Kraj

W wirze wirusa

W wirusowym szumie znika gdzieś zasadniczy spór polityczny o ustrój państwa, praworządność, niezależność sądownictwa i innych instytucji, wolności obywatelskie czy swobody obyczajowe.

Panuje przekonanie, że epidemia koronawirusa głęboko wpłynie na polską politykę i kampanię prezydencką, tylko jeszcze nie wiadomo jak. Różne są opinie. Jeśli zasięg wirusa nie będzie duży, a rząd sobie sprawnie poradzi, ma to pomóc obozowi władzy i Andrzejowi Dudzie, a zaszkodzić „krytykanckiej” opozycji. Jeżeli jednak dojdzie w większej skali do zaniedbań czy niewydolności służby zdrowia i innych instytucji państwa, braków w zaopatrzeniu aptek i sklepów (więcej o tym w tekście „Wirusowy stres test”), to kandydaci niePiSu złapią wiatr w żagle. Jednak przewaga rządu jest tu niejako „urzędowa”: to on wydaje komunikaty, zwołuje sztaby, „interweniuje”, wdraża „energiczne działania”, „przejawia troskę” itp. W takich sytuacjach wszędzie widać ludzi władzy, od prezydenta i premiera po wojewodów i szefów rządowych służb.

Pojawiają się też inne niepokojące sygnały: o możliwości administracyjnego zakazania spotkań wyborczych i swoistego zamrożenia całej kampanii, co może stać się tym bardziej prawdopodobne, gdyby pojawiło się więcej przypadków zachorowań. Takie obostrzenie byłoby na korzyść Andrzeja Dudy, który już objechał wszystkie powiaty, a kandydaci opozycji jeszcze się szerzej w terenie nie przedstawili. Jest również ograniczająca wiele praw obywatelskich specustawa, sprytnie przegłosowana przez PiS razem z opozycją, która po zaakceptowaniu przez rządzącą partię poprawek nie miała już wyjścia. Trudno się oprzeć wrażeniu, że władza specjalnie umieściła w projekcie tej ustawy kilka horrendalnych punktów, a w szczególności zapisy nieprzewidujące trybu odwoławczego, aby potem bez żalu od tego odstąpić i wciągnąć opozycję do „wspólnego zwalczania epidemii”. PiS czasami zgłasza takie ustawy z „kozą”, którą się potem – jak w znanej anegdocie – wyprowadza, ku ogólnemu zadowoleniu. A nowe regulacje i tak budzą głębokie wątpliwości konstytucjonalistów (więcej o specustawie w komentarzu Ewy Siedleckiej).

Ale kto wie, czy nie ważniejszym skutkiem epidemii, a zwłaszcza paniki z nią związanej, jest zmiana postrzegania hierarchii spraw kraju. W tym wirusowym szumie znika gdzieś zasadniczy spór polityczny o ustrój państwa, praworządność, niezależność sądownictwa i innych instytucji, miejsce Polski w Unii Europejskiej, społeczne programy, wolności obywatelskie czy swobody obyczajowe. Te – zasadnicze przecież – kwestie do przegłosowania 10 i 24 maja mogą ustąpić temu, czy jakiś urzędnik powiedział prawdę, czy nie, czy czyjaś kwarantanna trwała tyle, ile powinna, czy rząd kupił dość maseczek – ogólnie zdecyduje tzw. epidemiczna atmosfera. Nie wiemy, ile potrwa wirus, ale wiadomo, że nowo wybrany prezydent będzie nim aż do 2025 r. I dobrze by było go wyłonić nie tylko w kontekście ostatnich wydarzeń i medialnych tropów, ale biorąc pod uwagę całe minione pięć lat. Jeśli opozycja nie będzie stale przypominać głównej agendy tych wyborów i ich prawdziwej stawki, może wpaść w czarną wirusową dziurę.

Kampania wyborcza przebiega jednak niemrawo i mało efektywnie, a ostatnie konwencje były raczej przejściowymi fajerwerkami, po których przyszła rutynowa szarzyzna. Tę stagnację widać też w sondażach, gdzie przesunięcia notowań kandydatów mieszczą się w granicach błędu statystycznego (więcej o wyborczych sondażach i fokusach badawczych w tekście „Wędrówka ludów”). W stosunku do przełomu roku nieco spadły wyniki prezydenta Dudy, ale także Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, z tym że Duda stoi wciąż wyżej niż PiS, a Kidawa stale poniżej notowań Koalicji Obywatelskiej. To jest ta różnica w porównaniu z parlamentarnymi wyborami w 2019 r., kiedy to opozycji udało się przejąć – na styk – Senat. Teraz, przynajmniej na razie, tendencja jest mniej korzystna.

Kandydat opozycji, który przejdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich, ktokolwiek nim będzie, w pierwszej turze powinien być bardzo blisko przynajmniej 30 proc. poparcia. Gdyby Władysław Kosiniak-Kamysz po udanej konwencji miał mocno pójść w górę, to najlepiej dla niePISu, aby wzbił się naprawdę wysoko, wyraźnie powyżej dzisiejszych notowań Kidawy-Błońskiej (o kandydacie PSL i jego żonie pisze Malwina Dziedzic). Najmniej korzystny wariant jest taki, kiedy następuje spłaszczenie wyników w okolicach np. 16–18 proc. Wtedy punkt startowy kandydata opozycji przed drugą turą byłby bardzo niski, a w dodatku przy takiej wyrównanej walce elektorat tego trzeciego, przegranego, może być tak sfrustrowany, że nie poprze w finale kandydata opozycji.

A obóz władzy jest osłabiony i podzielony, mniej pewny siebie, popełnia niespotykane wcześniej błędy (o sytuacji w PiS pisze Wojciech Szacki). Także Andrzej Duda czuje swoje trudne pięć lat i stanął przed arcyniewygodnymi dylematami, jak w przypadku ustawy o pieniądzach dla TVP. Załatwienie tej sprawy, w ostatni piątek wieczorem, było bodaj najbardziej żałosnym spektaklem za czasów „dobrej zmiany”. Chyba nigdy wcześniej nie można było zobaczyć Dudy i Morawieckiego w tak złej formie, zbitych z tropu, patrzących na boki, kręcących coś nieskładnie o programach regionalnych, teatrze telewizji i sporcie – w towarzystwie „konduktu pogrzebowego” dla prezesa TVP. Tak jakby zmiana na stanowisku szefa TVP miała zmienić ton politycznego przekazu. To nie Kurski tworzył przekaz władzy, ale formacja Jarosława Kaczyńskiego go najęła, aby realizował jej propagandowe potrzeby. Nie on, to ktoś inny. Niewykluczone, że – w ramach zemsty Kaczyńskiego – będzie jeszcze ostrzej.

Prezydentowi Dudzie ogólnie idzie niespecjalnie; widać, że ma znacznie mniejsze wsparcie w partii niż w 2015 r. Posady zostały rozdane, wpływy podzielone, a instytucje zawłaszczone, i tego wszystkiego działaczom PiS opozycyjny prezydent nie odbierze. Duda więc nie jest aż tak niezbędny dla bieżących interesów – wszak sam Jarosław Kaczyński kilka razy powiedział, że rządy PiS przetrwają zmianę lokatora w Pałacu Prezydenckim. Opozycja dostała zatem szansę w postaci słabszego i podzielonego obozu władzy. Do zwycięstwa w drugiej turze brakuje jej kilku procent, może nawet dwóch, trzech. Niby niedużo, ale – jak widać – wymaga to jeszcze olbrzymiego wysiłku.

Polityka 11.2020 (3252) z dnia 10.03.2020; Przy-Pisy Z-cy Red. Nacz.; s. 6
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Prof. Leociak: Kościół jako instytucję należy odrzucić

To już nie są czasy zdobywania nowego świata i nawracania siłą wszystkich „dzikusów”, czy tego chcą, czy nie – mówi prof. Jacek Leociak z Instytutu Badań Literackich PAN, autor „Młynów Bożych” i wydanego właśnie „Wiecznego strapienia. O kłamstwie, historii i Kościele”.

Katarzyna Czarnecka
30.11.2020
Reklama