Kraj

Błaszczak odbił PGZ Sasinowi. To Kaczyński za tym stoi?

Mariusz Błaszczak Mariusz Błaszczak Paweł Małecki / Agencja Gazeta
Ósmy prezes PGZ będzie ręcznie sterowany przez ministra obrony, ale nie gwarantuje uzdrowienia zbrojeniówki. Jako stuprocentowo polityczny nominat jest zaprzeczeniem rynkowych reform.

Rzecz stała się błyskawicznie i zgodnie z przewidywaniami. Cały zarząd PGZ został obsadzony ludźmi z nadania ministra obrony Mariusza Błaszczaka. Nowy prezes Sebastian Chwałek będzie ósmym z rzędu szefem Polskiej Grupy Zbrojeniowej od jej powołania i siódmym mianowanym za rządów PiS, wliczając poprzedniego, pełniącego obowiązki przez dwa tygodnie.

Już sama częstość tych rotacji podpowiada, że być może nie ma się czym ekscytować, bo zmiana w fotelu prezesa PGZ to smutny, acz naturalny element zbrojeniowego krajobrazu. Ale tym razem chodzi o coś więcej niż mieszanie herbaty bez dosypywania cukru. Do szklanki z napisem PGZ trafiła może nie błyszcząca, ale na pewno większa łyżeczka z wyraźnymi inicjałami MB. Błaszczak odbił PGZ Jackowi Sasinowi i od tej chwili będzie ponosił za nią całkowitą odpowiedzialność, mając też nad nią pełną kontrolę, choć formalnie nie będąc właścicielem. Ministerstwo aktywów w osobie Zbigniewa Gryglasa albo się spóźniło, albo okazało się zbyt zachłanne – w każdym razie swoich planów już nie zrealizuje. Co czeka grupę pod nowym zarządem? Więcej tego, co już kiedyś było.

Sasinowa smuta w zbrojeniówce

Rządy Jacka Sasina i jego ludzi w PGZ trwały rok z niewielkim okładem i nie przyniosły przełomu. Przeniesienie nadzoru nad zbrojeniówką po wyborach w 2019 r. z MON do nowo powołanego i potężnego resortu aktywów było zaskoczeniem i oznaką relatywnego osłabienia pozycji Błaszczaka, przynajmniej w walce z odwiecznym rywalem – Sasinem. Ten drugi jako wicepremier i zarządca państwowych latyfundiów nie okazywał jednak większego zainteresowania niewielką i niebogatą zbrojeniówką, a nadzór nad nią oddał równie niezainteresowanemu wiceministrowi Maciejowi Małeckiemu. Jednocześnie do zarządu grupy wysłał menedżera co prawda doświadczonego, ale nieznającego branży, jej specyficznych układów oraz mającego do zarządzania podejście raczej księgowego.

Prezes Andrzej Kensbok miał też ten minus, że nie bardzo chciał grać we wspólnej orkiestrze pod batutą ministra Błaszczaka, czego dowodem była niechęć do sponsorowania tradycyjnego „okna wystawowego” resortu, jakim są targi MSPO w Kielcach. Zabolało to ministra i jego otoczenie – mimo sytuacji pandemicznej, która zdawała się uzasadniać wstrzemięźliwość. Jeszcze bardziej zabolało, gdy Kensbok zajął się szukaniem dziur w sprawozdaniach spółek PGZ i odkrył rekordową – na ponad 1,2 mld zł. Niektórzy insajderzy twierdzą, że straty wcale nie musiał ogłaszać, ale zrobił to trochę na złość, czym rozwścieczył Błaszczaka. Inni doszukiwali się nawet głębszego podtekstu: obniżając wartość PGZ przez stratę, zarząd przygotowywał grunt pod jej wyprzedaż. Nieodporny na krytykę minister obrony wyczuł, że to atak Sasina na jego wcześniejsze rządy. Dlatego ruszył do walki o odzyskanie grupy pod hasłem lepszej współpracy z MON.

Czytaj też: Gdzie dorabiają współpracownicy Sasina

Blitzkrieg ministra Błaszczaka

Kontrofensywę zaczął we wrześniu, ogłaszając, że ma gotowy projekt wielkiej i od lat przez PiS zapowiadanej instytucji konsolidującej, usprawniającej i przyspieszającej zakupy uzbrojenia. Aby mieć pełnię kompetencji, owa Agencja Uzbrojenia kontrolowana przez Błaszczaka potrzebowała też kontroli nad PGZ, by – w założeniu – lepiej dostosować ofertę przemysłu i prace badawczo-rozwojowe do bieżących potrzeb i przyszłościowych planów wojska. Pomysł świetny, tyle że z nikim nieskonsultowany przed ogłoszeniem. Zatem ktoś „życzliwy” zadbał, by do mediów wyciekł projekt, w którym czarno na białym zapisano pełną kontrolę MON nad grupą.

We wściekłość wpadł tym razem Sasin, który niedługo po zapowiedzi Błaszczaka wymienił nieudolnego wiceministra od PGZ, by nadzorcą grupy uczynić ambitnego, żądnego kariery i zarazem znającego spółki skarbu państwa Zbigniewa Gryglasa. Ten po ledwie kilku tygodniach zaprezentował „plan sanacji sektora” obejmujący nie tylko państwową PGZ, ale i prywatne podmioty zbrojeniowe, przewidujący redukcję zatrudnienia i pozbywanie się niepotrzebnych firm balastów. To z kolei wywołało popłoch wśród prezesów państwowych spółek i spółeczek, a także często ważniejszych od nich przywódców związkowych, nagle zagrożonych jakąś nową restrukturyzacją i – kto wie – być może zmuszonych do słuchania jakichś prywaciarzy.

W tym miejscu odgórne interesy Błaszczaka nałożyły się idealnie na oddolnie wyrażane obawy. Choć nie ma jasności, kto ostatecznie przesądził o oddaniu władzy w PGZ w ręce MON, można przypuszczać, że zrobił to sam Jarosław Kaczyński. A może i Sasin odpuścił walkę o w sumie niewielki kawałek spółkowego tortu, zabagniony i nierokujący wielkich nadziei sukcesu? Resort aktywów zachował prawa właścicielskie do spółek, zmienił się jedynie zarząd centrali. Walka może więc nie być zakończona, ale Sasin najpewniej zdołał rozbroić największą podłożoną pod jego wpływy bombę – Agencję Uzbrojenia.

Czytaj też: Polska zbrojeniówka uzależniła się od Lockheed Martin

Sasin rozbraja niewypał

Projekt opracowany w MON, który jesienią 2020 r. przedostał się do publicznego obiegu, okazał się fatalny. Skrytykowany przez wszystkich zainteresowanych, którzy mieli do niego dostęp, przez fachowców z rynku oceniony jako niezwykle kosztowny i bardzo trudny w realizacji. Wymagałby np. wielomiliardowej spłaty zobowiązań i skomplikowanego przekształcania spółek. W efekcie Błaszczak po upływie ponad pół roku od wrześniowej zapowiedzi, że powoła Agencję Uzbrojenia i chciałby włączyć do niej PGZ, nie zdecydował się nawet puścić projektu w formalny obieg międzyresortowych uzgodnień. Podobno bał się ujawnienia krytyki na piśmie, gdy wezwane do tego resorty i instytucje musiałyby wpisać uwagi i zastrzeżenia do formularza rządowego procesu legislacyjnego.

Dlatego wybrał ścieżkę walki politycznej. Gdy już był pewny przewagi w boju z Sasinem, spróbował czegoś innego – wizję współpracy PGZ z MON realizować będzie zarząd, w którym znajdzie się autor nieudanego projektu Agencji Uzbrojenia Paweł Olejnik. Stanowisko wiceprezesa oznacza koniec jego misji pełnomocnika ministra do spraw tworzenia agencji, a być może w ogóle kres marzeń szefa MON o jej powstaniu. Do końca kadencji PiS zostało nieco ponad dwa lata, a to za krótko, by opracować nowy projekt, stworzyć od podstaw agencję i wykazać się przy tym sukcesem. Błaszczak porażek nie cierpi, a swoje już osiągnął. Przyjdzie mu tylko zgrzytać zębami na wysokie zarobki Olejnika, nie całkiem zasłużone. Ale może liczy na wdzięczność, karność i wierność wobec siebie i partii?

Czytaj też: Wicher ze wschodu. Gry wokół rakiety

Wszyscy ludzie ministra

Nigdy wcześniej zarządu PGZ nie tworzyli ludzie tak blisko związani z PiS. Sebastian Chwałek, Paweł Olejnik i Bogdan Borkowski to prawnicy, ale jednocześnie partyjni działacze – od zawsze blisko albo okazjonalnie związani z Błaszczakiem. Najbliższy ministrowi jest Chwałek, od lat jego przyboczny, który ostatnio wręcz kursuje między MON a PGZ. Błaszczaka lepiej poznał za pierwszych rządów PiS, w KPRM, ale wcześniej jako legislator w sejmowym klubie PiS stykał się z obecnym ministrem, wtedy wschodzącą gwiazdą partyjnej polityki. Po powrocie PiS do władzy Chwałek znalazł posadę u Błaszczaka w MSWiA i z nim na początku 2018 r. przeszedł do MON. Otrzymał prestiżowe stanowisko wiceministra od modernizacji, niegdyś „pierwszego zastępcy ministra obrony”. Po nieudanym eksperymencie z Jakubem Skibą jako prezesem PGZ i pierwszym za jego rządów przesileniu w grupie Błaszczak uznał, że nowemu prezesowi Witoldowi Słowikowi musi patrzeć na ręce jego człowiek.

Do zarządu, w którym aż gęsto było od intryg, wysłał właśnie Sebastiana Chwałka, jak się później okazało – na rok. Objęcie PGZ przez ludzi Sasina oznaczało powrót Chwałka na fotel wiceministra, a odbicie grupy przez Błaszczaka – ponowną przeprowadzkę na Nowy Świat. O tym, że prezesura była „szyta na miarę” Chwałka i pozostałych, świadczy fakt, iż w rozpisanym formalnie konkursie nie było innych kandydatur, a postępowanie kwalifikacyjne trwało kilka godzin.

W zmniejszonym o jedną posadę, trzyosobowym zarządzie zasiada jeszcze wspomniany Paweł Olejnik. To lokalny działacz i prezes spółek samorządowych w Rawie Mazowieckiej, który awansował do MSWiA za Błaszczaka. Poczet wiceprezesów uzupełnia przedstawiciel starszego pokolenia mec. Bogdan Borkowski, najbardziej znana w tym gronie postać. To prawnik wyznaczany na stanowiska w radach dużych i ważnych spółek za rządów PiS (TVP, Polskie Radio), ale bez doświadczenia w zarządzaniu. Obaj obecni wiceprezesi od początku rządów Błaszczaka w MON przyglądali się PGZ z pozycji członków rady nadzorczej. Olejnik dodatkowo zajmował się Agencją Uzbrojenia i ostatnio był szefem innej nieudanej instytucji: Inspektoratu Implementacji Innowacyjnych Technologii Obronnych. Trudno wskazać bowiem te nowoczesne technologie, które „zaimplementował”.

Ale to nieważne, bo na fotelu wiceprezesa PGZ liczyć się będzie przede wszystkim bezproblemowa współpraca z MON, którą gwarantują wszyscy trzej powołani. To, że żaden z nich nigdy nie był szefem dużej firmy, nie zaskakuje, powrót PGZ pod skrzydła MON oznacza bowiem zwrot z drogi ku urynkowieniu. PGZ ma być zaopatrzeniowcem resortu i „zbrojnym ramieniem” państwowego przemysłu, a nie koncernem nastawionym na zysk.

Czytaj też: Ostre polityczne Groty. Spór o polski karabinek

Kto pochwali Chwałka?

Ponowne zmilitaryzowanie PGZ pod rządami wysłannika MON oznacza jeszcze ściślejsze ręczne sterowanie, prawdopodobnie zza biurka samego ministra. Nawet jeśli Błaszczak znajdzie kogoś na formalnego następcę sekretarza stanu, jego więź z prezesem PGZ sprawia, że to między nimi będą zapadać ustalenia. Ściślej – to Błaszczak będzie Chwałkowi dyktować, co ma robić i mówić, z kim współpracować i o czym rozmawiać. Chodzi przy tym głównie o partnerów zagranicznych PGZ i jej poszczególnych spółek. Produkty wyłącznie krajowe, których nie ma tak wiele, będą wciąż zamawiane – MON nie może sobie pozwolić na zagłodzenie firm, które nie zdołały wypracować produktów eksportowych.

Ale najbliższe miesiące to przynajmniej dwie olbrzymie kampanie negocjacyjne, w których PGZ odegra kluczową rolę. Chodzi o pozyskanie kooperantów do opracowania i produkcji systemu obrony powietrznej Narew i fregat Miecznik. Oba projekty były na biurku Chwałka w MON, częściowo zajmował się nimi za poprzedniej bytności w zarządzie PGZ. Wiadomo, że w obu zamówieniach – a każde ma wartość wielu miliardów dolarów – bezpardonowo walczą zagraniczni potentaci zbrojeniowi, z których każdy najchętniej sprzedałby Polsce produkt jak najbardziej swój.

Przez ostatni rok PGZ upominała się jednak o swoją rolę nie tylko producenta finalnych wyrobów, ale i dostawcy technologii, w tym łączności, kierowania i dowodzenia. Tymczasem polityka MON w ostatnich latach wyraźnie preferowała zakupy gotowych systemów, bez offsetu, bez korzyści przemysłowych, nawet bez krajowej produkcji łączność i dowodzenie. Nie wiadomo, czy Sebastian Chwałek jako prezes PGZ zdoła zrzucić garnitur noszony w resorcie, czy w ogóle będzie się starał i czy dostanie na to zgodę. Po fali wielkich zakupów w USA „narodowa” Narew i „polski” Miecznik wydają się oczywistymi wyborami, świetnie wpisującymi się w szerszy program odbudowy gospodarczej zapowiadany przez PiS. O ile Chwałek potraktuje misję poważnie, powinien – korzystając z zaufania Błaszczaka – realistycznie przedstawić mu możliwości, nie lukrować sytuacji spółek, nie przeceniać ich, ale jednocześnie „dawać wędkę, nie rybę” – tak ustawić konsorcja, porozumienia przemysłowe i transfer technologii, by za pięć lat pojawiły się produkty dla MON, ale i na eksport.

Było to za trudne dla jego dotychczasowych siedmiu poprzedników. Ponieważ podejście PiS do zbrojeń uczy pesymizmu, a czasem przyzwyczaja do groteski, można oczekiwać propagandowego nadęcia, wielkich słów o ogromnych przełomach i kluczyków na poduszkach wręczanych żołnierzom przez ministra. Prezes PGZ dobrze rozumie, że prawdziwy bohater może być tylko jeden, otoczenie ministra też o to zadba.

Czytaj też: Hasłowa modernizacja wojska

Polityka to problem, nie PGZ

Bo ze wszystkich problemów polskiej zbrojeniówki i polskich zbrojeń skład zarządu PGZ jest chyba jednym z mniej istotnych. Truizmem jest też stwierdzenie, że żaden nowy prezes nie ma lekko i pierwsze kilka miesięcy spędza na nauce, wymianie ludzi na swoich i rozpoznaniu wewnętrznych układów sił. W tym sensie Chwałek ma łatwiej, bo PGZ już zna i wie, o co w nim chodzi.

Nie zmienia to faktu, że w odróżnieniu od wielu innych spółek skarbu państwa nie jest to jednolita struktura do zarządzania i do spodu przejrzysta z biurowca przy Nowym Świecie. PGZ to zlepek różnej wielkości firm, z których tylko kilka byłoby w stanie osobno znaczyć cokolwiek na rynku i cokolwiek wyprodukować, naprawić czy wymyślić.

W jednej grupie są spółki produkcyjne, remontowe oraz takie, których głównym zadaniem jest prowadzenie prac badawczo-rozwojowych. Wielu nie sposób odmówić kompetencji, nowatorskich rozwiązań, ciekawych pomysłów – nie jest bowiem prawdą, że polski przemysł obronny to dno. Problem w tym, że w zasadzie od zarania PGZ znikomy jest przepływ informacji między potencjalnymi zamawiającymi, zwanymi ogólnie wojskiem, finansującymi badania i zakupy, czyli ogólnie MON, oraz inżynierami i menedżerami zbrojeniówki. Gdy nakładają się na to zmienne cele, ambicje i strategie polityków, otrzymujemy dysfunkcyjny system szarpany zmianami obozów władzy, ministrów, generałów i prezesów. Średni czas urzędowania szefa PGZ to rok.

Co można stworzyć albo zepsuć przez rok, gdy w dodatku nie ma się całkowitej władzy nad zarządzaną „firmą”? Wypatrującym przełomu w osobie Sebastiana Chwałka trzeba uświadomić, że nawet jeśli dotrwa do końca przepisowej kadencji PiS, cudów nie zdziała. Jedyną szansą jest zbrojeniowo-przemysłowo-technologiczna strategia (która notabene najpierw musiałaby powstać) i spokój na jakieś dziesięć lat. Chwałek ma w najlepszym razie dwa i może gwarancję spokoju z MON, a to niewiele.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Chłopcy 30+, czyli faceci jak dzieci

Psychologowie alarmują: to już epidemia. Pokolenie 20-, 30-, a nawet 40-latków nie chce dorosnąć.

Agnieszka Sowa
12.07.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną