Sutanna czy sukienka?
O sumieniu, samotności, kobietach i seksie w polskiej parafii mówią księża i ci, którzy porzucili kapłaństwo.
Jan, kiedyś zakonnik, który trafił do Tyńca w latach 80., dziś mężczyzna z brodą, w znoszonych sandałach, zapamiętał opowieść starego mnicha o tym, jak kiedyś siedzieli w klasztorze, pół żartem, pół serio przyglądali się dziewczynom idącym przez wieś i czekali na sobór. Mówiło się o przewietrzeniu, to wybierali zawczasu w marzeniach, z którą dziewczyną z warkoczami chcieliby mieć dzieci.

Zbliżał się 11 października 1962 r. Na Sobór Watykański II zjeżdżali dostojnicy z całego świata. Paweł VI z pomocą Opatrzności chciał skoczyć w przyszłość, a zamknięci w Tyńcu mnisi czekali na dobre serce Opatrzności. Wtedy, po soborze, nastąpiła pierwsza fala odejść.

Druga zaczęła się niedawno. Jan, który trzy lata temu zdjął sutannę na zawsze, pamięta też nocne rozmowy ze współbraćmi. Mówili: wytrzymamy, może nowy pontyfikat to skończy? Aż w oknie papieskim pojawił się Joseph Ratzinger. Wiedzieli...

W 2004 r. złożyło sutannę w kostkę 57 polskich duchownych. Według badań prof. Józefa Baniaka, socjologa UAM, w 2006 r. tylko w trzech diecezjach (na 42) – aż 60. Czy to przypadek, że zbiegło się to ze śmiercią Jana Pawła II, którego prof. Stanisław Obirek ośmielił się nazwać surowym proboszczem trzymającym porządek w parafii? Zaraz potem odszedł w imię wolności słowa. Nie ukrywał, że także do kobiety.

„Opuszczam zakon” – na początku 2007 r. współbracia odczytali list wybitnego teologa o. Tadeusza Bartosia. Po 20 latach dominikańskiego życia przestał odnajdywać się w systemie, w którym „gubi się poczucie wartości własnej egzystencji”. W marcu swój list przysłał ks. Tomasz Węcławski. Pisał o sumieniu, że nie pozwala dłużej trwać.

Teologowie myśliciele, którzy odchodzą od zakonnego życia, szukają intelektualnych argumentów, piszą o kryzysie wiary, skandalach, Wielgusie, teczkach, konserwie. Proboszczowie mówią po prostu: pokochałem kobietę – najbardziej zakazany owoc od pierwszego roku seminarium.

Tęsknota

Co poniedziałek na kursie zwanym konfesją duchowną uczono kleryka Tomasza Jaeschke, wtedy ślicznego bruneta w sutannie, dziś 46-letniego męża i ojca, niedostrzegania kobiety. Niedostrzeganie polegało na tym, że należy ją – kobietę – sublimować, co miało oznaczać, że uczucia do niej trzeba wznosić na wyższy poziom niż ten ziemski. Kleryk Tomasz rozglądał się po kolegach, żeby uspokoić sumienie, że też nie pojmują tej pojęciowej akrobatyki. Ale nie musieli rozumieć. Nauczyciel mówił dalej: skoro Bóg wybrał kleryka Tomasza spośród wielu, da i potrzebne łaski, żeby kobietę kochać jak bliźniego.

Długo nie dawał. Tomasz Jaeschke: – Pamiętam te powroty z wakacji pociągiem trasą dom–seminarium w Krakowie. Twarz dziewczyny, którą pierwszy raz w deszczowy dzień złapałem za rękę pod mostem nad Wartą. Inni po wakacjach chowali w portfelach małe zdjęcia i dalej zdawali egzaminy, recytując, że nie wolno ulec sidłom, że kobieta to najpierw zagrożenie i pokusa, potem bliźni. Miałem już 19 lat i wiedziałem, że muszę na nią uważać.

Przyszedł nowicjat w Radziwiłłowie Mazowieckim. Nowicjuszowi Tomaszowi, jednemu z najgorliwszych w modlitwie, powierzono funkcję listonosza. Co dzień o tej samej porze wiózł rowerem listy na pocztę. Samiuteńki. Innych poza klasztorną bramę wypuszczano jedynie we dwóch i tylko na kilka godzin, żeby nie wodzić długo na pokuszenie. Tamtą dziewczynę nowicjusz Tomasz mijał zawsze w tym samym miejscu za zakrętem, rzucali ku sobie spojrzenia. – Tak, myślałem o niej, w czasie modlitw, adoracji Najświętszego Sakramentu. Te przelotne spotkania były silniejsze, niż sam tego chciałem. Pewnie byłem zakochany. Nie raz jeszcze byłem. Pamiętam nocne czuwania sylwestrowe, gdy w kościele przepraszaliśmy Boga za tych, którzy tej nocy oddają się grzesznym rozkoszom. Skłamałbym mówiąc, że myślałem tylko o modlitwie. Tym modlitwom towarzyszył „zapach kobiety”.

Nie ma chyba lepszego adresu dla egzaltowanych nastolatek, członkiń ruchów oazowych i kościelnych chórków, niż forum Stowarzyszenia Żonatych Księży i Ich Rodzin. Powstało w 1998 r. z inicjatywy tych, którzy, mimo że oddali habity, ciągle czują się kapłanami z Bożego powołania. Tacy, którzy się jeszcze wahają, na stronie zawierają z egzaltowanymi nastolatkami bliższe zażyłości.

Ks. Nikodem prosi: „Agato, decyzja ostateczna zapadnie w chwili, gdy odejdę. Teraz podjąłem kroki, które zmierzają ku temu, abyś mnie na dworcu nie zobaczyła”. Agata: „Nikodem, spokojnie, walcz o siebie”. Anna dodaje: „Czy chciałbyś pogadać? Napisz do mnie. Mamy trochę wspólnego”.

60 proc. polskich księży chciałoby mieć rodziny, wynika z badań prof. Józefa Baniaka. Zwykle między 5 a 10 rokiem kapłaństwa zaczynają rozumieć, że wszystkich kochać nie potrafią.

Pokusa

– Czy można tak wszystkich kochać? – gdy ks. Marek Łuczak, wykładowca mass mediów na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego, zamyka za sobą drzwi pustego domu, słucha marudnie tykającego zegara. Ale sutanny nie zrzucił. – Tak, to bywa trudne. Najczęściej wtedy, gdy łapie cię dołek, wypadnie jakieś zdjęcie z przeszłości, które przypomina, że też przeżyłeś nastoletnie zakochanie. Zdarza się, że wtedy budzą się zmysły. Czasem, na moment, coś tak zaiskrzy, że przejdzie przez głowę, czy tej relacji nie zmienić na inną?

Jako grzesznik, nie kapłan, ks. Marek może tylko powiedzieć, że grzech zmysłowy, ten przeciw czystości, w jakimś sensie mniej godzi w celibat niż miłość, bo zakochanie w jednej kobiecie zamyka na to, do czego ksiądz jest powołany. Tego nie wolno nawet w sferze marzeń. Nawet gdy w marzeniach on próbuje stworzyć sobie przestrzeń tylko z jedną osobą, już przegrał. Wtedy – tłumaczy ks. Marek – jeśli będzie dobrze, bo ona leży obok, to i tak będzie źle. Życie z kapłanem to nie tylko kwestia kradzionego na coś czasu, to bigamia, bo z Kościołem bierze się ślub.

Ks. Tomasz Jaeschke przez sześć lat patrzył na kobiety zza wysokiego ołtarza. Jakoś nie mógł nie dostrzegać, gdy na katechezach dziewczyny poprawiały sobie pończochy, obserwując jego reakcje: – Nie uciekałem wzrokiem, nawet nie byłem zgorszony. Widziałem, że są w tym wszystkim takie kobiece, urzekające.

One pewnie nie mogły nie dostrzegać, że Tomasz to przystojny brunet, wrażliwy, nieosiągalny. Takich jak on w małych polskich parafiach nie było wielu. Miłość do kapłana ma coś z Matriksa, jest nie do końca realna. Najpierw on wybrany spośród wielu, teraz może on z setek wybierze właśnie ją.

Czytając romantyczne opowieści na stronach forum Żonatych Księży, ma się wrażenie, że nie oni, księża, ale pobożne pannice zakochane w ich niedostępności inicjują te rozmowy. Są wyrozumiałe. Jedna przysięga, że za ten ukradziony dla niej czas wymyśla mu tematy na szkolne katechezy, inna, że gdy on jechał do niej, sama wróciła go z drogi, bo usłyszała, że umiera pewien parafianin i trzeba spieszyć z ostatnim sakramentem. Są inicjatorkami tych miłości. Jego tęsknota jest dla niej jak woda na młyn.

Gdy Grzegorz Sobel wybrał stan kapłański, był wysokim blondynem, za którym latały całe klasy, wypisując na ławkach „love GS”. Minęło już 10 lat od czasu, gdy złożył sutannę w kostkę na zawsze. Kiedy ubiegłego roku kandydował na radnego, dostał e-maila z wyrzutami od 22-letniej dziewczyny, którą kiedyś jako kapłan uczył religii. Pamięta te licealistki latające po szkolnym korytarzu, żeby poczuć zapach wody, jakiej używa.

Czy ksiądz raz w miesiącu może? – kucharka zapytała szczerze Tomasza Jaeschke, jakby gotowanie dla najświętszych we wsi upoważniało ją do takich sekretów. Wtedy burknął: Nie może. Jak jest powołany, to nie potrzebuje. Tomasz: – W ciągu tego czasu, między 19 a 33 rokiem życia, nie było nic zdrożnego z kobietą. Zdarzyło się dwa razy, że całą noc przegadałem z Natalią, która specjalnie dla mnie przyjechała na parafię do Wiednia, gdzie wtedy pracowałem. Gdy rano ona opuszczała plebanię, byłem dumny, że do niczego między nami nie doszło, choć przecież podobała mi się, a ja jej. Nawet chciała mieć ze mną dziecko.

Samotność

Grzegorz Sobel po święceniach nie chciał jechać na parafię do Rudy Śląskiej. Przecież miał trafić gdzie indziej, ale – jak w życiu – kolega miał lepsze plecy. Pierwszy wieczór: – Zaprosiłem do pokoju dwóch wikarych, jakieś piwko, jakiś żart, nagle pukanie do drzwi. Pomyślałem: no, jeśli proboszcz chce pogadać, lepiej być nie może. Proszę nie chodzić do ubikacji po 22, burknął. Jak już musicie, proszę nie spłukiwać wody.

Obok ubikacji spała gospodyni, siostra proboszcza. Traktowali plebanię jak dom. Taką prywatną zagrodę. Potem coraz więcej było tych wieczorów. Trzask puszki z piwem. Jedna, druga, trzecia... Lepiej zapić samotność niż czuć się samotnym. Zakaz przyjaźni jest jednym ze sposobów wychowania. W seminariach uczą: musicie nauczyć się żyć sami. Tak, to nie jest naturalne, ale przecież życie w stanie kapłańskim jest nadprzyrodzone. Człowiek ma być wolny dla przyjaźni tylko z Bogiem i do dyspozycji przełożonych. Jak za dużo przyjaźnisz się z człowiekiem, dostajesz formalny zakaz kontaktowania się z nim. Ma cię wspierać cała wspólnota.

Najtroskliwiej wspierały Grzegorza Sobela nauczycielki ze szkoły w Rudzie. Stawiały kawę, pokazywały zdjęcia z wakacji: – Miłość przyszła nagle, gdy zobaczyłem Halinę. Potem zacząłem czuć, że szukam momentów, byśmy mogli być razem. Pamiętam, gdy szedłem na wieczorny dyżur do parafii, powiedziała: Obiecaj mi jedno, że dziś nie wypijesz. Zależało jej, żebym nie pił. Komuś zależało.

Jan, kiedyś mnich w Tyńcu, dziś z kobietą: – Po odejściu spotkałem się z hierarchą Kościoła, był dawniej moim przyjacielem. Co teraz robisz? – pytał. Pokazałem blok akwareli. Skąd ty bierzesz taki spokój? – oglądał obrazy. Spojrzał na mnie i sam sobie odpowiedział: Bo możesz przelecieć swoją panienkę? Nie? To co daje ci ten spokój? Wolność. Nie potrafił sobie poradzić z tą odpowiedzią.

Sumienie

„Zakochana w księdzu”. Taki tytuł ma nosić książka Tomasza Jaeschke. Dlatego zbiera e-maile od zakochanych kobiet, żeby do dyskusji o celibacie dorzucić te prawdziwe, romantyczne, tragiczne biografie. Kilka dni temu dostał list od kochanki pewnego księdza. Pisze, że syn ma 12 lat, wie, kto jest jego ojcem, ale nauczyła dziecko trzymać to w tajemnicy. Gdy się spotykają, dziecko mówi do taty proszę pana, a jeśli wokół pojawiają się ludzie – proszę księdza. Wie, że on, ten ksiądz i ten pan to jego tata.

Na forum Stowarzyszenia często wchodzą pogubieni wikarzy, pozaszywani gdzieś po wiejskich parafiach. Pytają się nawzajem, jak podzielić czas między Boga a ukochaną: „Zdarza mi się, że planuję kino, a tu przychodzi człowiek i błaga o pomoc. Rozmawiam z człowiekiem, ona wysyła esemesa: czy ty w ogóle czujesz coś do mnie? Czuję, potrzebuję, pragnę, przecież ona wie, pomogłem człowiekowi, jej nie, sobie też nie. Chciałem dobrze. Jak to wszystko pogodzić?”. Życzliwy odpowiada: „Z Bożą pomocą nie ma nic trudnego”. Trudno oszacować, ilu księży godzi dwa życia z tą Bożą pomocą.

Tomasz z pomocą Bożą przez trzy lata prowadził podwójne. W ciągu kilku lat spędzonych na parafiach zawsze poznawał po stukaniu obcasów, która owca do jakiego pokoju zmierza. Jedna z nich zmierzała do niego. Kradniesz rzecz Bogu poświęconą – słuchała potem na spowiedzi. Powinnaś poszukać jakiegoś wdowca. On, po złamaniu ślubu czystości, klękał w konfesjonale oddalonym o 50 km od swojego kościoła. Z takich związków często rodzą się upośledzone dzieci – ostrzegał głos zza krat. Groził, że to żadna kara, ale rodzaj pokuty.

Temu, kto nie umie żyć podwójnie i dyskretnie, pakują walizki, żeby wszystko przemyślał. Tomasz: – Nieraz rozbijaliśmy we dwoje porcelanowe filiżanki, z których razem piliśmy kawę na znak, że to koniec. Z Wiednia odesłano mnie do parafii w Kościerzynie. Pamiętam spacer z o. Janem Górą. Pytałem, jakby nie chodziło o mnie, ale o kogoś, kogo dobrze znam, co poradziłby księdzu z dzieckiem? Niech przeprosi Boga i od niej ucieka, bo z czasem będzie drugie – powiedział.

Tomasz jeszcze był księdzem, gdy sam ochrzcił swojego syna. Pojechali do jednej z poznańskich parafii. Proboszcz był wyrozumiały, choć w dokumentach napisano: ojciec nieznany. Tomasz zdjął sutannę niedługo potem: – Nie zrzuciłem jej tak, jak się zrzuca szatę Dejaniry, złożyłem w kostkę i podarowałem biednemu bratu. Dziś tak samo ściągam kimono po treningu. Z szacunku dla wartości. To nie był wybór między miłością do kobiety i Boga, ale miłością do niej a miłością do celibatu. Czułem, że będąc wierny celibatowi, nie jestem wierny sobie.

Matki. Im zawsze jest najtrudniej. 1 września 1998 r. Grzegorz Sobel, po roku szarpaniny z własną samotnością na probostwie w Rudzie Śląskiej, poprosił kolegę, żeby pomógł mu znieść walizki do samochodu. Zamiast na rozpoczęcie roku, pojechał zawieźć je do mieszkania Haliny. Potem pojechał do matki. Nie powiedział wszystkiego, bo przecież babcia siedząca w pierwszej kościelnej ławce jest taka dumna z wnuka: – Powiedziałem, że wyjeżdżam za granicę, że muszę to wszystko przemyśleć. Nie zapomnę tych łez, jak zamykała za mną bramę. Próbowała mnie zatrzymać na siłę. Brat powiedział: zgadzam się, tylko jedź na tydzień rekolekcji. Gdy pojechałem, zabrał samochód i błagał: oddam, jak wrócisz.

W parafiach wtedy się ogłasza: przeniesiony. Po diabła mieszasz ludziom w głowach, myśleli, że pracujesz gdzieś tam w Wiedniu – krzyczał ktoś, gdy Tomasz Jaeschke opublikował pożegnalny list w kościerzyńskiej gazecie.

Strach

Tomasz: – Tak, brałem pod uwagę, że kieruję się uniesieniem i może rozczarujemy się sobą szybciej, niż nam się wydaje, że mogę kiedyś strasznie żałować. Myślałem o tym trzy lata. Pamiętam, gdy pewnego wieczoru do drzwi plebanii zapukał elegancki staruszek i poprosił o spowiedź. Zbliżał się koniec życia, a on czuł strach. Był byłym księdzem. Czy w ostatniej chwili nie pojawi się lęk? Dziś mnie nie paraliżuje, ale nie wiem. Jeśli na końcu Bóg miałby mnie ukarać za to, że zamiast mu wiernie służyć, stanąłem po stronie miłości do kobiety i dziecka, że do tej miłości się przyznałem, to znaczy, że nie jest tym Bogiem, którego kocham.

Dlatego w zaczytanych Bibliach mają zakreślone cytaty na dowód, że celibat to nie dogmat, ale dyscyplinarna norma, na przykład: „Nie jest dobrze, by mężczyzna był sam”, „biskup powinien być nienaganny, mąż jednej żony” i wzmianki o uzdrowieniu teściowej św. Piotra.

Ktoś napisał do Tomasza: „Po cholerę wsiadałeś w ten samolot, skoro wiedziałeś, w którą stronę leci?”. Odpisał: „Wiedziałem. Ale tak pociągało mnie kapłaństwo, że nie chciałem rezygnować z tej podróży. Innego samolotu kościelne linie nie podstawiły”.

Do XII w. Kościół dopuszczał zarówno kapłanów ze ślubami czystości, jak i tych z żonami i dziećmi. W XIII w., po soborze w Lateranie, drugą ewentualność wycofał, kierując się filozofią eliminowania konkurencji. Bo jak wyposażyć dorosłe dzieci księdza lub wdowę po nim, żeby nie uszczknąć z tego, co należy do Kościoła?

W domu Seweryna Mosza, 29-latka w garniturze w paski, też na stole leży zaczytana Biblia. W katolickiej rodzinie Ślązaków od zawsze wisiały na ścianach święte obrazy w brunatnych ramach. Seweryna nie ta klęcząca przed nimi matka ku kapłaństwu kierowała, ale ten gigantyczny rozmach liturgii. 15-latek wytrzeszczał oczy i marzył, żeby tam stanąć, tak podnieść rękę, żeby go słuchali. Wybrał Niższe Seminarium Duchowne Karmelitów Bosych w Wadowicach. Choć był zakaz zauważania, że boso nie chodzili, Seweryn na początku jakoś to zauważał. Może przez tę jednoosobową celę? Często dla nowych jest surowa jedynka. Może by nie zauważył tych beczek spirytusu w piwnicy, gdyby nie lekcje ojca Stanisława, który w ramach nauki posłuszeństwa kazał jeść zlewki z wiaderka. Seweryn: – Brałem je ręką do ust. Trudno opisać, co znaczy dla człowieka, który ma 18 lat, zrobić to na forum publicznym... Czułem złość, upokorzenie i kompletny brak sensu, ale jadłem.

Potem cele były większe i Seweryn nawet przestał zauważać tamte drobiazgi. Im bardziej robił się posłuszny, tym okazalej robiło się wokół: lodówka w celi, telewizor i obietnica, że potem będzie wszystko. Na odpustach słuchał dialogów przy wódce o tym, która parafia jest dochodowa i kto z proboszczów jest dobrym biznesmenem. Seweryn: – Opuściłem zakon trzy lata temu, po dżentelmeńsku, legalnie. Najpierw chodziłem do psychiatry, żeby wydali opinię. W dokumencie z Watykanu napisali, że mnisie życie mnie przerasta.

Codzienność

Jest jeszcze ciemno, gdy Ryszard Bardziński wstaje do pracy. W Wiedniu można sprzątać cały czas, a i tak ludzie znów rano pójdą do firm, pobrudzą marmurowe posadzki muzeów. Takie posadzki przez 24 lata polerowała sutanna ks. Ryszarda. Do czego w Polsce miał wracać 47-letni magister teologii? Ewunię poznał siedem lat wcześniej. Na kolędzie w Żorach. Dziewczyna z czarnymi warkoczami pokazała swoje zdjęcia, on powiedział, że też lubi fotografować. Był 2002 r., gdy odszedł z małym dzieckiem na rękach i Ewunią za rękę, która dla tej miłości zostawiła punkt totalizatora. Więc Ryszard, doktor teologii, myje marmurowe posadzki.

Z badań prof. Baniaka wynika, że tylko co trzeciemu, który odszedł, powiodło się materialnie. Więc handlują na targu proszkiem do prania, myją wagony, czasem rozwodzą się z żonami, bo zakochała się w kimś innym niż ten roztrzęsiony bezrobotny z wyrzutami sumienia.

Gdy Tomasz Jaeschke idzie na swoją zmianę do domu dla autystycznych dzieci, widzi w ich na wpół świadomych oczach, że go słuchają: – Ale gdy zdjąłem koloratkę, pierwszy raz poczułem, że nikt mnie nie traktuje szczególnie, panie w urzędach warczą, policjanci wypisują mandaty, nikt się nie kłania na znak: niech będzie pochwalony. Zniknął czar sutanny, status wybranego. Jak z takim poczuciem własnej wyjątkowości teraz dzielić się sobą z nią, wczuć się w sytuację kobiety prawdziwej, nie tej z katechezy czy snów, z których w seminarium nie zdawało się egzaminów? Zagryzałem wargi, bo nie umiałem rozmawiać z nią o rzeczach najbardziej intymnych.

Trudne przychodzi potem, gdy ziemska miłość przestaje przypominać tę romantyczną, powieściową. Przychodzi codzienność. Trzeba po omacku uczyć się zwykłych rzeczy, tego, jak wyremontować dom, gdzie iść do lekarza z dzieckiem, jak nie uważać się za kogoś z gruntu lepszego.

Tomasz: – Może dziś inaczej wychowałbym syna? Wpoiłem w niego szereg wyuczonych reguł, co do których sam mam dziś wątpliwości. Ponoć mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy, mam nadzieję, że nie zawiodę.

Grzegorz Sobel został w Rudzie Śląskiej. Tylko na początku uciekali na spacery do innych miast, kościołów na uboczu. Gdy pakował walizki, by odejść do Haliny, umiał kazanie napisać od ręki, ale co napisać w CV? Zakreślał flamastrem oferty: szukamy handlowców. To umiał – być z ludźmi. W lipcu 1999 r. Grzegorzowi urodził się Szymon, po trzech latach Paweł: – Jestem dobrym handlowcem. Zbudowałem dom. Czasem dom Grzegorza pokazują sobie ludzie jak eksponat: – Wiesz – mówią – tu mieszka były ksiądz. – Przynajmniej miał odwagę zerwać z zakłamanym życiem – odpowiada ten drugi.

Jeszcze nie powiedział Szymonowi. Przed pierwszą komunią to zrobi, w te wakacje. Tych paragrafów, że papież Jan Paweł II ustanowił niepisaną karę 10 lat czekania na dyspensę i że mogą otrzymać ją byli księża po 40 roku życia, jeśli ich związek z kobietą jest trwały i mają dzieci, Szymon pewnie nie zrozumie. Dlatego Grzegorz powie synowi tak: Nikomu nie zrobiłem krzywdy.

Sens

Dziś Tomasz Jaeschke ma marzenie – powołać program z cyklu: Co nas łączy? Żeby rozmawiać o tym, ile łączy celibatariuszy z żonatymi, porządnych z nierządnicami, polityków z przestępcami, niby-dobrych z niby-złymi.

Grzegorz Sobel, kiedyś prawie święty, dziś ten zły: – Dlaczego to zrobiłem, poszedłem na księdza? Może dlatego, że ojciec umarł zbyt wcześnie? Że byłem nieśmiały do dziewczyn? Że mama była zaborcza? Może – że były trudności na rynku pracy? Może – że lubiłem pomagać ludziom?

Ks. Marek Łuczak powiedział wtedy Grzegorzowi, koledze z seminarium: Ja cię nie mogę oceniać. Bo nie wiem, kiedy się w życiu pomyliłeś – czy wtedy, gdy przysięgałeś Bogu, czy gdy pokochałeś kobietę.

Gdy ks. Marek idzie na zajęcia w seminarium, dziś to widzi, tych młodych oszołomionych entuzjazmem ludzi. Potem gryzą ściany z samotności, zakochują się w kobietach, przeklinają, że drugi raz nie wybraliby tej drogi, ale to zrobili. Ks. Marek: – Też wybrałem kapłaństwo jako gówniarz i wiele rzeczy musiałem potem zrozumieć. Ale apostołowie też mądrzeli, Piotr z Pawłem kłócili się o względy Jezusa, Paweł był cholerykiem. Na koniec stali się zdolni do męczeństwa. Jeżeli dziś stawia się pytanie, czy jest sens im cokolwiek mówić, myślę, że jest. Gdy miałem przedmałżeńskie katechezy, jedyne, co chciałem powiedzieć tym zakochanym nastolatkom, to że gdy kiedyś przejdzie wam uczucie, przypomnijcie sobie, jak kochaliście się przed laty. To samo chcę przekazać tym chłopcom z seminarium.
 

WIĘCEJ:

 

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną