Remigiusz Mróz o swojej literackiej drodze

Polski horror religijny
Rozmowa z pisarzem Remigiuszem Mrozem, którego książkami zaczytują się nieczytający na ogół Polacy.
Remigiusz Mróz
Sławomir Mielnik

Remigiusz Mróz

Remigiusz Mróz na Festiwalu Książki w Opolu, 2016 r.
Dagmara476/Wikipedia

Remigiusz Mróz na Festiwalu Książki w Opolu, 2016 r.

„Kiedy kończyłem doktorat, musiałem zdecydować, czy zostaję w Warszawie i rozpoczynam ścieżkę zawodową w korporacji lub na uczelni, czy przeprowadzam eksperyment. Postawiłem na drugą opcję i wróciłem do Opola”.
krysi@/Wikipedia

„Kiedy kończyłem doktorat, musiałem zdecydować, czy zostaję w Warszawie i rozpoczynam ścieżkę zawodową w korporacji lub na uczelni, czy przeprowadzam eksperyment. Postawiłem na drugą opcję i wróciłem do Opola”.

Justyna Sobolewska: – Cykl kryminałów z Joanną Chyłką sprzedał się już w ponad pół milionie egzemplarzy, a to tylko jedna z pańskich serii. Mamy dopiero lipiec, a już wyszła pańska piąta książka w tym roku: „Czarna Madonna” – pierwszy horror w pana dorobku. Czy pan się z kimś ściga?
Remigiusz Mróz: – Z nikim! I na szczęście z niczym, bo wydawca nie daje mi deadline’ów – wie, że mam 20 książek upchniętych w szufladach, więc jest spokojny. A poza tym wierzy mi, kiedy mówię, że spędzam mniej więcej osiem godzin dziennie na pisaniu. I rzeczywiście tak jest, dlatego często kończąc pisać książkę, czuję się w danym gatunku wyeksploatowany.

Stąd teraz nowy gatunek, horror, żeby się nie nudzić?
Chciałem trochę uciec od poletka, na którym czuję się najlepiej, czyli tego kryminalno-politycznego. A ze względu na to, że grozę budzą we mnie właśnie wątki religijne, zamierzałem sprawdzić, czy sam jestem się w stanie przestraszyć. Po skończeniu pracy nad książką i kilku nieprzespanych nocach powiedziałem redaktorce: nigdy więcej, więc chyba się udało.

A dlaczego to Polska ma w pańskim horrorze wyjątkową rolę do odegrania w globalnej rozgrywce dobra ze złem? Nie za dużo ostatnio o naszej wyjątkowości się mówi?
Właściwie wskazówka jest już w samym tytule. „Czarna Madonna” oznacza bowiem relikwie, które znajdują się na Jasnej Górze i stanowią istotny element fabuły. A że przy okazji jest to sacrum dla wielu Polaków, to kiedy tylko ujawniliśmy okładkę, trochę nam się oberwało. Niektórzy twierdzili, że nie powinno się w ten sposób wykorzystywać symboli religijnych. Ale jak inaczej zaprojektować okładkę horroru religijnego?

Pisze pan thrillery polityczne, w „Immunitecie” przewidział pan paraliż Trybunału Konstytucyjnego. Nie boi się pan, że rzeczywistość wyprzedzi fikcję?
Rzeczywiście było tak, że w książce prokuratura wystąpiła o uchylenie immunitetu sędziemu. Podczas redakcji nieraz zastanawiałem się, na ile to będzie wiarygodne. Przecież coś takiego właściwie było nie do pomyślenia w realnym świecie. Miałem w głowie słowa mojego pierwszego redaktora, który mawiał, że rzeczy nieprawdopodobne wprawdzie mogą się zdarzać w życiu, ale nie w książce. Zanim na dobre zacząłem się zastanawiać, jak z tego wybrnąć, rozpoczęły się pierwsze ataki na prezesa Trybunału Konstytucyjnego. I wiedziałem, że nie muszę dłużej się nad tym głowić. Ale korelowanie rzeczywistości i fikcji było szczególnie ciekawe przy pisaniu „Wotum nieufności”, pierwszego tomu cyklu „W kręgach władzy”. W powieści nakreśliłem moją wymarzoną scenę polityczną – system dwublokowy, trochę jak w Niemczech, gdzie właściwie każdy może programowo dogadać się z każdym i nie ma jednego hegemona. Starałem się przy tym uciec od najnowszej polskiej historii, by dzisiejsze polityczne animozje nie przenikały do książki, czytelnicy jednak i tak odnajdują ich odzwierciedlenie.

Mam nadzieję, że ostatecznie będzie tak jak w przypadku powieści Henninga Mankella – można by pomyśleć, że pierwszy tom serii z Wallanderem, w którym Szwed pisał o uchodźcach, wyszedł raptem wczoraj, podczas gdy tak naprawdę ukazał się na początku lat 90. Kiedy zaczynałem pisać „Wotum nieufności”, lewica globalnie odnotowywała tendencje spadkowe, więc i u mnie zmagała się z odejściem elektoratu do centrum. W drugiej części zaczyna się to zmieniać, a w trzeciej dochodzi do swoistego renesansu.

Do tego czasu może się tyle zmienić, może nawet nie być demokracji.
To prawda! W moim cyklu istnieje BOR, tymczasem w realnym świecie niebawem zastąpi go PSO – będę musiał pogłowić się nad tym, jak z tego wybrnąć. Ciekawie się pisze, kiedy tyle się dzieje w otoczeniu. W dodatku od czasu do czasu muszę ustami bohaterów wygłaszać płomienne mowy, które są mi ideologicznie obce. Dla niektórych czytelników stanowi to niejaką wartość dodaną – starają się wybadać, jakie są moje preferencje.

Nie kusi pana, żeby nie ukrywać swojego stanowiska?
Z jednej strony kusi, bo nieraz chciałoby się coś skomentować, z drugiej – czuję się komfortowo, zachowując swoje poglądy dla siebie. W książkach zresztą i tak się przebijają. Może nie w tej politycznej, ale w serii z Joanną Chyłką czy komisarzem Forstem z pewnością. Te powieści są swoistym komentarzem do tego, co się dzieje: w „Rewizji” Chyłka broniła Roma, w „Immunitecie” mierzyła się ze sprawą niezawisłości sędziów i ochroną praw zwierząt. W „Inwigilacji” wchodzę w tematykę służb i tego, jak daleko mogą ingerować w życie obywateli. W tym ostatnim wypadku pofolgowałem sobie trochę w komentowaniu i bałem się, czy to nie przyćmi fabuły. Ale, o dziwo, nikt nie zgłaszał pretensji. Ostatnio ktoś nawet podziękował mi za to, że dowiedział się czegoś na temat ustawy o konfiskacie rozszerzonej.

Ma pan doktorat z prawa konstytucyjnego, nie chciał pan pozostać w zawodzie?
Miewałem różne plany, jak każdy. W posłowiu do „Wotum nieufności” piszę, że przez pewien czas chciałem zostać politykiem – i moi rodzice byli tym dość przerażeni. Tak naprawdę jednak grozę poczuli dopiero, kiedy oznajmiłem, że planuję zostać pisarzem. Na szczęście okazało się to najlepszą decyzją, jaką w życiu podjąłem.

Największa różnica między pana bohaterami a prawdziwymi politykami jest taka, że w tym kraju politycy nie myślą o tym, co zostawią po sobie.
I jest to być może największy błąd popełniany przez polityków – tworzenie precedensów. W moich książkach rzeczywiście wybiegają myślami w przyszłość, obawiają się pójścia za daleko, by potem ktoś nie powiedział: skoro poprzednia władza mogła, to my też. Ale tak naprawdę żaden z nich nie wie, co przyniesie powieściowa przyszłość… Ja też nie, bo staram się jej nigdy nie planować.

Jak to? A drabinki, konspekty? Nie wie pan, kto zabił?
Plan, jak pisał Stephen King, jest ostatnią deską ratunku dobrego pisarza i podstawowym narzędziem pracy nudziarza. Staram się wiedzieć jak najmniej o książce, nad którą pracuję. Czasem w trakcie dowiaduję się, kto zabił, czasem wiem, jak się skończy, a czasem tylko wydaje mi się, że wiem – i to jest ten najlepszy scenariusz. Gdybym rozpisywał sobie wszystko, tworzył drabinki i konspekty, po kilku godzinach pisania dziennie miałbym dosyć. A tak czerpię z tego niesamowitą przyjemność. I znów muszę przywołać słowa Kinga, który stwierdził kiedyś, że nawet najgorsza chwila przy pisaniu i tak była jedną z najlepiej spędzonych w życiu. Dodawał, że nawet jeśli przestanie wydawać, i tak wciąż będzie pisał, bo to jest najlepszy sposób spędzania wolnego czasu, jaki zna.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną