Wojna o SAFE. Dlaczego Amerykanie woleliby, żebyśmy inaczej wydali nasze pieniądze na zbrojenia
Trzecia wojna w Zatoce Perskiej na chwilę zepchnęła na dalszy plan najważniejszą od miesięcy batalię w Polsce – o sens, kształt i przyszłość unijnych pożyczek na obronność. Jednak już we wtorek temat odżyje za sprawą spotkania „na najwyższym szczeblu”, które ma rządowi wyjaśnić niejasne szczegóły planu prezydenta Karola Nawrockiego i prezesa NBP Adama Glapińskiego. Ogłosili oni, że zamiast pożyczki z Brukseli polskie zbrojenia można dofinansować z wykorzystaniem rezerw polskiego banku centralnego.
Rząd, nieco zaskoczony tym wistem, przyjął postawę życzliwego wyczekiwania i zapewnia, że każdą liczbę miliardów jest w stanie zainwestować w siły zbrojne, ale pomysł „narodowego sejfu” traktuje jako uzupełnienie, a nie alternatywę dla unijnego programu SAFE (którego czuje się współautorem).
Premier w bezpośredniej rozmowie z prezydentem zapewne takie stanowisko podtrzyma, choć zderzy się z podejściem „albo–albo”. Potyczkę o ponad 180 mld zł w napięciu obserwują najbardziej zainteresowani, czyli uczestnicy obronnego rynku: producenci, dostawcy, importerzy, pośrednicy i lobbyści. Ci ostatni mają szczególnie nerwowe tygodnie, bo kurs obrany przez Warszawę – z Unią czy bez – może na lata ukształtować rynek i na nowo wykreślić mapę wpływów, na której przez ostatnie ćwierć wieku dominowali Amerykanie.
Czytaj także: Gęste zakupy z programu SAFE: na mapie Polski, nie Niemiec
Głód uzbrojenia
Legendą, a może mitem świata zbrojeń, w którym jak zawsze tkwi ziarno prawdy, jest opowieść o rzekomym podziale Europy, wyrysowanym czyjąś wpływową ręką.