Kraj

Kto chce zyskać na buncie przedsiębiorców?

Paweł Tanajno podczas strajku przedsiębiorców w Warszawie Paweł Tanajno podczas strajku przedsiębiorców w Warszawie Mateusz Włodarczyk / Forum
Przedsiębiorcy mają dość. Ich gniew próbują wykorzystać skrajnie prawicowi politycy: Janusz Korwin-Mikke, Grzegorz Braun i nieoczekiwany trybun tej grupy zawodowej – Paweł Tanajno.

Wyobraźmy sobie mały lokal gastronomiczny, który zatrudnia głównie studentów ubezpieczanych w ZUS przez uczelnię. Z punktu widzenia odpowiedzialnego za pomoc dla firm Ministerstwa Rozwoju taki „nieozusowany” pracownik to żaden pracownik. Lokal nie może się ubiegać o dofinansowanie.

Ten najprostszy przykład pokazuje, jak dziurawe są kolejne tarcze antykryzysowe. Wielu przedsiębiorcom pozostaje do dyspozycji niemal wyłącznie przerwa w płatności w ZUS i zawieszenie kredytu, ale co miesiąc muszą płacić wynagrodzenia, czynsze itd.

Czytaj też: Kto się nie zmieści za rządową tarczą? Luki w przepisach

Przedsiębiorcy żądają odszkodowań

Dlatego drobny biznes zaczyna protestować. Najpierw strajkowali przedsiębiorcy w pobliżu przejść granicznych. Antyrządowe hasła skandowano podczas demonstracji w Zgorzelcu, Cieszynie czy Świnoujściu. W piątek w Warszawie rozpoczął się główny „strajk przedsiębiorców”, którzy zjechali z całego kraju. Zamiast kolejnych tarcz – których zadaniem w dużej mierze jest impregnować gospodarkę przed falą bezrobocia – chcieliby otrzymać odszkodowania za zamknięcie działalności.

Temat odszkodowań pojawiał się wcześniej także w kontekście elekcji. Rząd PiS komunikował, że jeśli wprowadzi stan klęski żywiołowej, który automatycznie przesunie wybory prezydenckie, to będzie musiał zadośćuczynić zamkniętym firmom, w tym zagranicznym koncernom, które ogołociłyby w ten sposób skarb państwa. Choć zabrzmiało jak wymówka ułatwiająca jak najszybsze wybory, to przy okazji przedsiębiorcy dostali jasny komunikat. Na nic poza pomocą wynikającą z tarcz nie mogą od państwa liczyć.

Czytaj też: Dlaczego przedsiębiorcy żądają niemożliwego?

Kandydat od pizzy z ananasem

Na czele piątkowego strajku stanął Paweł Tanajno. Co niektórzy mogą go pamiętać w roli jednego z egzotycznych kandydatów w wyborach prezydenckich 2015. Otrzymał najgorszy wynik w stawce – 0,2 proc., co oznacza, że zagłosowało na niego niecałe 30 tys. osób. Niepowodzenie nie podcięło Tanajnie skrzydeł i trzy lata później wystartował w wyborach na prezydenta Warszawy. W kampanii łączył postulaty przedsiębiorcze z zaczerpniętym z kreskówki dla dorosłych „Kapitan Bomba” humorystycznym hasłem „średniej hawajskiej dla wszystkich”.

Jako przedstawiciel komitetu KWW „Odkorkujemy Warszawę, Rigcz, Tanajno, Hawajska+” (Rigcz to popularny internetowy skrót oznaczający „Rozum i godność człowieka”) zupełnie poważnie zapowiadał, że pod jego rządami urzędnicy stołecznego magistratu będą rozwozić mieszkańcom pizzę z ananasem. Postulat nie znalazł dużego poparcia: na Tanajnę zagłosowało 3745 osób (0,42 proc.).

Tanajno najwyraźniej liczył się z tym, że jego polityczna kariera nie będzie usłana różami, bo ponownie zdecydował się wziąć udział w kampanii prezydenckiej. Zmienił image, w modnej brodzie i kolorowych okularach wyróżnia się na tle rywali. Przekaz jest ten co poprzednio, tyle że mocniejszy. Dziś Tanajno mówi, że prezes Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki „skazali polską gospodarkę na zagładę”. Podczas debaty prezydenckiej w TVP pytany o to, którą stolicę odwiedziłby jako pierwszą jako głowa państwa, odpowiedział, że żadnej. „Dyplomatyczne” podróże rozpocząłby od przedsiębiorstw przeżywających w kryzysie.

Czytaj też: Galerie widma? Nie wszystkie sklepy chcą się otwierać

Zbić kapitał na krzywdzie przedsiębiorców

Bezkompromisowość popłaca. Podczas piątkowej demonstracji widać było, że Tanajno wzbudza szacunek wśród zgromadzonych. Teraz nie pozował na trickstera, który dla żartu zgłasza groteskowe postulaty, tylko na rozjuszonego wyraziciela buntu reprezentowanej przez siebie grupy. W pomyśle, aby kapitał polityczny zbić na krzywdzie przedsiębiorców, jest być może najbardziej konsekwentny, ale nie jedyny. Podczas demonstracji można było spotkać Janusza Korwin-Mikkego, Grzegorza Brauna czy znanego ze spalenia kukły Żyda Piotra Rybaka.

Przedstawicieli Konfederacji i środowisk skrajnie prawicowych było na tyle dużo, że pytana o nią minister Jadwiga Emilewicz wyraziła wątpliwość, czy aby na pewno był to protest przedsiębiorców. „Przejrzałam postulaty i znalazłam wśród nich roszczenia antyszczepionkowe i anty-5G, więc zastanawiam się, czy to są na pewno przedsiębiorcy” – mówiła w rozmowie z Onetem. Oczywiście, wspomniane postulaty w żaden sposób nie łączą się z obecną sytuacją kryzysową.

Czytaj też: Ile jeszcze przetrwają przedsiębiorcy?

Kto będzie reprezentował mały biznes?

Jeśli jednak przyjmiemy, że teorie spiskowe najlepiej rozprzestrzeniają się wśród grup, które czują się osamotnione, osaczone przez system i pozbawione pomocy, to szybko dojdziemy do wniosku, że grupą spełniającą wszystkie te warunki są właśnie drobni przedsiębiorcy. Ci, których problemy były przez lata portretowane w „Sprawie dla reportera” Elżbiety Jaworowicz albo emitowanym w Polsacie „Państwie w państwie”, którzy utożsamiali się z Romanem Kluską, a później ze znanym aferzystą Zbigniewem Stonogą.

Przez lata wyrazicielem ich niezadowolenia był Korwin-Mikke, który samodzielnie torpedował własne wysiłki. Nie mając lepszego wyjścia i trochę w strachu przed PiS, głosowali więc na PO, okazjonalnie na inne opcje, jak Nowoczesna pięć lat temu. Dziś drobni przedsiębiorcy znów są wkurzeni i mogą uznać, że to nie największa partia opozycyjna najlepiej zadba o ich interesy. Borys Budka wprawdzie poparł protestujących, ale w piątkowym tłumie PO nie było widać.

Politycy z centrum z góry patrzą na tę niewielką dziś grupę narwańców blokujących stolicę i nie widzą, że to de facto podglebie ich elektoratu. Jeśli nie staną murem za przedsiębiorcami, ci będą dalej wyciekać do różnej maści skrajnych prawicowych partii.

Czytaj też: Tarcza, czyli listek figowy

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak leśnicy sami sprywatyzowali Lasy Państwowe

Prywatyzacją lasów politycy straszą nas regularnie. Zawsze wtedy, gdy partykularne interesy leśnego lobby i jego politycznych protektorów wydają się zagrożone. Samym jednak lasom przekazanie w prywatne ręce nigdy nie groziło. PiS wykreowało wroga, żeby nas przed nim bronić.

Joanna Solska
01.09.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną