Kultura

Kariera kontrolowana

Rozmowa z Zhangiem Yimou, jednym z najwybitniejszych reżyserów światowego kina

Zhang Yimou – jeden z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych reżyserów światowego kina. Zhang Yimou – jeden z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych reżyserów światowego kina. Ruth Fremson/The New York Times / EAST NEWS
Rozmowa z chińskim reżyserem Zhangiem Yimou, autorem „Kwiatów wojny”, o tym, jak stał się filmowcem, opłacając to własną krwią.
Kadr z „Kwiatów wojny”: Christian Bale, jako przypadkowy świadek masakry w Nankinie.Monolith/materiały prasowe Kadr z „Kwiatów wojny”: Christian Bale, jako przypadkowy świadek masakry w Nankinie.
Christian Bale w „Kwiatach wojny”, w przebraniu katolickiego księdza.Monolith/materiały prasowe Christian Bale w „Kwiatach wojny”, w przebraniu katolickiego księdza.

Janusz Wróblewski: – Masakrze w Nankinie z 1937 r., w wyniku której życie straciło około 300 tys. mieszkańców ówczesnej stolicy Chin, poświęcono wiele książek, filmów i programów telewizyjnych. Co pana skłoniło do zajęcia się tym tematem?
Zhang Yimou: – Poznając świadectwa rzezi dokonanej przez Japończyków, nie mogłem otrząsnąć się z potwornego przygnębienia. Wszystkie wyglądały podobnie, co stanowiło dla mnie wyzwanie: czy potrafię spojrzeć na tragedię inaczej?

Opowiedział pan o bestialskiej zbrodni poprzez doświadczenia obcokrajowca udającego katolickiego księdza.
To właśnie było najtrudniejsze: przemiana pijaka, bandziora, w dodatku cudzoziemca, który naraża się, aby ratować niewinnych ludzi, chińskie kobiety. Żaden z moich kolegów nie odważył się na taki punkt widzenia.

„Kwiaty wojny” zawierają wiele elementów kina gatunkowego, w pewnym sensie nawet rozrywkowego. Nie uważa pan, że współczesne filmy coraz częściej oduczają myślenia?
Żyjemy w czasach, które nie sprzyjają refleksji. Publiczność nie chce zgłębiać skomplikowanych problemów. Media podają informację w formie rozrywkowej. Różnica między sztuką a komercją właściwie przestała istnieć. Trudno też dzielić filmy w tych kategoriach. Młodzi ludzie, którzy najczęściej kupują bilety, nie chcą wychodzić z kina przygnębieni. Wszyscy odczuwamy potrzebę prostoty. Jako twórca muszę się do tego dostosować.

To brzmi jak kapitulacja.
Nie uważam się za filozofa. Nie oceniam kina wyłącznie pod kątem ideologii czy zawartych treści intelektualnych, jak czynią to krytycy w Chinach. Mówiąc o życiu i narodzie, niekoniecznie jest się wybitnym artystą. Powinniśmy nauczyć się postrzegać sztukę z wielu punktów widzenia, z różnych perspektyw i nie przekreślać racji, które się z naszymi nie zgadzają.

Wracając pamięcią do najważniejszych momentów swego życia, co pan teraz odczuwa?
Byłem świadkiem wielu zakrętów historii mojego kraju. Poczynając od rewolucji kulturalnej, którą mocno przeżyłem jako młody chłopak. Wciąż się zastanawiam, jak to było możliwe, że zostałem reżyserem. Nawet moja matka nie może tego zrozumieć. Mogłem wyrwać się z głuchej prowincji, dostałem swoją szansę.

Bohaterkami większości pana filmów są silne, wrażliwe kobiety. Czy na przykładzie ich zmagań można dowiedzieć się czegoś więcej na temat heroicznej postawy chińskiego społeczeństwa?
Ogromny szacunek, jakim darzę kobiety, zawdzięczam matce. To ona ratowała naszą rodzinę przed głodem i prześladowaniami. W ramach resocjalizacji zostaliśmy zesłani na wieś, do prowincji Shaanxi. Zarabianie pieniędzy, utrzymanie domu, wszystko spoczywało na jej barkach. Jako lekarz dermatolog matka przeżywała gehennę. Przetrwaliśmy ten trudny czas tylko dzięki jej odwadze i determinacji. W chińskim, feudalnym społeczeństwie kobiety były i nadal są poddawane o wiele większej presji niż mężczyźni. Dlatego często o nich opowiadam.

Mówiąc „złe pochodzenie” ma pan na myśli przeszłość swego ojca?
Tak. Po zwycięstwie nad Japonią w 1945 r. mój ojciec pozostał oficerem armii Czang Kaj-szeka. Razem ze starszym bratem walczyli po stronie Kuomintangu przeciwko komunistom. Po przegranej z Mao Zedongiem wujowi udało się zbiec na Tajwan. Ojciec nie zdążył. Musiał zostać w Chinach. Oskarżono go o szpiegostwo, stale był śledzony, nie mógł znaleźć pracy. Moje życie również wydawało się stracone. Nie pozwalano mi chodzić do szkoły, bawić się z rówieśnikami, mogłem tylko pracować fizycznie. Na szczęście tego systemu już nie ma. Chiny się zmieniają, są za to inne trudności. Jako artysta odczuwam zupełnie inny rodzaj ograniczeń, na przykład ciśnienie komercji, presję ze strony Hollywood.

Jak długo musiał pan w czasie rewolucji kulturalnej pracować fizycznie?
Dziesięć lat. Od 1966 do 1976 r. Przez trzy lata karmiłem bydło, kopałem rowy, orałem pole. Resztę przepracowałem w fabryce włókienniczej nr 8 w Xianyang. Dzieci ze „złych” politycznie rodzin dzielono na pięć czarnych kategorii. Każdą grupę nazywano inaczej, żeby podkreślić nasze niskie urodzenie. Byliśmy dyskryminowani na każdym kroku. Jeśli chciało się coś zmienić, jedynym sposobem było pisanie podań do administracji, np. z prośbą o przeniesienie do innej przędzalni. Wszystko zależało od zgody urzędników, którzy doskonale wiedzieli, do jakiej kto kasty należy i jakie przysługują mu prawa. Tylko nauka dawała szansę poprawienia położenia.

Panu się udało. Dostał się pan na studia.
To był cud. Marzyłem, oczywiście, o byciu dziennikarzem, a najbardziej chciałem zostać fotografem. Wcześnie nauczyłem się robić zdjęcia. Chciałem się kształcić. Po śmierci Mao otworzyły się takie możliwości. Niestety, nie mieściłem się już w limicie wiekowym. Byłem za stary na studenta. Kiedy ponownie otwarto szkołę filmową w Pekinie, miałem 27 lat. Przyjmowano o pięć lat młodszych. Z rozpaczy napisałem pismo do ministra kultury, któremu podlegało szkolnictwo wyższe, z prośbą o uczynienie wyjątku dla mnie. Nie wierzyłem, że ktokolwiek nawet mój list przeczyta i obejrzy dołączone zdjęcia. Jednak minister wyraził zgodę.

Został pan przyjęty na wydział operatorski.
To był najwspanialszy moment mojego życia. Punkt zwrotny. Mogę powiedzieć, że w 1979 r. narodziłem się po raz drugi.

Podobno żeby kupić aparat fotograficzny, też musiał się pan mocno nagimnastykować.
Aparat kosztował majątek, 188 juanów. Ja, po odliczeniu wszystkich kosztów utrzymania, byłem w stanie zaoszczędzić 5 juanów miesięcznie. Uzbieranie całej sumy zajęłoby mi około trzech lat. Strasznie długo. Wpadłem wtedy na pomysł, by regularnie zacząć oddawać krew za pieniądze. W ten sposób już w listopadzie 1974 r. mogłem spełnić swoje marzenie. Możliwość robienia zdjęć okupiłem więc dosłownie własną krwią.

Gdyby minister nie odpisał, miał pan pomysł, jak zaplanować swoje życie?
Zastanawiałem się nad wychowaniem fizycznym, chodził mi po głowie wydział rolnictwa. O kinie nic wtedy jeszcze nie wiedziałem. Najbardziej zależało mi na kontakcie z rówieśnikami. Koledzy z roku mieli po 18 lat. Ja 10 lat więcej. Nie potrafiliśmy się dogadać. Łatwiej porozumiewało mi się z o kilka lat starszymi reżyserami, chociaż nie miałem pojęcia, co właściwie studiują. Któregoś dnia poprosiłem jednego z nich, żeby mi zrobił listę książek na temat reżyserii, które powinienem poznać. Dostałem spis 40 albo 50 tytułów. Wszystkie przeczytałem i po ukończeniu wydziału operatorskiego bez problemu się przekwalifikowałem.

Zaczynał pan od skromnych realistycznych historii, takich jak „Czerwone sorgo” czy „Ju Dou”. Od pewnego czasu ciągnie pana w stronę epickich widowisk i superprodukcji. To kwestia doświadczenia?
Nie tylko. Widać w tym również ewolucję chińskiej kinematografii, która 30 lat temu startowała praktycznie od zera. Przemysł filmowy jeszcze nie istniał. Produkcję dopiero rozkręcano. Dziś jesteśmy drugim rynkiem na świecie pod względem liczby sprzedawanych biletów i generowanych zysków. Statystyki podają, że codziennie przybywa w naszym kraju pięć nowych ekranów. Chińscy reżyserzy muszą się dostosować do tych zmian i na nie reagować. Nie możemy wciąż kręcić kameralnych historii, które zainteresują jedynie garstkę widzów. Muszą równolegle powstawać duże, realizowane z rozmachem, atrakcyjne obrazy dla mas. Jeśli my ich nie będziemy kręcić, lukę wypełnią Amerykanie.

Co nie znaczy, że od tej chwili jestem skazany na reżyserowanie samych historycznych epopei w rodzaju „Kwiatów wojny” czy „Hero”. Nowy, przygotowywany przeze mnie projekt będzie powrotem do korzeni. Niskobudżetową, intymną opowieścią o uniwersyteckim wykładowcy, który po przyjeździe ze Stanów Zjednoczonych, dokąd uciekł przed zaaranżowanym małżeństwem, zostaje zesłany do obozu pracy i tam w czasie rewolucji kulturalnej uświadamia sobie, jak bardzo kocha jednak swoją żonę. Scenariusz – na podstawie swojej najnowszej powieści – napisała Yan Geling, autorka „Kwiatów wojny”.

Zachodni krytycy uważają, że o ile najpierw realizował pan filmy przeciwko komunistycznemu reżimowi, o tyle po otrzymaniu zakazu wykonywania przez pięć lat zawodu złagodniał pan i stał się ulubieńcem władz.
Ja nic takiego nie zaobserwowałem. Nie zmieniłem poglądów. Wciąż mam krytyczny stosunek do przeszłości. Nie zapisałem się do partii. Ponieważ jestem sławny, władze podchodzą nawet z dużo większą dozą nieufności do tego, co robię. Proszę pamiętać, że w Chinach nie zlikwidowano jeszcze cenzury. Wszyscy artyści jej podlegają. Poruszamy się w sztucznie narzuconych ramach, podlegamy kontroli, ale robimy filmy takie, o jakich marzymy. Kilkanaście lat temu cenzura była znacznie ostrzejsza niż teraz. W trakcie zdjęć nie wolno było zmienić ani jednego słowa zatwierdzonego uprzednio w scenariuszu. Mogę dziś np. swobodnie z panem rozmawiać o moim ojcu. Oczywiście, są tematy tabu, których oficjalnie poruszać nie wolno. Żaden reżyser nie potwierdzi, że czuje się z tym komfortowo.

Wierzy pan, że chińscy filmowcy wygrają wojnę z Hollywood?
Raczej nie mamy szans na podbicie rynków zachodnich naszymi produkcjami. Choćby ze względu na język. Jednak w Chinach przewaga krajowych propozycji będzie się utrzymywała.

A powierzenie w „Kwiatach wojny” głównej roli hollywoodzkiemu gwiazdorowi Christianowi Bale to nie ukłon w stronę zachodniej publiczności?
Przecież ta historia tak została napisana. Chcąc dochować jej wierności, nie mogłem zignorować faktu, że najważniejszą postacią jest w niej obcokrajowiec, Amerykanin, który przypadkowo stał się świadkiem masakry w Nankinie. Można się zastanawiać, czy Christian Bale pasował do tej roli. Producenci naciskali, by była to gwiazda wielkiego formatu, nie chcieli jednak wyłożyć odpowiednio dużych pieniędzy. Bale zgodził się zrezygnować z części honorarium. Miał mnóstwo pomysłów, co wszystkich dziwiło. Azjatyccy aktorzy na ogół niczego nie proponują. Mechanicznie powtarzają ustawione sytuacje. Nie z braku kreatywności, tylko z szacunku dla wizji reżysera, której nie chcą popsuć.

Co pan czuł, kiedy dowiedział się, że pański przyjaciel Mo Yan otrzymał literacką Nagrodę Nobla?
Mało kto się tego spodziewał. Naturalnie ucieszyłem się, wysłałem mu esemesa z gratulacjami. Znamy się przeszło ćwierć wieku, od mojego debiutu, adaptacji jego powieści „Czerwone sorgo”. Na wieść o nagrodzie chińskie media odnalazły nasze fotografie z dawnych lat. W wiejskich strojach stoimy na środku pola i się obejmujemy. Śmialiśmy się z tego.

Skomplikowana, magiczno-groteskowa proza Mo Yana porównywana jest z twórczością Marqueza i uchodzi również za niefilmową. Pan wielokrotnie ją ekranizował, mocno upraszczając. Pisarz nigdy nie miał o to pretensji?
Nie. Nawet przy „Szczęściu na raty” dał mi wolną rękę i nigdy nie protestował przeciwko skrótom. Wychodził z założenia, że kino i literatura są oddzielnymi dyscyplinami i lepiej, żeby każdy zajął się tym, co potrafi najlepiej. Pracując nad ekranizacjami jego powieści zawsze je upraszczałem, taka jest natura kina. Najbardziej podobają mi się filmy, w których sensy wpisane są bezpośrednio w charaktery postaci i nie przesłaniają fabuły.

Jednocześnie przywiązuje pan wielką wagę do formy, zwłaszcza do koloru: czerwonego.
Tak, symbolika barw jest czymś, co chińska publiczność rozumie najlepiej. Komunistyczna propaganda zrobiła wszystko, by czerwień kojarzyła się w jednoznaczny sposób z rewolucją. Ale przez pięć tysięcy lat w Chinach ten kolor znaczył jednak o wiele więcej. Ludzką pasję, słońce, ogień, gniew, przelaną krew. A dla większości ludzi, niezależnie w jakiej kulturze zostali wychowani – intensywność przeżywania, wielkie emocje. Przywracając purpurze bogatą, tradycyjną symbolikę, przeciwstawiałem się wizualnemu ubóstwu i schematyzmowi epoki maoizmu.

Właściwie co roku reżyseruje pan nowy film. Skąd ten pośpiech?
Kocham kino i nie chcę tracić czasu na nic innego. Nie dlatego, że rozpiera mnie ambicja albo że muszę zarobić na nowy dom. Spłacam w ten sposób dług losowi. Wciąż też mam wrażenie, że nie nadrobiłem jeszcze tych 10 lat opóźnienia.

rozmawiał Janusz Wróblewski

 

Zhang Yimou (rocznik 1951) – jeden z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych reżyserów światowego kina. Trzykrotnie nominowany do Oscara, dwukrotnie wygrywał festiwal w Wenecji. Debiutował w 1988 r. „Czerwonym sorgo”, nagrodzonym na festiwalu w Berlinie. Kolejne realizowane przez niego filmy, mimo rewelacyjnych ocen i międzynarodowych nagród, były zatrzymywane w Chinach przez cenzurę, m.in. słynne „Zawieście czerwone latarnie” (Srebrny Lew w Wenecji) i „Żyć!” (Grand Prix Jury w Cannes – do tej pory na indeksie). Jest autorem 18 pełnometrażowych fabuł, m.in. „Historii Qiu Ju”, „Drogi do domu”, „Hero”, „Domu latających sztyletów”, „Cesarzowej”. W 2008 r. reżyserował widowisko otwarcia i zamknięcia igrzysk olimpijskich w Pekinie. „Kwiaty wojny” kosztowały 94 mln dol. i są jak dotąd największą superprodukcją chińskiej kinematografii w dziejach. Rozmowa odbyła się na międzynarodowym festiwalu w Marrakeszu, gdzie reżyser otrzymał nagrodę za całokształt twórczości.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną