Gra frajera, czyli co filmy mówią o graczach
Na ekrany kin wchodzi „Player One”, widowiskowy film Stevena Spielberga oparty na bestsellerowej powieści science fiction Ernesta Cline’a. Wyjątkowo archaiczny jak na wizję przyszłości, i to nie z powodu epatowania nostalgią za latami 80. Kino starej przygody.
Kadr z filmu „Player One”
mat. pr.

Kadr z filmu „Player One”

„Tam wszystko jest możliwe. Jedynym ograniczeniem jest Twoja wyobraźnia”. Takim hasłem reklamowany jest film Spielberga, a dokładniej – fantastyczna, wirtualna kraina zwana Oasis, do której przed brakiem perspektyw uciekają ludzie w 2050 roku. Oczywiście nie wszystko jest tam możliwe, a głównym ograniczeniem okazują się korporacyjne zależności, prawa autorskie i opłaty licencyjne.

Gra w nostalgię

Film to po prostu nie książka, w której można sobie napisać, co się tylko chce. I z tej możliwości urodzony w 1972 roku Amerykanin Ernest Cline korzystał aż za bardzo – „Ready Player One” (bo taki tytuł powieść i film noszą w oryginale, jest to nawiązanie do komunikatu ze starych gier wideo) to długa lista popkulturowych obsesji i miłostek autora, dla którego czas zatrzymał się w latach 80., kiedy był nastolatkiem. Cała konstrukcja świata przedstawionego ma dać pretekst, żeby bombardować czytelników nieskończoną litanią tytułów filmów, książek fantastycznych, seriali, kreskówek, gier i piosenek.

Rzecz dzieje się w przyszłości, w której kryzys paliwowy doprowadza Amerykę na skraj zapaści, wielkie miasta, w których można jeszcze dostać pracę, otoczone zostają przez osiedla przybyszów z prowincji; by mieszkać jak najbliżej metropolii i oszczędzić na transporcie, buduje się wieże ze starych przyczep campingowych. Jedyna droga ucieczki od nędzy rzeczywistości wiedzie do Oasis, gdzie poza rozrywką można znaleźć także pracę czy nawet skończyć szkołę. Wobec abdykacji realnego świata jego obowiązki przejął świat wirtualny. Kto rządzi Oasis, rządzi wszystkim. I tu zaczyna się zabawa, graczu pierwszy. Otóż po śmierci autora i właściciela Oasis, ekscentrycznego geniusza Jamesa Hallidaya (Steve Jobs spotyka Howarda Hughesa), okazuje się, że jego spadkobiercą zostanie ten, kto rozwiąże zagadki i odnajdzie tzw. easter egg, sekret ukryty przez programistę w świecie gry.

A wskazówki do odnalezienia trzech kluczy, które pozwolą zdobyć owo „wielkanocne jajo”, znajdują się właśnie w tych filmach, książkach, grach i piosenkach z lat 80., które – co za przypadek – umiłował sobie zarówno ów geniusz, jak i autor „Ready Player One”. Oto więc pisarz nerd z kiepsko skrywanym kryzysem wieku średniego stworzył fantazję, w której całe przyszłe pokolenie żyje jego obsesjami. To wewnętrzna sprzeczność, na której oparta jest psychika geeków (nerdów, otaku, fanów, graczy) – pragnienie, żeby cały świat poznał się na ich hobby i zrozumiał, dlaczego jest takie fajne, oraz potrzeba utrzymania go z dala od profanów. Widać to u bohaterów Cline’a, epatujących swoją ekspercką wiedzą w temacie – najgorsze, co może spotkać prawdziwego geeka, to bycie rozpoznanym jako fejk.

Czytaj także: Kim jest geek?

Pustynia reala

Przez tę pretekstowość świata, zbudowanego z cyberpunkowych kliszy (wyjętych, a jakże, z lat 80.), książka gubi się w rozpoznaniach i diagnozach. Jest oczywiście zła korporacja, bo ktoś musi być tym złym, a w cyberpunku złe są korporacje – ale nie ma refleksji nad złem systemowym; jakby autor nie wiedział lub nie był zainteresowany tym, jak działa świat. Komicznie wypada to w filmie, gdzie Zły Prezes wyjęty wprost z jakiegoś filmu sprzed 35 lat jest skontrastowany z Dobrym Nerdem Hallidayem.

Tymczasem jesteśmy już bogatsi w wiedzę o tym, jak wygląda Dolina Krzemowa i jej toksyczna kultura. Wiemy, że zamiana garnituru na dresy nie sprawi, że Mark Zuckerberg przestanie być zły, i że kalifornijskie nerdy żyją w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości, produkując gadżety, które ładnie wyglądają na prezentacjach, ale nie rozwiązują problemów prawdziwego świata, tylko pozory takich rozwiązań, nabijające kabzę chłopcom od komputerów. Cóż, chyba nie ma się co spodziewać krytyki kapitalizmu w firmie stworzonym przez korporację. To tylko fajny film dla ludzi, którzy chcą zobaczyć na ekranie, jak Godzilla walczy ze Stalowym Gigantem, a bohaterowie Street Fightera przybijają piątki z Batmanem. „Ready Player One” przypomina tu inny film Warner Bros. – „Lego: Przygoda”, w którym był i Batman, i Gandalf, i Sokół Milliennium – i zły Lord Biznes, czyli klasyczny Zły Prezes Złej Korporacji w Garniturze (który i tak okazał się jedynie metaforą surowego ojca chłopca, który bawił się klockami).

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj