Kraj

Dobrozmienny sznyt, czyli sposób bycia i dęte sukcesy PiS

Mateusz Morawiecki na czele rządowego zespołu zarządzania kryzysowego Mateusz Morawiecki na czele rządowego zespołu zarządzania kryzysowego Krystian Maj / Kancelaria Prezesa RM
Politycy mają specyficzny sposób dyskutowania, wysoce perswazyjny, co objawia się swobodnym stosunkiem do prawdy, skłonnością do obrażania się i dygresjami nie na temat.

Nawiązując do poprzedniego felietonu, przytoczę jeszcze jeden przykład przeprosin jako najwyższej formy odpowiedzialności. Pani Pawłowicz wypowiedziała się na Twitterze w sprawie pewnego transpłciowego dziecka, podając jego dane osobowe (imię, nazwa szkoły) umożliwiające identyfikację. Wpis (dotyczący decyzji placówki o sposobie zwracania się do tego dziecka) spowodował liczne protesty, w wyniku których p. Krystyna (wiadomo, że dziewczyna) skasowała tweet (właściwie donos) „dla dobra dziecka”, jak wyjaśniła. Przeprosiła w takich słowach: „Sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mnie o tym poinformowano. Nie chciałam sprawić przykrości dziecku. Przepraszam Cię”.

Przeprosiny wystarczą

Pan Wójcik, przyboczny p. Zbyszka (pardon za poufałość), uznał, że sprawa jest załatwiona, skoro p. Pawłowicz przeprosiła, ale zaznaczył, że wpis w aktach stanu cywilnego ma być respektowany. Pan Pawlak, rzecznik praw dziecka, poinformował, że skontaktował się z dyrekcją szkoły, i napomniał: „Apeluję o powstrzymanie emocji. Dzieci należy otoczyć opieką i chronić, a nie wykorzystywać”, aczkolwiek nie bardzo wiadomo, do kogo skierował ten szczytny apel.

Pani Nowak, małopolska kurator oświaty, swego czasu poszukująca Belzebuba (okazał się nim Daniel Dennett, znany filozof, ale ateista) w murach UJ, stwierdziła: „Przede wszystkim pani profesor Pawłowicz miała rację, bo nikt z nauczycieli nie ma prawa zmieniać tego, co jest w aktach wydanych zgodnie z prawem. Jeżeli jest wpisana płeć dziecka: dziewczynka, to znaczy, że należy zwracać się do niej jak do dziewczynki”. Pani Ogórek broniła p. Pawłowicz w programie „W tyle wizji”, podkreślając: „Ona jest tak atakowana w przestrzeni publicznej, takie historie się wokół niej dzieją, że ja bym usprawiedliwiła człowieka nadwątlony system nerwowy”.

Powyższe ilustruje istotne elementy mentalności dobrozmieńców obojga płci. Oto najintymniejsze sprawy osoby ludzkiej mogą być wystawione na widok publiczny, przeprosiny całkowicie wystarczą, funkcjonariusz odpowiedzialny za ochronę praw dziecka nie napomina autorki skandalicznego wpisu, kuratorka oświaty przyznaje jej rację, a blondynka z TVP Info ją tłumaczy – z uwagi na ataki i nadwątlony stan nerwów.

Czytaj też: Nieetyczny Kodeks Etyczny Sędziego TK

Makijaż a czystość duszy ludzkiej

Powyższe znakomicie pasuje do oświadczenia p. Kaczyńskiego: „Póki my rządzimy, to nam niczego nikt nie narzuci. Ci wszyscy, którzy chcą żyć w świecie normalnym, w świecie, w którym kobieta jest kobietą, mężczyzna jest mężczyzną, i nikt nie mówi o kobiecie jako o »osobie z macicą«. Jeżeli chcemy żyć w takim społeczeństwie, które odwołuje się do rzeczy oczywistych, trzeba wspierać naszą formację. My to gwarantujemy. Będziemy bardzo zaciekle i twardo bronić”. Czas przyszły jest przesadą, bo już bronią, i to od pewnego czasu.

Oto przykłady z lekcji z przedmiotu „Wiedza o życiu w rodzinie” prowadzonego przez katechetów, ale i oferowanego przez osoby z wysokim cenzusem naukowym: całowanie przenosi DNA mężczyzny na kobietę i przez to staje się ona bardziej męska; antykoncepcja to zbrodnia przeciwko Bogu; po twarzy kobiety można poznać, że przyjmuje środki antykoncepcyjne, bo jej cera jest ziemista, a oczy bez blasku; pan z religii pokazał dwa zdjęcia: na jednym kobieta miała mocny makijaż, czarne włosy, na drugim była blondynka bez makijażu w swetrze. Zapytał, która z nich jest czysta i dobra, po czym stwierdził, że noszące czarne ubrania i mocny makijaż mają problemy psychiczne, oddalają się od Boga, a ich dusza jest czarna; homoseksualizm to choroba; od używania tamponów dziewczyna traci dziewictwo; krowa też nie wybiera, jaki byk ją zapładnia (to o gwałcie); tabletki hormonalne powodują bezpłodność; nie istnieje coś takiego jak niedopasowanie seksualne, bo każdy uprawia seks tak samo; antykoncepcję można porównać z aborcją; LGBT uwierzyli, że gwałt to znakomita i uprawniona rozrywka. „Jest gwałt, jest fun”.

Pan Dec, bp świdnicki, naucza: „Pozwólcie, że wskażę wam na jedną z dzisiejszych, bardzo niebezpiecznych pokus, jaka staje przed nami w ostatnim czasie w naszej ojczyźnie. Szatan dość skutecznie podsuwa człowiekowi pokusę hołdowania ciału i stawiania przyjemności ponad wszystko. Pokusa ta przybiera dziś bardzo konkretną postać seksualizacji dzieci i to już od wczesnych lat przedszkolnych. Słyszymy o niezwykłej determinacji, z jaką niektórzy wprowadzają do szkół postulaty tzw. ruchów LGBT”.

Czytaj też: Bp Dec broni „pana Tomasza” z Ikei

Nie bardzo rozumiemy, komu i dlaczego zależy, by zamiast zajęć z etyki jako alternatywnych dla religii wprowadzać za publiczne pieniądze zajęcia, „które tak naprawdę służą demoralizacji dzieci”. Przeróbka podręczników szkolnych zgodna z instrukcjami p. Czarnka na pewno wprowadzi takie treści do nauczania każdego przedmiotu (można np. utrzymywać, że pomyłki w rachunkach są wynikiem seksualizacji), a kto wie, czy realizacja pakietu wolności akademickiej, ogłoszonego przez obecnego administratora nauki polskiej, nie zobowiąże wykładowców akademickich do przedstawiania studenterii sieci zależności pomiędzy intensywnością makijażu, kolorem włosów a czystością nieśmiertelnej duszy.

Mama transpłciowego dziecka: Mój syn czuje, że w Polsce jest nikim

PiS na ratunek nauce

Skoro dotknąłem problemów mojego środowiska, będę rzecz kontynuował. Wiadomo, że nauka polska jest niedoinwestowana. Nakłady na nią i szkolnictwo wyższe wynoszą (wraz ze środkami unijnymi) ok. 1,2 proc. PKB. Trudno oczekiwać, aby znacząco wzrosły w następnych latach z uwagi na gospodarcze skutki pandemii, zwłaszcza inflację. Znaczące jest, że w założeniach tzw. Nowego Polskiego Ładu w ogóle nie ma mowy o nauce i edukacji. Czołowe potęgi naukowe łożą przynajmniej 3 proc. PKB na badania i ich organizację, a 2 proc. to zalecana minimalna wielkość w UE. A więc daleko nam do tego.

Do tego dochodzi od dawna złe zarządzanie sektorem akademickim, ostatnio pogłębione niemądrą ustawą, eufemistycznie zwaną „Konstytucją dla nauki” i reformą „inna niż wszystkie”, wykoncypowaną przez p. Gowina i p. Müllera (obecnego rzecznika rządu, drzewiej wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego) – p. Czarnek dzielnie kontynuuje dzieło poprzednika.

Dobrozmieńcy nie tracą dobrego samopoczucia, o czym świadczy preambuła do kolejnego bubla legislacyjnego, czyli projektowanej ustawy o Narodowym (jakżeby innym) Programie Kopernikańskim. Oto tekst: „19 lutego 2023 r. przypada 550. rocznica urodzin Mikołaja Kopernika. Natomiast 25 maja 2043 r. przypada 500. rocznica jego śmierci. Owych 20 lat wyznacza perspektywę czasową dla wielkiego, narodowego projektu, którego celem jest dołączenie polskiej nauki do poziomu czołowych centrów naukowych na świecie. (...) Myślą przewodnią proponowanego przedsięwzięcia jest stworzenie sieci efektywnych instytucji naukowych. Dzięki świeżości, kreatywności, innowacyjności oraz zaangażowaniu międzynarodowych autorytetów staną się one ośrodkiem o znaczącym prestiżu naukowym, a jednocześnie będą silnie oddziaływały w skali globalnej. Dlatego stanowimy niniejszą ustawę”.

Cele wzniosłe, horyzont czasowy ściśle określony, ale całość bez szans na realizację, zważywszy na stan obecny. Tzw. dobrej zmianie pozostaje naiwna wiara w to, że samo uchwalenie rzeczonej ustawy zapewni „dołączenie polskiej nauki do poziomu czołowych centrów naukowych na świecie”.

Czytaj też: Tajniki propagandy

Złoty w sferze komfortu

Pan Glapiński, długoletni towarzysz broni Jego Ekscelencji, awansowany do stanowiska prezesa Narodowego Banku Polskiego, ostatnio rzekł był: „Jesteśmy cholernie daleko od OK w gospodarce”. Gdy to przeczytałem, zdało mi się, że wreszcie ktoś z dobrozmieńców uznał, że sytuacja ekonomiczna nie jest najlepsza, by rzecz ująć z nadmiarem ostrożności.

Rychło się okazało, że sponsor glapianek, czyli bank-girls (asystentek prezesa) pobierających miesięczne gaże w wysokości 65 tys. zł, nie wyłamał się nadmiernie z linii nakazywanej z centrali przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, gdyż, po pierwsze, dodał: „słabszy złoty nie powinien być powodem do zmartwień, bo wspomaga odbudowę gospodarki po zeszłorocznym załamaniu”, a po drugie zauważył, że mimo obiektywnych trudności w 2020 r. poradziliśmy sobie lepiej niż wiele innych krajów. Na pewno zapewnienia p. Glapińskiego nie są tak naznaczone sukcesami jak opowieści p. Horały o tym, że radzimy sobie fenomenalnie na wszystkich frontach, czy p. Morawieckiego (słowa z końca listopada 2020 r.): „Niski poziom bezrobocia, wysoki poziom aktywności ekonomicznej. Jest lepiej niż przed pandemią, liderzy innych państw nam zazdroszczą, wyprzedzamy Europę i jesteśmy jednym z najlepiej radzących sobie z kryzysem krajów na świecie”, ale prezes NBP jest daleki od negatywnej oceny sytuacji.

Niemniej powiada tak: „Kurs złotego obecnie znajduje się w sferze komfortu. (...) Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku znajdziemy się w tym miejscu, w którym zgodnie z naszymi założeniami chcemy się znaleźć”. Wspomniany komfort polega chyba na tym, że jest i będzie tak, jak chce p. Glapiński. Na razie nie bardzo wiadomo, dlaczego wzrost inflacji ma wspomagać odbudowę gospodarki, skoro powoduje presję pracowników na podwyżkę płac i wzrost cen, a więc ogranicza konsumpcję i produkcję, utrudnia też bilansowanie handlu zagranicznego.

Wygląda na to, że ekonomiczna ferajna tzw. dobrej zmiany ciągle śni o sytuacji, w której Polska ma tak wielką nadwyżkę w handlu zagranicznym, że może nie przejmować się słabnącą siłą swojej narodowej (jakżeby innej) waluty i myśli, że to złoty decyduje o wartości dolara, a nie odwrotnie.

Posłuchaj: Skarbnica posad. Kto i za ile doradza prezesowi NBP

Czego wirus dowiedział się od Dudy

Pan Duda nie był specjalnie aktywny w pierwszych sześciu miesiącach swojej drugiej kadencji. Być może tak bardzo niepokoił się malejącymi szansami wyborczymi swojego amerykańskiego kolegi, że nie miał czasu na nic innego. Potem przypuszczalnie bolał nad porażką p. Trumpa i pozostał bezobjawowy (tak mówią złośliwcy, z ostrożności procesowej pomijam dosadniejsze epitety) jeszcze przez jakiś czas. W końcu postanowił zadziałać – hejterzy podejrzewają, że pozostaje to w związku z końcem sezonu narciarskiego, ale pozostawmy to domniemanie „w ostrym cieniu mgły”.

Jakby nie było, Główny Lokator Pałacu Namiestnikowskiego postanowił zwołać tzw. Radę Gabinetową. Zgodnie z oficjalną informacją: „W sprawach szczególnej wagi Prezydent może zwołać Radę Gabinetową. Radę tę tworzy Rada Ministrów obradująca pod przewodnictwem Prezydenta. Decyzję o zwołaniu Rady Gabinetowej podejmuje wyłącznie Prezydent, gdy uzna, że jakaś konkretna sprawa (lub sprawy) jest na tyle istotna, że stanowi »sprawę szczególnej wagi«. Stanowiska przedstawiane w toku Rady Gabinetowej i dokonywane uzgodnienia nie mają charakteru prawnie wiążącego, lecz niosą w sobie istotny walor polityczny. Tym sposobem Prezydent może zwracać uwagę Rady Ministrów na ważne problemy i domagać się informacji co do zamiarów lub działań Rządu w tych obszarach. Może też ustalać z Radą Ministrów wspólną strategię w określonych kwestiach”.

Czytaj też: Prezydent bezobjawowy

Posiedzenie Rady Gabinetowej (ponoć całej, ale ciekawe, czy Jego Ekscelencja zaszczycił swoją obecnością) odbyło się 9 kwietnia, trwało „dobrze ponad dwie godziny” i było całkowicie poświęcone pandemii. Jego przebieg streściło sprawozdawcze przemówienie samego p. Dudy. Jak się z tego źródła dowiadujemy, „pan premier, jak i minister zdrowia poinformowali (...), że sytuacja [po Wielkanocy] wygląda lepiej, niż się spodziewali”. Mamy czuć się bezpiecznie, bo łóżek szpitalnych i respiratorów jest dużo (wystarczająco) w zapasie, rząd robi, co do niego należy, ale trzeba dbać o zdrowie, bo to ważne w obecnej sytuacji. Łatwo zauważyć, że optymizm p. Dudy koliduje z ocenami ekspertów, oczywiście nie tych wynajętych przez Handlarza Pokościelnym Mieniem Bezspadkowym­ – ci niezależni byli pewni, że druga fala nastąpi.

Także nie bardzo wiadomo, dlaczego p. Morawiecki i p. Niedzielski uznali, że jest lepiej. Okres wylęgania się koronawirusa najczęściej trwa od pięciu do siedmiu dni. Święta zakończyły się 5 kwietnia, Rada Gabinetowa obradowała cztery dni później, a skoro tak, to dane z 9 kwietnia – 24,5 tys. zakażeń, 768 zgonów, 107 tys. testów – nie dotyczyły tego, co było po Wielkanocy. Dalsze trzy dni wyglądały tak: 10 kwietnia – 24,8 tys. zakażeń, 749 zgonów, 105 tys. testów, 11 kwietnia – 21,7 tys. zakażeń, 225 zgonów, 91 tys. testów, 12 kwietnia – 12 tys. zakażeń, 61 zgonów, 58 tys. testów.

Ponieważ spadki zakażeń i zgonów – porównanie 10 i 12 kwietnia – o połowę (trzeba wziąć pod uwagę prawie podobny spadek liczby testów) i 120 proc. są statystycznie mało prawdopodobne, wygląda na to, że wirus „dowiedział się” po jakichś 24 godzinach od Rady Gabinetowej, że „sytuacja wygląda lepiej, niż się spodziewali”, i postanowił być mniej uciążliwy.

Mówiąc poważnie, rządowe „zaraportowania” trzeba traktować jako manipulacje „zażyrowane” przez p. Dudę. Jest nieźle (dęty optymizm), ale oby nie było jeszcze nieźlej.

Czytaj też: Tlen na wagę życia. Szpitalom go brakuje, produkcja nie nadąża

Smoleńsk. Alternatywna wersja zdarzeń

Politycy mają specyficzny sposób dyskutowania, wysoce perswazyjny, co objawia się swobodnym stosunkiem do prawdy, nieskrywanymi emocjami, skłonnością do obrażania się, nadużywaniem epitetów, dygresjami nie na temat, strojeniem min, kiwaniem głową, przerywaniem innym czy przeciąganiem wypowiedzi. Tak postępują wszyscy, przynajmniej w Polsce, niezależnie od opcji politycznej.

Dobrozmieńcy wysoce wyspecjalizowali się w rzeczonym sznycie dyskusyjnym. Gdyby np. poważnie traktować emocje p. Wójcika perorującego na temat wpisu p. Pawłowicz, można byłoby się obawiać o integralność jego układu krążenia, ale nie było wątpliwości, że realizował przekaz dnia ustalony w kwaterze Zjednoczonej Prawicy.

Czytaj też: Władza podgryza się sama

Prawdziwy koncert dała p. Stachowiak-Różecka w programie „Kawa na Ławę” 11 kwietnia. Rzeczona posłanka brylowała, nie tyle treściowo, ile czasowo i perswazyjnie, zwłaszcza mimicznie. Została np. zapytana o to, czy wierzy w teorię wybuchu głoszoną przez p. Macierewicza. Odpowiedziała, najwyraźniej myląc wiarę religijną z wiarygodnością twierdzeń, że ustalenia w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej nie są sprawą wiary, ale dochodzenia, które trwa, tj. chyba dochodzi do prawdy, jak p. Kaczyński wielokrotnie zapewniał.

Podałem ten przykład, aby móc zakończyć wzmianką o moich wrażeniach z filmu relacjonującego wyniki prac tzw. podkomisji smoleńskiej. Interesuje mnie tylko taktyka rozumowania zaprezentowana w tym dokumencie. Przesłankami są przede wszystkim symulacje cyfrowe, eksperymenty i zdjęcia z wrakowiska, a wnioski dotyczą przyczyny katastrofy. Pomijając raport MAK, konkluzje przedstawione w filmie uznają katastrofę za skutek wybuchu na pokładzie, co ma falsyfikować ustalenia komisji Millera.

Tak to już jednak jest, że rozumowanie ze skutków na przyczyny nie jest jednoznaczne (wiele przyczyn może być zgodnych z danym skutkiem). W konsekwencji raport podkomisji Macierewicza, pomijając jego czysto propagandowe elementy, jest co najwyżej alternatywnym scenariuszem wydarzeń, dętym w szaty sukcesu badawczego. I jako taki stanowi kolejny przykład sznytu tzw. dobrej zmiany.

Czytaj też: Kaczyński, Ziobro, Gowin. W tym trójkącie pokoju już nie będzie

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Rafał Wojaczek pod gwiazdą rozpaczną

Swego czasu stał się idolem i do dziś rozbudza namiętności wśród czytelników. Spośród wielu młodo zmarłych literackich straceńców i nadwrażliwców może jeszcze Halina Poświatowska wywołuje czytelnicze emocje. Blednie za to mit Edwarda Stachury, mało kto wraca do wierszy Andrzeja Bursy czy prozy Marka Hłaski. Dlaczego jedne literackie legendy trwają, inne zdają się rozwiewać?

Mirosław Pęczak
08.12.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną