami (poza warszawską ma giżycką, braniewską i bartoszycką) nieco przerośnięta, a z kolei rzeszowska – nieco bezpańska.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj