Kultura

Azjatycka nowa fala

Największy festiwal filmów azjatyckich

Siedziba Busan Film Festival Siedziba Busan Film Festival BIFF / materiały prasowe
Busan to największy południowokoreański port, w którym odbywa się największy na świecie przegląd azjatyckiego kina. Wschodnia religijność, zachodnia architektura, koreański rap, orientalne filmy – wszystko się tu łączy i miesza ze sobą.
„Pieta”, reż. Kim Ki Duk, bezlitosna wiwisekcja ekstremalnej nędzy, upodlenia i degradacji relacji międzyludzkich w systemie kapitalistycznym.BIFF/materiały prasowe „Pieta”, reż. Kim Ki Duk, bezlitosna wiwisekcja ekstremalnej nędzy, upodlenia i degradacji relacji międzyludzkich w systemie kapitalistycznym.
„The Gardener”, inscenizowany dokument irańskiego dysydenta Mohsena Makhmalbafa, poświęcony prześladowanym w Iranie bahaistom.BEW „The Gardener”, inscenizowany dokument irańskiego dysydenta Mohsena Makhmalbafa, poświęcony prześladowanym w Iranie bahaistom.

Zaprojektowany przez Austriaka Coopa Himmelblaua, wybudowany za 150 mln dol., potężny stalowy obiekt w kształcie meduzy, w którym od niedawna mieści się siedziba Busan Film Festival, przypomina rozbite modernistyczne konstrukcje Franka Gehry’ego. Wrażenie robi potęga ujarzmionej przestrzeni, dobrze osadzonej w dalekowschodniej tradycji, i wizjonerstwo. Mówi to sporo o ambicjach organizatorów starających się dorównać stylem i rozmachem największym imprezom miksującym globalną kulturę.

Dzięki hojnemu wsparciu ze strony koreańskich koncernów i ogromnym dotacjom rządu, który uznaje kino za strategiczną gałąź przemysłu, w ciągu zaledwie paru lat impreza wyrosła na lidera na azjatyckim rynku. Z punktu widzenia Europejczyków zaspokaja ona potrzebę współpracy między Wschodem i Zachodem, do czego np. równie atrakcyjne i porównywalne Toronto nie przykłada aż tak wielkiej wagi. Dla Koreańczyków, którzy nie mają zwyczaju oglądania czegokolwiek poza rodzimą twórczością i hollywoodzkimi hitami, festiwal odgrywa rolę edukacyjną. Pozwala zapoznać się z tym, co inspiruje innych, a co przeszkadza w ekspansji ich własnych treści kulturalnych. Z drugiej strony, pod pretekstem tworzenia pola wymiany doświadczeń na osi Tokio–Seul–Pekin, impreza jest prężnie i skutecznie działającą machiną promocyjną ich bardzo zróżnicowanej oferty multimedialnej.

Kwintesencja idola

W usytuowanym w luksusowej dzielnicy Nampo-dong nowoczesnym, 10-kondygnacyjnym Centrum Festiwalowym, wyposażonym m.in. w cztery ogromne sale projekcyjne, amfiteatr na tysiąc miejsc, przestronne sale wystawowe, 10 sklepów, filmotekę z montażownią i wygodne restauracje, do których prowadzą kilometry ruchomych schodów, odbywają się równocześnie dziesiątki imprez. Targi filmowe, seminaria, panele dyskusyjne, w tym roku poświęcone m.in. digitalizacji zasobów archiwalnych, koprodukcjom i adaptacjom literackim. Wieczorami pomagają się zrelaksować występy uwielbianych boysbandów lub koreańskich idoli show-biznesu. Artyści nie tylko potrafią tańczyć i śpiewać w czterech językach (w tym obowiązkowo po japońsku i kantońsku), ale też grać w serialach oraz być top modelami. Koreańskie gwiazdy są kwintesencją azjatyckiej urody i to również eksportują.

Twarzą tego medialno-językowego fusion jest obecnie 34-letni Park Jae-Sang – oklaskiwany w Busan, a internautom znany jako raper Psy. Wykształcony na kalifornijskich uczelniach, krytykujący nowobogacki styl seulskich czeboli, autor najczęściej klikanego teledysku na YouTube „Gangnam Style” (prawie pół miliarda wejść, więcej, niż odnotowują przeboje Madonny i Lady Gagi), stał się sprawcą największej muzycznej sensacji w tym sezonie. Mimo że śpiewa głównie po koreańsku, już zainteresowały się nim wielkie amerykańskie wytwórnie, z którymi podpisał długoterminowy kontrakt. Znawcy twierdzą, że chodzi tu o wyjątkowo udaną mieszankę autoironii i parodii środowiska, z którego się wywodzi, co jednak nie tłumaczy istoty sprawy.

Rytmiczna, wpadająca w ucho piosenka – podobnie jak słynna „Makarena” – jest kiczowatym pastiszem, doprowadzoną do absurdu parodią muzyki disco, idealnie wyrażoną zestawem obowiązkowych tanecznych gestów powtarzanych za wykonawcą: ręce mają naśladować rzut lassem, nogi ugięte w kolanach jazdę na niewidocznym rumaku. Obrazek galopującej na niby wielotysięcznej widowni, wymachującej zamiast lassem fluorescencyjnymi światełkami, może wywoływać uśmiech zażenowania, ale nie w Korei, gdzie młodzieńcza kultura teen-pop decyduje o tym, co konsumuje ogół społeczeństwa.

Sam Psy nie wygląda zupełnie na gwiazdę, pulchny, spocony, w charakterystycznej białej koszuli bez rękawów, nie pasuje do wyidealizowanych portretów medialnych celebrytów. Nie uważa się też za reprezentanta k-popu, czyli koreańskiej odmiany amerykańskiego popu, lecz dużo bardziej ambitnej, autorskiej wersji muzyki transazjatyckiej.

Nowa propaganda

Na drugim biegunie należałoby wymienić romantyczną komedię „Towarzyszka Kim uczy się latać” z bratniej Korei Północnej. Premiera zapowiadana w Busan jako wydarzenie budziła naiwne oczekiwanie, że nawet w pobliskim skansenie komunizmu coś teraz pęka na skutek transformacji i przyswajania światowych trendów. Film o młodej dziewczynie, która za zgodą rodziny opuszcza brygadę w kopalni, by zostać cyrkową akrobatką, „The Hollywood Reporter” porównał dowcipnie do premiery porno w 3D. Na ekranie wszyscy się uśmiechają, są szczęśliwi, dobrze odżywieni, ładnie ubrani, mieszkają w wygodnych, przestronnych apartamentach, życzliwie sobie pomagają, są tolerancyjni, liberalni i nie mają najmniejszych problemów z wykonaniem 120 proc. normy.

Współfinansowana przez Brytyjczyków i Belgów, pierwsza od niepamiętnych czasów międzynarodowa koprodukcja z Północą okazała się propagandówką nowej generacji, z wysportowaną, niezależną panią w roli głównej, idealnie odzwierciedlającą potrzebę zmian w totalitarnym systemie, w którym rzekomo wszystko kwitnie, swobody obywatelskie są daleko posunięte, a emancypacja taka sama jak na Zachodzie.

Statyczna, zamknięta kultura wydaje się niezdolna do rozumienia świata – mówi Jean-Marie Gustave Le Clézio, francuski prozaik, laureat Nagrody Nobla (2008 r.), stały bywalec festiwalu w Busan (w tym roku w roli jurora). Najlepszą jego zdaniem definicją kultury – nie tylko koreańskiej – jest i to, że nie potrafimy jej zdefiniować. – Kultura zawsze była związana z otwarciem, wędrówką, pozbywaniem się uprzedzeń. To otwarta przestrzeń jak Internet, w którym każdy może komunikować się z każdym.

Le Clézio sam jest na to żywym dowodem. Urodził się w katolickiej rodzinie w Nicei. Wychował na Mauritiusie, gdzie dominującym wyznaniem jest hinduizm. Jego ojciec służył w brytyjskiej armii. Jednym z trzech języków, którymi się posługuje, jest kreolski. Ale krytycy uznają go za najlepiej piszącego po francusku. Jego żona pochodzi z Sahary Zachodniej. Mieszka najczęściej w Meksyku. Wykłada m.in. w Korei. Pytany, co sądzi o słynnym powiedzeniu Rudyarda Kiplinga, że Wschód nigdy się z Zachodem nie spotka, tylko się uśmiecha. – Dostrzegam w tym jedynie świadectwo ignorancji wynikającej z zaczadzenia XIX-wieczną kolonialną ideologią.

Międzykulturowe surfowanie

Wśród tytułów pokazywanych w Busan trudno o lepszy przykład międzykulturowego surfowania ponad granicami niż „Pieta” – 18 film Kim Ki Duka, obecnie najgorętszy towar eksportowy koreańskiego kina z górnej półki (zwycięzca konkursu w Wenecji, mówi się, że ma duże szanse na Oscara). To nakręcona za rekordowo niską sumę 13 tys. dol. bezlitosna wiwisekcja nędzy, upodlenia i degradacji stosunków międzyludzkich w systemie kapitalistycznym, przeprowadzona jakby w przeciwnych porządkach etycznych: chrześcijańskim i buddyjskim. Zrealizowany cyfrową kamerą, brutalny film można oglądać niczym socjologiczny horror o wyzysku albo złożony, przewrotny moralitet o zbrodni i karze. Biedacy zapożyczają się u mafijnego lichwiarza na bardzo wysoki procent. Gwarancją zwrotu pożyczonych pieniędzy jest zawarcie przymusowego ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków. Większości dłużników nie stać na oddanie długu, więc egzekutor obcina im ręce, miażdży kości albo po prostu zabija.

Całą tę sieć gangsterskich uzależnień reżyser samouk, będący równocześnie operatorem, montażystą i producentem, poznał jako piętnastolatek, pracując w manufakturach Cheonggyecheon, robotniczej dzielnicy Seulu. Harował tam fizycznie od świtu do nocy przez siedem lat. Zapamiętane doświadczenie strachu, determinacji, smaku nędzy udało mu się doskonale przekazać w filmie. Najbardziej interesuje go jednak postawa diabelskiego 30-letniego egzekutora, sadysty i psychopaty, a właściwie duchowa przemiana bohatera pod wpływem spotkania ze starszą kobietą, podającą się za jego matkę, której nigdy nie znał.

Przełom następuje w scenie niedorzecznego sprawdzenia jej wiarygodności. Bohater obcina sobie palec i każe go zjeść, a potem ją gwałci, bo „skoro kiedyś z niej wyszedł, to może z powrotem w nią wejść”. Ekstremalne upokorzenie kobiety, jej rozpacz i ból, wywołują niespodziewaną reakcję, budzą w nim litość, uświadomią głód uczuć, nigdy w życiu niezaznanej czułości.

W szokujących fantazjach Kim Ki Duka, który jeszcze niedawno przeżywał załamanie psychiczne – ukazane we wspaniałym poetyckim dokumencie-spowiedzi „Arirang” – wszystko ma jednak drugą, mniej oczywistą stronę. Znaczenie ofiary i współodczuwania, dwóch kluczowych wartości chrześcijaństwa i buddyzmu, zostało przez niego podane w wątpliwość, wywrócone na opak. Trudno doprawdy wyznaczyć granicę między krzywdą, okrucieństwem i zemstą, pogodzić w jego filmie samobójstwo z pokutą, do czego w gruncie rzeczy zmusza. Nie ułatwia to rozumienia dzieła ocenionego przez rodaków reżysera za nazbyt realistyczne i europejskie. A przez Zachód jako mało przejrzystą egzotykę.

Zdaniem Kim Ki Duka, który studiował w Europie (skończył paryską Akademię Sztuk Pięknych) i zna doskonale twórczość egzystencjalistów, „Pieta” opisuje drastyczne zmiany moralności w kapitalizmie, ale podskórnym tematem dramatu jest droga do zbawienia, napięcie między wybaczeniem a zwątpieniem. Wyrażam jedynie prostą myśl – podsumowuje reżyser – Boże, okaż nam, grzesznikom, miłosierdzie.

Sceptycznie i intymnie

Jak w kilku słowach zdefiniować oryginalność koreańskiego kina? Może najprościej przez specyficzne poczucie humoru, wyrażające się świadomością fatalizmu losu, dystansem oraz nieosądzaniem innych. Historia Korei, nie tylko XX w., uczy znosić w pokorze cierpienie milionów ofiar. Niewiele o tym wiemy. Ciągle wypływają jakieś zamiatane pod dywan fakty. Parę lat temu na przykład dokumentaliści nagłośnili gorzką prawdę o tragicznych skutkach masowych gwałtów dokonywanych na Koreankach przez japońskich żołnierzy w trakcie okupacji (wiele z nich latami wegetowało w ukryciu z piętnem hańby, nie wytrzymywało presji, popełniało samobójstwa). Niedawno powstał film o masakrze 30 tys. mieszkańców wyspy Jeju w 1948 r. Nie mówiąc o temacie eksploatowanym zawsze, czyli okropieństwach bratobójczej wojny koreańskiej.

W tym roku ogromne emocje wzbudził dwugodzinny dramat więzienny „National Security” Chung Ji-younga, opisujący 22-dniowy pobyt w areszcie byłego ministra zdrowia Kim Geun-tae, oskarżonego w czasach wojskowej dyktatury gen. Parka Chung-hee o szpiegostwo na rzecz komunistycznego Phenianu. Jest to w zasadzie makabryczny spis tortur, jakim poddawano wszystkich działaczy prodemokratycznej opozycji. Bicie, głodzenie, polewanie wodą na przemian z posypywaniem ciała solą i zmuszaniem do połykania ostrych przypraw, elektrowstrząsy – wszystko ze szczegółami, bez chwili przerwy na oddech. Bolesny obraz, w oczywisty sposób kojarzący się z naszym „Przesłuchaniem”, ma pełnić funkcję politycznego memento przed zbliżającymi się w grudniu prezydenckimi wyborami, w których z ramienia partii rządzącej startuje córka byłego dyktatora.

Nie wiem, czy z filmów opisujących te wydarzenia można się czegoś nauczyć – odpowiada Le Clézio, pytany o swoją fascynację tym kinem (opublikował niedawno zbiór wywiadów z czołowymi koreańskimi reżyserami). – Mnie imponuje różnorodność, sposób ekspresji. Niektóre to całkiem komercyjne przedsięwzięcia w najlepszym tego słowa znaczeniu. Przypominają rozrywkę hollywoodzką, lecz z odrobiną gorzkiego, koreańskiego sceptycyzmu, co bardzo lubię. Z drugiej strony, zaskakują intymnym spojrzeniem na życie wewnętrzne człowieka, jak w pięknym dramacie „El Condor Pasa” Jeon Soo-ila o katolickim księdzu, zadręczającym się poczuciem winy z powodu porzucenia celibatu i niezawinionej śmierci dziewczynki, którą się opiekował. Podoba mi się witalność i młodzieńczość koreańskiego społeczeństwa, które po II wojnie światowej przeżyło piekło, a mimo to zachowało optymizm i wiarę. Inne, równie ciężko doświadczone kraje, nie przezwyciężyły traumy, nie pokonały depresji. W kinie to bardzo widać.

Prawda kina

Największym odkryciem festiwalu był jednak inscenizowany dokument irańskiego dysydenta Mohsena Makhmalbafa „The Gardener”. Już sam fakt, że powstał w Izraelu, zwraca na niego uwagę, ale to nie jedyna sensacja. Film jest poświęcony prześladowanym w Iranie bahaistom, czyli wyznawcom najmłodszej monoteistycznej religii na Ziemi, stworzonej w Persji ok. 170 lat temu przez Baha’u’llaha, głoszącej duchową jedność całej ludzkości.

Film ma formę dialogu prowadzonego przez reżysera agnostyka z synem, też filmowcem, ateistą, na terenie ogrodu obok głównej kwatery bahaizmu w Hajfie. Spierają się o znaczenie i rolę religii na świecie, porównują fanatyzm ajatollahów, Żydów, chrześcijan, rozważają sens nauki Buddy, Jezusa, Mahometa i kina jako medium służącego do przekazywania prawdy.

Słuchamy spokojnej, fascynującej rozmowy, będącej najlepszą ilustracją tego, co rozumiemy pod pojęciem wielokulturowości i tolerancji. Jak by to brzmiało w „Gangnam Style”?

Janusz Wróblewski z Busan

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną