Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Jacek Kurski w „Rzeczpospolitej”. Granice padają, ale dlaczego?

Jacek Kurski Jacek Kurski Piotr Kucza / Newspix.pl
Publikacja tekstu byłego prezesa TVP Jacka Kurskiego, który z premedytacją zniszczył wielkie publiczne medium, będące własnością wszystkich obywateli, uczynił z niego bezwstydną, nienawistną tubę rządzącej partii, jest przekroczeniem kolejnej granicy. Przekroczeniem nieoczekiwanym.

Usiłujemy w środowisku dziennikarskim zrozumieć, z jakiego powodu Bogusław Chrabota, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”, wydrukował w swojej gazecie artykuł Jacka Kurskiego, ale nic sensownego, a zwłaszcza tłumaczącego Chrabotę, nie przychodzi nam do głowy. Jego wyjaśnienia w „preambule” do tej publikacji o „ciekawości”, co ma do powiedzenia Kurski, czy „spełnianiu kryteriów druku” kompletnie nie przekonują.

Podobnie jak stwierdzenie, że Jacek Kurski zajmuje stanowisko w Banku Światowym. W domyśle: trzeba się z tym pogodzić i drukować. Na tej samej zasadzie należałoby drukować Janusza Kowalskiego – bo jest legalnym wiceministrem, Grzegorza Brauna – bo to wybrany przez naród poseł, czy Antoniego Macierewicza – autora raportu o zamachu smoleńskim, bo to przecież oficjalny raport za rządowe pieniądze.

Czytaj też: Z TVP do Banku Światowego. Kurski zawsze spada na cztery łapy

Na rękę obozowi władzy

Publikacja tekstu byłego prezesa TVP, który z premedytacją zniszczył wielkie publiczne medium, będące własnością wszystkich obywateli, uczynił z niego bezwstydną, nienawistną tubę rządzącej partii, jest przekroczeniem kolejnej granicy. Przekroczeniem nieoczekiwanym, bo ze strony człowieka dotąd szanowanego za przestrzeganie zawodowych standardów, który wcześniej wielokrotnie Jacka Kurskiego ostro krytykował za to, co na polityczne zlecenie (i także teraz, we wspomnianym wstępie do tekstu) zrobił z państwową telewizją i generalnie – z jakością życia publicznego w Polsce. To przekraczanie granic jest bardzo na rękę obozowi władzy. Na tym polega ta polityczna i piarowa metoda.

Im bardziej rozchwiane są kryteria przyzwoitości, moralności, zbiorowych wartości, tym więcej występków uchodzi władzy na sucho, tonie w ogólnym postetycznym szumie. Ujawnia się ten charakterystyczny fałszywy symetryzm: nie walczmy z faktami, mamy taki, a nie inny rząd, premier jest, jaki jest, podobnie prezydent, innej władzy na razie nie ma, trzeba się z tym pogodzić, szukać jakiegoś konsensu, bo ludzie chcą spokojnie żyć. Możemy się ogólnie nie zgadzać, oburzać się, protestować, ale trzeba w końcu przyjąć realia. Taka mantra, która wybrzmiewa z faktu publikacji Kurskiego i wstępu Chraboty, jest balsamem dla uszu obecnej władzy. Jej dokładnie o to chodzi: o rezygnację, zmęczenie, odpuszczenie. Także o jej „normalne” traktowanie.

A moment jest przełomowy, trwa walka o stan zbiorowej świadomości, demokratyczne środowiska znalazły się w mentalnym kryzysie, wynik wyborów staje się głęboko niepewny. Nie jest rolą dziennikarzy dbanie o interesy konkretnych partii opozycyjnych, ale jest tą rolą zabieganie o standardy państwa prawa i jakość publicznego życia. Czyli o to, czego dokładnym zaprzeczeniem jest to, co Jacek Kurski robił przez ostatnie kilka lat. Po czym udał się na załatwioną mu z politycznego klucza posadę w światowej finansjerze, z czego teraz może zdać relację w „Rzeczpospolitej”, bo to „ciekawe”.

Czytaj też: Kaczyński upokorzył Kurskiego. Tak się odprawia najemników

Chodzi o zwykłą, przyziemną przyzwoitość

W mediach społecznościowych trwa ustalanie, o co Bogusławowi Chrabocie chodziło. Może skłonił go do tego wydawca, może rzecz w chęci pozyskania solidnej porcji reklam spółek skarbu państwa, może uznano, że trzecia kadencja rządów PiS jest już przesądzona, a żyć trzeba – takie opinie się pojawiły. Nie wiemy, czy i na ile odzwierciedlają stan faktyczny. Prawdą jest, że „Rzeczpospolita” od dawna próbuje znaleźć własną ścieżkę w opisie pisowskiej rzeczywistości. Dziennik ten tradycyjnie, od dekad, starał się być blisko instytucji państwa, legislacji, oficjalnego porządku prawnego, w konsekwencji także rządu i jego agend. Takie nastawienie redakcji przez wiele lat III RP nie było źródłem kontrowersji, bo kolejne rządzące ekipy nie przekraczały ustrojowych granic liberalnej demokracji. Ale ta metoda zaczęła zawodzić za czasów PiS. Wydaje się, że niektórzy publicyści „Rzeczpospolitej” tej jakościowej zmiany sytuacji nie zauważyli. Jakby wciąż, wbrew oczywistościom, trwali w opisie „instytucji demokratycznego państwa”, które jednak gwałtownie przestawały być demokratyczne.

Jednak zdawało się, że sam Bogusław Chrabota był zazwyczaj pryncypialny i krytyczny wobec tego demontażu państwa prawa. Co się zatem stało z tą publikacją Jacka Kurskiego? Może sprawa tego tekstu ucichnie po trzech dniach, według znanej reguły sformułowanej przez Jarosława Kaczyńskiego. Ale ślad pozostanie. Szkoda, bo tu już nawet nie chodzi o politykę, to PiS chciałby, aby wszystko, nawet afery, miało polityczny, narodowy, turbopatriotyczny wymiar. A tu chodzi o zwykłą, przyziemną przyzwoitość.

Czytaj też: Kurski wchodzi do frakcji banksterów

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną