Wybory prezesa IPN. Mateusz Szpytma nie ma tu dobrej opinii. „Ani historyk, ani menedżer”
Jeszcze niedawno politycy Koalicji Obywatelskiej mówili o gruntownej reformie Instytutu Pamięci Narodowej, a nawet o jego likwidacji. Donald Tusk porównywał go do dawnej TVP i zapowiadał zrobienie porządku. Tymczasem po przejęciu władzy temat praktycznie zniknął. IPN nie tylko przetrwał, ale wygląda dziś na jedną z najlepiej zabezpieczonych instytucji po poprzedniej ekipie. Zgodnie z intencją jego ostatniego prezesa, Karola Nawrockiego, Instytut okazał się „twierdzą nie do zdobycia” (szczegóły opisuje w „Polityce” Rafał Kalukin).
Gra toczy się dziś nie tyle o pamięć historyczną, ile o wpływy, instytucje i polityczne przetrwanie. Kandydatem na nowego prezesa IPN jest Mateusz Szpytma, od dziesięciu lat wiceprezes Instytutu, kojarzony z PSL. To właśnie głosy ludowców mogą przesądzić o utrzymaniu IPN w rękach prawicy.
Mateusz Szpytma: współodpowiedzialny
Co o kandydaturze Szpytmy mówi się w samym Instytucie? – Pracownicy IPN mają poczucie, że jeżeli dr Mateusz Szpytma zostanie wybrany na prezesa, to sytuacja nie zmieni się na lepsze. Abstrahując od tego, że to czołowa postać tej samej ekipy, która rządzi IPN od czasu „dobrej zmiany”, nikt nie postrzega go jako dobrego historyka (napisał tylko jedną naukową monografię – dotyczącą Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego w Krakowie). Nie ma kontaktów międzynarodowych, nie jest też sprawnym menedżerem – mówi „Polityce” anonimowo historyk IPN.
Przypomina, że odpowiedzi Szpytmy na trudne pytania przed kolegium IPN i komisją sejmową były „absurdalne”: – Na konkretne zarzuty odpowiadał, że to tylko opinie. Mówił, że ceni dorobek IPN z czasów wszystkich prezesów tej instytucji, a nie potrafił odpowiedzieć dlaczego, odkąd jest wiceprezesem IPN, ponad 30 badaczy zostało zwolnionych lub zmuszonych do odejścia. Dziwnym trafem byli to historycy o poglądach i wizji historii Polski odmiennych od jego.
– Szpytma chce uchodzić za specjalistę od Zagłady, ale jego dorobek w tym zakresie sprowadza się do upamiętniania rodziny Ulmów, pochodzącej z tej samej miejscowości co on – dodaje nasz rozmówca. – Nie zna języków, nie prowadził badań za granicą i nie publikował w zagranicznych pismach. Nadzorowane przez niego projekty o ratowaniu Żydów sprowadzają się do inicjowania krytycznych recenzji innych badaczy – dodaje.
Tej kandydaturze sprzeciwia się duża część polskiego środowiska historycznego. 300 osób podpisało się pod petycją do parlamentarzystów.
Czytamy w niej m.in., że „wbrew budowanej narracji o swojej apolityczności i profesjonalizmie Mateusz Szpytma był i jest nadal jedną z twarzy skrajnego upolitycznienia IPN, który na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat stał się de facto partyjną przybudówką PiS. Mateusz Szpytma od 2016 r. pełni nieprzerwanie funkcję wiceprezesa IPN, najpierw przy Jarosławie Szarku, następnie przy Karolu Nawrockim, i ponosi współodpowiedzialność za dewastację instytucji, która powinna służyć wszystkim obywatelkom i obywatelom Polski, bez względu na ich ideowe wybory i pochodzenie”.
Dlaczego Tusk nie walczy o IPN
Zgodnie z ustawą prezesa IPN wybiera sejmowa większość za zgodą Senatu na wniosek kolegium Instytutu – obecnie zdominowanego przez prawicę. Ostatnio kolegium wystawiło człowieka Nawrockiego, Karola Polejowskiego, który przepadł w sejmowym głosowaniu. Wydawało się wtedy, że stanowisko może pozostać nieobsadzone, dopóki kolegium i parlament nie będą reprezentować jednej opcji.
– Chyba że będzie druga runda i PSL dogada się z PiS. Wtedy Szpytma ma szansę – oceniał inny historyk, także anonimowo. Dodał jednocześnie, że nie spodziewałby się po Szpytmie niczego złego, bo jest raczej koncyliacyjny i nie ma ambicji politycznych: – Rewolucji nie będzie.
Stawka jest niemała. Instytut zatrudnia 2,5 tys. osób i kosztuje państwo 600 mln zł rocznie. Krytycy od dawna zarzucają mu, że zamiast badań produkuje historyczną propagandę i rozbudowuje własną biurokrację. Dla Nawrockiego stał się piarową agencją, dzięki której wylansował się w oczach Jarosława Kaczyńskiego jako kandydat na prezydenta. Wieloletni kierownik działu historycznego „Polityki” Marian Turski mówił, że „90 proc. książek IPN jest bezwartościowych, nikt ich nie kupuje”. A sam czytał wszystko, bo stworzył nasze Nagrody Historyczne i przez lata był ich głównym organizatorem.
Najwyższa Izba Kontroli oceniła, że co czwarta złotówka wydana przez Centralę IPN w 2023 r. została wydana niegospodarnie. Kontrola wykazała, co mówią sami pracownicy i zewnętrzni obserwatorzy, że IPN przestał zajmować się nauką; pieniądze szły za to na projekty gamingowe, koncerty i warsztaty, gry planszowe, konkursy i obozy edukacyjne.
W całej sprawie zaskakuje bierność rządu, który porzucił pomysły reform i właściwie oddał pole – choć środowisko historyczne oferowało wsparcie i koncepcje zmian. Dlaczego premier, który sam przez lata był celem nagonki budowanej na zakłamywaniu historii, nie podejmuje walki o rzetelność badań naukowych finansowanych z publicznej kasy?
PS Wypowiedź eksperta IPN pochodzi z sekcji „Pytanie do historyka” w newsletterze historycznym „Polityki”. Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco z historią.