Cugowski Krzysztof

Solo w Senacie
Do tej pory z pseudonimem Cug figurował tylko w encyklopedii rocka. Od września można go znaleźć w spisie senatorów RP. Krzysztof Cugowski miał być mocnym głosem w Senacie. Na razie w milczeniu uczy się nowych reguł.

W parlamencie stawia pierwsze kroki, a te zawsze są najtrudniejsze. Salonik przy sali obrad Senatu, gdzie transmisja z posiedzenia leci na żywo, to ulubione miejsce przesiadywania. Przy długim stole lub na zielonej kanapie można pić kawę, jeść sznycel z kurczaka i duchowo jednoczyć się z obradującymi nie tracąc ich z oczu.

Czujność jest wskazana – porządek obrad zawsze może się zmienić, a na głosowania zdążyć trzeba. Senatorowie zmieniają się na mównicy. W rogu ekranu nadal tkwi ten sam numer punktu posiedzenia. Krzysztof Cugowski, senator, z niedowierzaniem kręci głową nad ludzkim gadulstwem. I wzdycha: – Jestem tu osobą z innego świata. Trudno nie przyznać mu racji.

Cały mój zgiełk

Zdaniem żony Joanny, inklinacje polityczne przejawiał od dawna. Oglądał wiadomości, publicystykę i dyskutował zaciekle w gronie dawnych kolegów z liceum, dziś lekarzy i politykierów. – Po pierwszych wygranych przez Kwaśniewskiego wyborach musiałam im serwować środki uspokajające – opowiada. Do tego w miarę upływu czasu jego mocny, rockowy image łagodniał. Nigdy nie ukrywał: kiedyś lubił wódkę. Ale uważał też, że jest dla ludzi. Opowiadał o bankietach do białego rana i paleniu trawy. Zawsze jednak w czasie przeszłym. Nigdy nie ściągnął spodni w trakcie koncertu, nie zdemolował hotelu, nie zapraszał na noc popiskujących panienek. Był na swój sposób poważny. Z coraz większą skłonnością do moralizowania.

Popularność rockmana w końcu znalazła nieoczekiwany polityczny finał. Otworzyła przed nim marmurowo-patetyczny świat władzy. Taka ironia losu.

W sterylnych wnętrzach parlamentu, w plątaninie korytarzy z restauracjami, sklepami i punktami usługowymi można znaleźć wszystko z wyjątkiem świeżego powietrza. Trafiają tu, z nielicznymi wyjątkami, ludzie anonimowi, by posmakować władzy. Magiczne słowo senator daje poczucie wyjątkowości, bycia jednym ze stu. Czego może tu szukać człowiek sławny i bogaty?

– On chce coś zrobić dla innych – zapewnia z przekonaniem Tomasz Zeliszewski, przyjaciel z Budki Suflera. Piotr Najsztub, dziennikarz, dla potrzeb programu zawiózł nawet Cugowskiego pod pomnik Matejki, u którego stóp siedzi Stańczyk. Zachęcał do wejścia w rolę błazna-moralisty.

Na pierwszym, uroczystym posiedzeniu Senatu, wśród pełnej gali: panów pod krawatem, pań w kostiumach i na szpilkach, pojawił się w czerwonej podkoszulce pod marynarką. Marynarkę wymienił na kurtkę, krawata nie włożył. A koledzy senatorowie i obsługa parlamentu z miłym zdziwieniem zauważają, że sława go nie zdemoralizowała. Gdy chłopak z baru pyta, czy może mu mówić: „Panie Krzysiu”, bo wychował się na jego utworach, słyszy: „Oczywiście, będzie mi łatwiej”.

– Jest w szoku. Poznał granice własnej wolności. Nie potrafi się jeszcze odnaleźć. Ptak, który śpiewał i był wielki, znalazł się w potrzasku – ocenia Kazimierz Kutz, też artysta i też senator.

Do Senatu raz na dwa tygodnie dojeżdża z położonego przy Lublinie Motycza. Ładny, wolno stojący dom to pamiątka po „Takim tangu” – płycie, która sprzedała się w nakładzie miliona egzemplarzy. W domu funkcjonuje w ustalonym rytmie dnia – pobudka o siódmej, śniadanie, odwiezienie syna do szkoły w Lublinie, powrót, lektura gazet, oglądanie telewizji, około południa wyjazd do Lublina na spotkania ze znajomymi lub próby zespołu. Od trzydziestu lat Budka ćwiczy w Polskim Radiu Lublin.

Cugowski pojawia się tam jak zawsze, ściska dłoń ochroniarzom, w pomarańczowym dresie idzie do baru na kawę. Po południu przywozi syna ze szkoły i oddaje się życiu rodzinnemu.

Czego trzeba więcej, gdy się ma 55 lat, dom na uboczu, a w nim dwa psy, dwa koty, papugę w kuchni i poczucie artystycznego spełnienia? By zamienić to na środkowe miejsce w trzecim rzędzie w gmachu na Wiejskiej? – Ja się do parlamentu nie pchałem. Zaproponowano mi start. Pomyślałem, że koalicja PiS i PO daje szansę na rzeczywiste zmiany w Polsce. Nadal zresztą tak myślę – mówi.

Pomysł, by lidera Budki Suflera umieścić na liście PiS (de facto koalicyjnej, bo PO do Senatu zgłosiła w okręgu tylko jednego kandydata), okazał się strzałem w dziesiątkę. Cugowski osiągnął jeden z najlepszych wyników w regionie. Synowie Piotr i Wojciech, czyli zespół Bracia Cugowscy, choć zawodowo poszli w ślady ojca i wiodą teraz rockowe życie, politycznie sympatyzują z Platformą. Mówili mu: „Tato, po co ci to?”. Bo polityka nie jest zajęciem dla artysty.

Start rockmana w wyborach, do tego z listy partii głoszącej potrzebę rozliczeń, dla wielu fanów był zaskoczeniem. W PRL nigdy nie dawał wyrazu poglądom politycznym.

Z dzieciństwa w latach 50. pamięta szum Głosu Ameryki i Wolnej Europy. W 1968 r., gdy był w klasie maturalnej, dyrektor lubelskiego liceum im. Staszica zrobił zebranie, na którym poinformował, gdzie i kiedy studenci organizują wiec. Poszli tam z kolegami. Potem na pierwszy plan wysuwa się muzyczna kariera. Na początku lat 70., w epoce Gierka, przychodzi debiut. Z tego czasu pamięta, że po raz pierwszy na żywo zobaczył banany. W 1975 r. Budka Suflera nagrała pierwszą płytę „Cień wielkiej góry”, przyszły zwycięstwa w plebiscytach Rozgłośni Harcerskiej, a gazety pisały o „niekonwencjonalnej specyfice głosu wokalisty”. Wydarzenia Radomia i Ursusa zbiegły się z festiwalem w Opolu. – Graliśmy na koncercie, nie wiadomo było, czy nie zostanie przerwany – wspomina Cugowski. W 1980 r., trzy lata po rozstaniu z Budką, kontynuował karierę solową. W zwycięstwo Solidarności nie wierzył. – Miałem 30 lat, trochę doświadczenia i pomimo nadziei byłem sceptyczny. Wiedziałem, że komunizm bez totalnego rozwalenia nie popuści. W 1981 r., na trzy dni przed ogłoszeniem stanu wojennego, skończył płytę. Dwa lata później wrócił do Budki. Koniec lat 80. spędzili razem w USA grając w klubach. Na polską scenę wrócili w 1992 r. – Myślałem, że to już koniec bałaganu. Ale u nas w Polsce nie daje się wszystkiego do końca przeprowadzić. Dobrze się zacznie, ale gdzieś jest moment zawahania.

W Lublinie mówi się, że promotorami jego politycznej kariery są Mariusz Dekert, szef kancelarii prezydenta Lublina Andrzeja Pruszkowskiego, i Jarosław Zdrojkowski, lider lubelskiej Ligi Republikańskiej, dziś wicewojewoda lubelski. Związki Cugowskiego z lubelską prawicą były widoczne już od wyborów samorządowych. Budka brała udział w miejskich akcjach charytatywnych. Do Motycza na kawę wpadał prezydent Pruszkowski (choć to z Beatą Kozidrak chodził do jednej klasy) i posłanka Elżbieta Kruk, jedna z najbliższych współpracownic prezydenta Kaczyńskiego. Miejsce przy niej wyznacza pozycję w regionie. A biuro senatora Cugowskiego na ulicy Chopina sąsiaduje z pokojami posłanki Kruk i posła Krzysztofa Michałkiewicza, obecnie ministra pracy.

Biura parlamentarzystów PiS w centrum Lublina, czterystutysięcznej stolicy najbiedniejszego regionu Unii Europejskiej, są jak busola. W miejscu, w którym przy dwóch uniwersytetach bezrobocie wśród młodzieży sięga 17 proc., pensja ok. 600 zł to norma, a autobusy wożące ludzi na saksy kursują regularnie, busola pokazuje, w którym kierunku należy iść i jak daleko można zajść, gdy w grze właściwie obstawi się faworyta.

– Ludzie dzwonią do mnie i chcą się zapisać do PiS. Sądzą, że ja im to ułatwię. Ale ja sam nie jestem członkiem partii – Cugowski jest zdegustowany. – PRL w czystej formie, tylko się nazewnictwo zmieniło – narzeka.

Mojemu miastu na do widzenia

Cugowskiemu wyrzucano brak politycznego i legislacyjnego doświadczenia. Jednego jednak nauczył się szybko: – Politycy co innego mówią, co innego robią, a jeszcze co innego myślą – mówi. Na dwóch sprawach zna się perfekcyjnie: budowie lubelskiego Teatru w Budowie i tantiemach dla twórców za utwory ściągane przez Internet. Te sprawy chciałby załatwić i przejść do historii. Ot, kaprys spełnionego artysty. Teatr w Budowie – ruina po niedokończonej gierkowskiej inwestycji – straszy w centrum Lublina jak martwy, pusty dwór, o którym śpiewał. A miasto nie ma porządnego muzycznego teatru.

Tantiemy od utworów ściąganych przez Internet zaś to podstawowy postulat twórców branży muzycznej. Ściąganie za darmo płyt to okradanie artystów. – Po wyborach zadzwonił do mnie Jacek Skubikowski. Powiedział: jesteś naszą nadzieją. Skubikowski – muzyk, a jednocześnie doktor prawa – przekazał mu projekt ustawy.

Muzycy Budki Suflera nigdy nie mieli przyjaciół w branży. Żyli na prowincji, ostentacyjnie lekceważąc warszawkę, wydawali płyty w małej, niemal rodzinnej wytwórni i dorobili się majątku. Przeforsowanie projektu, który kilkuzłotowym podatkiem na rzecz twórców muzycznych obarczałby wszystkich użytkowników Internetu, zaskarbiłoby Cugowskiemu wdzięczność środowiska.

– Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi nie kopiuje płyt. Wiem, że będzie z tego awantura. I że będą krzyki. Przede wszystkim wie jednak, że do pomysłu trudno mu będzie przekonać nawet własnych klubowych kolegów, którzy nie rozumieją branży artystycznej.

– Czuję się outsiderem. Nie należę do żadnej grupy lobbującej – mówi. Ale odbywa przyspieszony kurs lobbingu. W trakcie posiedzenia podchodzi do przebiegającego właśnie korytarzem wiceministra kultury Jarosława Sellina i umawia się na spotkanie. Cieszy się, bo z ministrem Ujazdowskim jest już umówiony. – Obu ministrów zaatakuję. I co oni ze mną zrobią? Będą mi musieli dać pieniądze na ten teatr!

Od wygranych wyborów zwrócił na siebie uwagę dwa razy. Gdy już jako senator wystąpił na koncercie w Toruniu, a „Gazeta Wyborcza” zarzuciła mu, że gra na otwarciu sklepu z obuwiem. On sam utrzymuje, że koncert był miejski, a firma obuwnicza była tylko jednym ze sponsorów. I w miesiąc później, gdy publicznie zagroził opuszczeniem Senatu, gdyby PiS wszedł w koalicję z Samoobroną. Ta wypowiedź mogła się nie podobać w partii. Ale pokazała, że stać go na samodzielność.

Dziennikarze wiedzą, że można go wykorzystać do gorących komentarzy. Ma rozpoznawalną twarz i znany głos, który dobrze brzmi w radiu. Mówi ładną, zrozumiałą polszczyzną: – Wyobrażenie na temat muzyka rockowego jest takie, że balanga, wódka, kokaina. Taki lekki debil. Jak gość dwa zdania umie sklecić, to jest zaskoczenie: o, mówi! Cugowski nie tylko mówi. Lawiruje też ładnie. W lipcu opowiadał w „Przekroju” o tym, że przyjaciółka poddała mu pomysł na hasło wyborcze – zdjęcie na huśtawce z podpisem: tak was będę bujał. Teraz przed salą obrad trenuje trudną sztukę uników. O wprowadzonej na wniosek Samoobrony poprawce do ustawy o radiofonii i telewizji, która nakłada na Krajową Radę Radiofonii i Telewizji obowiązek inicjowania działań na rzecz przestrzegania etyki, mówi: – Nie byłem zwolennikiem tego zapisu, ale sądzę, że dziennikarze są tak dużą siłą, że nic im z tego powodu nie grozi. Zatem cel uświęca środki. Ustawę trzeba zmienić tak, by odwołać Krajową Radę, zanim ta zdąży powołać nowe rady nadzorcze publicznych mediów. – Nie ma co do tego dwóch zdań. Wiem, jak wygląda praca w lokalnych publicznych mediach w Lublinie. Te lokalne programy to często kronika życia i działalności lokalnych dygnitarzy silnego tu od zawsze PSL.

Wie także, że w polityce, jak w ulubionym przez niego boksie, jest cios za cios. Gdy jednego dnia na komisji kultury wstrzymuje się od głosu w sprawie uprzywilejowania nadawcy społecznego, czyli Radia Maryja, następnego dnia w „Naszym Dzienniku” znajduje artykuł, w którym autor nazywa go „wokalistą popularnej w latach 80. ubiegłego stulecia grupy pop-rockowej” i „przygasłą gwiazdą”. I zarzuca, że swoim nazwiskiem i osiągnięciami zespołu Cugowski reklamuje „Nowy Dzień”, wydawany przez wrogi rządowi koncern Agora.

W przedświąteczny wieczór, gdy senacka komisja kultury zebrała się, by zaopiniować nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji, przeszedł chrzest bojowy. Bo choć otwarcie przyznawał, że nie zgadza się z podrzuconymi PiS – w zamian za poparcie – poprawkami LPR i Samoobrony, choć przeszkadzało mu wytykane przez parlamentarnych legislatorów niechlujstwo ustawy, zagłosował „za”.

To nie tak miało być

Teraz nie ukrywa, że toczy się w nim walka między lojalnością wobec ugrupowania, które wystawiło go na listę, a potrzebą wyrażania własnego zdania. – Jeśli będę przyciśnięty do ściany, odejdę – zapowiada. Ale czym miałaby być ta ściana?

Do absurdów życia parlamentarnego zdążył się już przyzwyczaić. Ze spokojem przyjmuje fakt, że często pojawiają się komunikaty, których nie da się zrealizować. –Odbieram esemes, że senatorowie mają się spotkać o godzinie 13.30. Jest godzina 13.00, a ja jestem w Lublinie. Zachowuje więc stoicki spokój.

Wicemarszałek z ramienia PiS Krzysztof Putra (w senackim klubie PiS trzyma rząd dusz) prosi o przerwę w obradach. Senator Cugowski karnie podnosi rękę. Putra zarządza nagłą naradę klubu: Cugowski, kołyszącym krokiem kowboja wchodzącego do saloonu, wkracza do sali 217 na kolejną nasiadówkę PiS.

– Co mi to przypomina? Czas, kiedy byłem w wojsku. Pod Warszawą, w Białobrzegach, w łączności, 35 lat temu. Trochę podobnie: totalna niewiadoma. Człowiek nie wie, co mu przyniesie najbliższa godzina. No i ten rygor.

Ale marszałek Putra chwali: – Na posiedzeniach klubu pan Cugowski jest bardzo aktywny. Często zabiera głos. Wyraża własne zdanie. A że milczy podczas dyskusji na posiedzeniach? – Klub powinien być zgrany, mówić jednym głosem.

Krystyna Bochenek, senator PO, była dziennikarka, z uwagą obserwuje poczynania nowego kolegi: – Sądzę, że znalazł się na zakręcie drogi życiowej. Wiele osób doświadcza tu samotności. To specyficzne miejsce dla człowieka wolnego zawodu, indywidualisty.

Kazimierz Kutz widzi dla niego dwa scenariusze: albo wycofa się z polityki, albo przystosuje – co musi mieć wpływ na działalność artystyczną, bo na artyście zawsze odciska się piętno zniewolenia. I składa mu propozycję. Właśnie powstało koło senatorów niezrzeszonych i ludowych. Z główną siedzibą: pokojem w piwnicy, umeblowanym w jedną wygodną kanapę. – Zapraszamy na nią wszystkich chcących samodzielnie myśleć i pooddychać wolnością. Warunek jest jeden: absolutny zakaz bieżącego politykowania. Kutz zamierza powiedzieć Cugowskiemu, że takie miejsce istnieje. – To już jest człowiek, który ma swoje lata, a ja ciągle powtarzam, cała nadzieja w starcach. Bo my mamy pamięć.

Wieczorem rozbawiony Cugowski opowiada o tej propozycji żonie. Czy bardziej mu pochlebia, czy go kusi? – Drugi raz nie kandydowałbym do Senatu – mówi.

Koledzy ciągle pokładają w nim nadzieje. Tomasz Zeliszewski: – Na ocenę jego decyzji jest za wcześnie. Na razie jest jak malarz, który stoi przed płótnem, ale nie zdążył go jeszcze zapełnić. 
  
  
*Śródtytuły to tytuły utworów Budki Suflera

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj