Kultura

Dumanie nad Domami

Rozmowa z pisarzem i scenarzystą Paulem Austerem

Paul Auster w kawiarni w Park Slope, części Nowego Jorku, którą opisuje w swej najnowszej powieści Sunset Park. Paul Auster w kawiarni w Park Slope, części Nowego Jorku, którą opisuje w swej najnowszej powieści Sunset Park. Tim Knox / EAST NEWS
O ukazującej się w Polsce jego nowej powieści „Sunset Park”, amerykańskim kryzysie, miejscu pisarza w dzisiejszym świecie i życiu na Brooklynie mówi amerykański pisarz, Paul Auster.
Kadr z filmu „Dym”, który przyniósł Austerowi szerszą popularność.Courtesy Everett Collection/EAST NEWS Kadr z filmu „Dym”, który przyniósł Austerowi szerszą popularność.
Pisarz podczas wizyty w Stuttgarcie w październiku 2008 roku.Alamy/BEW Pisarz podczas wizyty w Stuttgarcie w październiku 2008 roku.

Michał Nogaś: – Zacznę od zacytowania jednego z bohaterów pana najnowszej książki. „Pisarze nigdy nie powinni rozmawiać z dziennikarzami. Wywiad jest zdewaluowaną formą literacką, która niczemu nie służy oprócz tego, że upraszcza rzeczy, które nigdy nie powinny zostać uproszczone”.
Paul Auster: – Cóż, myślę, że wywiady nie do końca spełniają swoją funkcję, nie pozwalają nam się dokładnie wyrazić. Z drugiej strony, jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji, jeśli chodzi o wydawanie książek w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie. Rozwijają się nowoczesne technologie, mamy kryzys ekonomiczny, sprzedaje się coraz mniej książek. W związku z tym pisarz ma obowiązek pomagać wydawcom. Niekoniecznie codziennie, ale od czasu do czasu.

W „Sunset Park” opisuje pan amerykański kryzys, który w ciągu kilku ostatnich lat rozprzestrzenił się na cały świat. Czy to był główny powód, dla którego zdecydował się pan napisać tę książkę?
Od wielu lat rozmyślałem nad powieścią o kimś wyrzuconym ze swojego życia, wywłaszczonym. Zmagałem się z tym od dłuższego czasu, aż pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że cały kraj rozpada się na kawałki, wszyscy są wywłaszczeni. Doszedłem do wniosku, że nie może to być historia tylko jednej osoby, lecz wielu ludzi. To moja pierwsza książka, która dzieje się tak współcześnie, tak blisko teraźniejszości. Napisałem ją w 2009 r., natomiast akcja rozgrywa się w 2008 i 2009 r. Zazwyczaj opisywałem odległe wydarzenia.

Jak w ciągu tych trzech lat, od 2009 r. do dziś, zmieniła się Ameryka?
Myślę, że prawdziwą tragedią kraju jest ideologiczne przejęcie Partii Republikańskiej przez skrajną prawicę. Z tego powodu prezydent Obama nie był w stanie dużo zrobić, gdyż wszystkie jego działania były blokowane przez opozycję. A ponieważ mamy bardzo niesprawiedliwy system polityczny, mniejszość może przejąć kontrolę nad decyzjami państwa. Wszystko, co proponuje prezydent, od lat jest blokowane i kryzys jeszcze bardziej się pogłębia.

A jak w czasie kryzysu wygląda życie przeciętnych amerykańskich obywateli?
Ameryka jest dziwnym miejscem, gdzie większość tych, którzy przeżywają trudne czasy, obwinia samych siebie, podczas gdy w innych krajach, gdzie ludzie mają wysokie poczucie międzyklasowej solidarności, występuje jakiś rodzaj zbiorowego gniewu. Myślę, że wy w Polsce dobrze to rozumiecie. W Ameryce ludzie cierpią w milczeniu w swoich czterech ścianach. Poza kilkoma protestami, takimi jak okupacja Wall Street, jest tu całkiem cicho. Najwięcej hałasu robi prawica z jej głupimi pomysłami na naprawę sytuacji. Mamy bardzo wysokie bezrobocie, pensje maleją, oszczędności zresztą też, tylko liczba osób żyjących w biedzie wzrasta. Codzienne życie dla około 98 proc. Amerykanów stało się walką. Przeżywamy teraz prawdopodobnie najtrudniejszy czas od Wielkiego Kryzysu z lat 30.

Które z amerykańskich mitów zostały obalone w ciągu ostatnich trzech lat?
Upadł mit, którym wszyscy żyliśmy – przekonanie o tym, że dzieci będą radzić sobie lepiej niż ich rodzice, a nowe pokolenie będzie żyć dostatniej niż poprzednie. W to już nikt nie wierzy. Ludzie z klasy średniej spadają do niższej, ci z niższej pozbawieni są środków do życia i wszelkiej nadziei. W „Sunset Park” mamy kilkoro młodych bohaterów. Poprzez młodych rozumiem dwudziestolatków, którzy nie są już dziećmi, są młodymi dorosłymi. Mam wrażenie, że to, co uczyniliśmy naszym dzieciom, jest zjawiskiem wyjątkowym w skali światowej. Obciążyliśmy bardzo wysokimi opłatami tych, którzy chcą studiować: 20, 30, 40, 50 tys. dol. rocznie. Proszę wziąć pod uwagę, że średni roczny dochód amerykańskiej rodziny to 45 tys. dol. W jaki sposób mają wysłać dzieci do szkoły, skoro kosztuje ona więcej niż roczne utrzymanie rodziny? Dlatego studenci są zmuszeni do zaciągania pożyczek w bankach lub rządowych agencjach. Kończąc studia i rozpoczynając dorosłe życie, mają często 100 tys. dol. długu! Jaki rozsądny kraj może robić to swoim dzieciom...?

Miles, jeden z głównych bohaterów „Sunset Park”, ma 28 lat, zostawił swoją rodzinę i studia, jest w pewnym sensie włóczęgą podróżującym od stanu do stanu w poszukiwaniu pracy. W zasadzie o nic nie dba, kupuje książki i najpotrzebniejsze rzeczy.
Miles krąży i cofa się, szukając lekarstwa na poczucie winy dręczące go od 16 roku życia. Co takiego zrobił? Tego nie zdradzę, gdyż polscy czytelnicy nie mieli jeszcze okazji zapoznać się z książką. Dodam tylko, że Miles ma w sobie coś z bohaterów Dostojewskiego. Jest upokorzony wstydem i winą, próbuje je odpokutować poprzez swego rodzaju chłostę. Jednocześnie jest postacią szlachetną i szaloną, niezrównoważoną. To, co istotne w tej książce, co stanowi jej rdzeń, to obecność domów, ich istota. Na początku Miles pracuje, sprzątając domy przejęte przez banki. Później z garstką młodych ludzi urządza squat w opuszczonym domu w Sunset Park w okolicach Brooklynu, stąd też wziął się tytuł książki. Tak więc to właśnie są te różnego rodzaju domy, ale w języku angielskim mamy rozróżnienie na house, czyli „dom”, i home, czyli „Dom”. Dom to idea wiążąca się z rodziną, z posiadaniem własnego miejsca, które stanowi centrum twojego życia. Myślę, że ta książka jest swoistym zapisem badań nad domami i Domami. I w tym przypadku Domem jest po prostu Miles i jego rodzina, jego ojciec Morris, matka i macocha, to oni stanowią swego rodzaju emocjonalny rdzeń, na którym opiera się ta historia.

Czytałem tę książkę również jako swoistą historię ponownego zjednoczenia, które nadeszło po długich latach samotności każdego z bohaterów.
Tak. I chociaż w pewnym sensie Miles jest centralną postacią i wszystko kręci się wokół niego, bardzo ważnym bohaterem jest także jego ojciec Morris. Ma około 60 lat, sporo nagrzeszył, sporo zdziałał, cierpi z powodu długiej nieobecności syna. Myślę, że to człowiek twardo stąpający po ziemi, żyjący w realnym świecie, z pewnością nie fantasta. Ogromnie zależy mu na literaturze, poświęcił całe życie wydawaniu, poszukiwaniu i myśleniu o dobrych, wartościowych książkach. Nie zarobił wielkich pieniędzy, ale zawsze zachowywał się fair. Dba o swoich pisarzy, o żonę, o syna. To ktoś, kto może zostać pobity, może upaść, ale zawsze zdoła się podnieść.

Nie ma lepszego miejsca na spotkanie z Paulem Austerem niż Nowy Jork. Jadąc do miasta z lotniska JFK, natknąłem się na hasło „Witamy w mieście numer jeden”. To miasto zawsze odgrywało istotną rolę w pana twórczości, w książkach czy w filmach.
Dlaczego Nowy Jork? Po prostu jestem szczęśliwy, mogąc tutaj mieszkać, to jest moje miejsce. Nie dorastałem w samym Nowym Jorku, ale bardzo blisko, w New Jersey, pół godziny drogi stąd, natomiast moi dziadkowie mieszkali na Manhattanie. Spędziłem więc mnóstwo czasu, krążąc tymi szlakami. Nie uważam jednak, że to miasto numer jeden. To pewien rodzaj nowojorskiej przesady. Mamy kawę numer jeden na świecie, sernik, wszystko jest pierwsze na świecie. Ale to tylko reklama niemająca nic wspólnego z rzeczywistością. Natomiast z pewnością Nowy Jork jest jedynym miastem na świecie, które należy do wszystkich. To nie jest Ameryka, tu jest wszystko. To miasto, którego 40 proc. populacji urodziło się za granicą. To miasto, w którym mówi się w każdym języku, w którym wyznawana jest każda religia, w którym mieszka każda rasa. Nie ma na ziemi miasta tak pełnego różnic, jak Nowy Jork.

Rozmawiamy w pańskim domu czy raczej w Domu w Park Slope na Brooklynie. Sunset Park nie jest tak daleko stąd.
Tak, to całkiem blisko.

Oba te miejsca są obecne w książce „Sunset Park”.
Sunset Park rozciąga się pomiędzy 15 a 60 ulicą na Brooklynie. W Sunset Park czuje się przede wszystkim czas, który upłynął. To miejsce wydaje się nie mieć przed sobą przyszłości. Tutaj znalezienie przez garstkę młodych ludzi opuszczonego domu do zamieszkania jest całkiem prawdopodobne. Dom, który opisałem w powieści, istniał naprawdę, opuszczony, gdzieś na 34 ulicy naprzeciwko cmentarza. Zrobiłem zdjęcia, by potem jak najlepiej go opisać. Kiedy moja książka wyszła w listopadzie 2010 r., National Public Radio chciało ze mną zrobić wywiad i dziennikarze powiedzieli: „Chodźmy do Sunset Park, tam nagramy rozmowę!”. Odpowiedziałem: „Chodźmy na Trzydziestą Czwartą, rzucimy okiem na dom”. Kiedy przyszliśmy, dom był zniszczony i zdemolowany, nic nie zostało, nawet drzazga. Przerażające było to, że podobnie jak Miles robił zdjęcia znikającym rzeczom, tak i po tym domu zostały tylko fotografie, które zrobiłem. Poczułem się, jakbym żył w swojej książce.

Dlaczego umieścił pan akcję akurat w tej części Nowego Jorku?
Mieszkam na Brooklynie ponad 32 lata, więc dokładnie połowę mojego życia, tę dobrą, zasadniczą część dorosłego życia. Przyjechałem tu w styczniu 1980 r., ponieważ nie miałem pieniędzy i nie mogłem sobie już pozwolić na mieszkanie na Manhattanie, musiałem znaleźć coś tańszego. Ale kiedy już wylądowałem na Brooklynie, doszedłem do wniosku, że bardzo mi się tu podoba, i im dłużej tu byłem, tym bardziej chciałem zostać. Brooklyn jest bardzo duży, mieszka tu około 2,7 mln ludzi. Tu także mamy do czynienia z etniczną i rasową mieszanką. Brooklyn przez lata był obiektem żartów całej Ameryki, a brooklyński akcent powodem do kpin, samo pojęcie Brooklynu wydawało się wszystkim żałosne. Ale w ciągu ostatnich 20, 25 lat Brooklyn powstał z popiołów i stał się jedną z najciekawszych i najcenniejszych części Nowego Jorku. Mieszkało tu wielu ważnych amerykańskich twórców, teraz wydaje się niemal wypełniony pisarzami, nie mówiąc o malarzach, muzykach i większości ludzi pracujących w reklamie. To bardzo ciekawe miejsce do życia.

Pewnie nie zdaje pan sobie z tego sprawy, że wielu Polaków, a na pewno kilku moich przyjaciół, postanowiło ruszyć do Nowego Jorku po przeczytaniu pańskich książek i obejrzeniu filmów „Dym”, „Lulu na moście” czy „Brooklyn Boogie”. Dlaczego zaczął pan kręcić filmy?
Wręcz fanatycznie interesowałem się kinem od dziecka. Kiedy byłem młody, poważnie myślałem o zostaniu reżyserem filmowym, nie pisarzem, ale byłem zbyt nieśmiały, nie mogłem wypowiadać się przed ludźmi, nawet otworzyć ust, jeśli w pokoju były więcej niż trzy osoby. Pomyślałem, że nie będę kręcił dobrych filmów, jeśli nie potrafię rozmawiać. I porzuciłem ten pomysł. Kiedy moje powieści ukazały się na świecie, filmowcy zaczęli do mnie wydzwaniać z propozycjami nakręcenia filmu na podstawie mojej książki czy też współpracy w ramach różnych projektów. W końcu skontaktował się ze mną Wayne Wang i zdecydowałem się na współpracę z nim. Byłem już po czterdziestce, a przecież nauczyć się czegoś nowego w tym wieku to rzadkie. Razem stworzyliśmy „Dym” i „Brooklyn Boogie”. Wang podarował mi coś jeszcze – świadomość, że to kolejny sposób opowiadania historii. Od tamtej pory samodzielnie zrealizowałem dwa filmy, była to ciężka praca, ale dawała mi ogromną radość. Nie wiem, czy ma pan świadomość, jak trudno jest zrealizować film, ale to nadzwyczajne!

Był pan wiceprezesem amerykańskiego Pen Clubu, nadal jest pan w to zaangażowany. Zwłaszcza jeśli chodzi o pomoc zagranicznym pisarzom, którzy są represjonowani, więzieni czy zakazani przez autorytarne rządy. Jak postrzega pan swoją rolę w tych przypadkach?
My stukamy do drzwi. Stukamy i stukamy, starając się zrobić przy tym jak najwięcej hałasu. Czasami trwa to latami i nie przynosi rezultatu, innym razem osiągamy sukces i udaje nam się wydostać tych ludzi zza krat. Wydaje mi się, że istnieje pewna prawidłowość – im gorszy rząd, tym bardziej obawia się tego, co mają do powiedzenia pisarze. Mówiąc o najbardziej represyjnych reżimach, mówisz o miejscach, gdzie pisarze cierpią i będą cierpieć. Tutaj w Ameryce i w większości krajów zachodnich jesteśmy bardzo leniwi – możesz mówić, co ci się żywnie podoba i nikt nie przykłada do tego większej wagi. Ludzie w Stanach w ogóle nie słuchają tego, co pisarze mają do powiedzenia.

Skoro twierdzi pan, że ludzie nie słuchają pisarzy, to jaka jest wasza pozycja we współczesnej Ameryce?
Nie mamy żadnego politycznego czy społecznego znaczenia. Nie odgrywamy takiej roli, jak pisarze w krajach zachodnich czy w krajach Ameryki Południowej. Nikt nie pyta nas o opinię w kwestii ostatnich wyborów. Nie jesteśmy tymi, których ludzie chcieliby słuchać. We Francji czy w Niemczech owszem, ale nie w Stanach Zjednoczonych. Z drugiej strony to dobrze, bo daje nam to pełnię artystycznej wolności, możemy robić, co chcemy, gdyż ludzie nie zwracają na nas uwagi. Dzięki temu amerykańska literatura jest żywotna, mamy wielu świetnych pisarzy, interesujących poetów. I nawet jeśli świat nie słucha nas teraz, może posłucha nas wkrótce. Kto wie?

Autor jest dziennikarzem Programu III Polskiego Radia.

Paul Auster (ur. w 1947 r.), jeden z największych i najpopularniejszych pisarzy amerykańskich. Napisał m.in. „Trylogię nowojorską”, „Szaleństwa Brooklynu”, „Niewidzialnego” i „Człowieka w ciemności”. Jest również autorem znanych także w Polsce filmów: „Dymu”, „Brooklyn Boogie” (obydwa nakręcone wspólnie z Wayne’em Wangiem), „Lulu na moście”. Mieszka na Brooklynie w Nowym Jorku.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną