Jak się krzyczy w filmie

Srebrny krzyk
Przenikliwy okrzyk strachu często staje się kluczowym elementem różnych filmów. Ale charakter krzyku, jego sens i sposób wykorzystania mocno się zmieniały.
Janet Leigh w filmie „Psychoza” Alfreda Hitchcocka, 1960 r.
BEW

Janet Leigh w filmie „Psychoza” Alfreda Hitchcocka, 1960 r.

Plakat zapowiadający „Halloween”, kultowy amerykański horror z 1978 r., z Jamie Lee Curtis w roli głównej.
Compass International Pictures/ Courtesy Everett Collection/EAST NEWS

Plakat zapowiadający „Halloween”, kultowy amerykański horror z 1978 r., z Jamie Lee Curtis w roli głównej.

Przy przerażających scenach w horrorach niektórzy widzowie nie tylko zamykają oczy, ale próbują też zatkać sobie uszy. Słuch powiązany jest z naszymi emocjami nawet mocniej niż wzrok i tylko uszy nieprzerwanie rejestrują wszystko, co dzieje się naokoło ciała. Dobrze wiedzą o tym ludzie odpowiedzialni za udźwiękowienie i muzykę do filmów grozy. Wykorzystują najchętniej bardzo konkretny rodzaj krzyku, a także podobny do jego przebiegu rodzaj melodii. Kierują się zasadą: im krzyk jest bardziej chaotyczny i nieprzewidywalny, im bardziej nieregularna staje się też ścieżka dźwiękowa, tym ludziom w kinach trudniej to, co słyszą, po prostu zignorować.

Zajmowali się tym dotąd bardziej intuicyjnie dźwiękowcy i muzycy, ale kilka lat temu w Los Angeles połączyli oni siły i wraz z Danielem Blumsteinem, naukowcem z Uniwersytetu Kalifornijskiego, który bada mechanizmy ewolucji, zaczęli się temu zjawisku dokładniej przyglądać. Blumstein wcześniej analizował odgłosy wydawane przez młode drapieżniki wzywające na pomoc swoich rodziców. Nagrań tych odgłosów używają też polujący na te gatunki myśliwi. Ale i sam naukowiec, jak się później okazało, też nie był obojętny na te nawoływania. Z jego badań wynikało również, że zwierzęta słuchające nagrań krzyków z horrorów takich jak „Carrie” czy „Lśnienie” także reagowały niepokojem. Przeanalizował zatem ponad setkę filmów i wykazał, że ludzkie krzyki przerażenia naśladują swoją strukturą zwierzęce alarmy. Pełnią też podobną funkcję obrony bądź ostrzeżenia. A jeżeli zwierzę, które jest atakowane lub ranne, zaczyna głośno nawoływać, to dlatego, że gorączkowo wymaga od innych zwierząt uwagi. Z tego powodu krzyk w kinie również jest trudny do zignorowania. Działa przecież na odruchy pierwotne, wspólne dla ludzi i zwierząt.

Indiańska strzała

Źródłem wykorzystywanych w horrorach nieliniowych zniekształceń dźwięku są często pokrętła konsoli w studiu nagraniowym. Gdy krzyki i prosta muzyka zaczynają brzmieć w filmie brudno i szorstko, a szybkie zmiany częstotliwości dają przenikliwy efekt, od którego sztywnieją włoski na całym ciele. Choć nagranie ostrego, przerażającego krzyku nie jest wcale proste.

Jerzy Skolimowski z tego poszukiwania uczynił temat filmu „Krzyk” („The Shout”) z 1978 r. Sam nagrał swój chrapliwy wrzask i włożył go w postprodukcji w usta jednego z dwóch głównych aktorów. Gra on dziwnego gościa, zaproszonego do domu przez brytyjskiego kompozytora. Mężczyzna twierdzi, że nauczył się od Aborygenów krzykiem zabijać ludzi. Scenę wrzasku Skolimowski nakręcił na wydmach w angielskim dystrykcie North Devon, które od Oceanu Atlantyckiego wgryzają się kilka kilometrów w głąb lądu. Dźwięk, którego grozę potęguje jeszcze ta wyjałowiona sceneria, jest rzeczywiście przerażający. Trwa 23 sekundy i został zarejestrowany w nowym w latach 70. systemie Dolby Stereo. Za resztę elektronicznej ścieżki dźwiękowej odpowiadać mógł David Bowie, ale ostatecznie zajęli się nią dla Skolimowskiego dwaj muzycy grupy Genesis, Tony Banks i Mike Rutherford.

Nie wszyscy filmowcy wkładają w oddanie mocy krzyku tyle wysiłku, co Skolimowski. Dźwiękowcy identyfikują około piętnastu żeńskich i męskich krzyków, które przez ostatnie kilkadziesiąt lat stale powtarzają się w filmach. Kiedyś wynikało to z wygody. Wszystko rejestrowane było przecież na celuloidowej taśmie, a to wymagało dobrej synchronizacji dźwięku i obrazu. Czasem na etapie montażu trzeba było dograć dźwięk albo znaleźć pasujący odpowiednik zarejestrowany przy innej okazji – krzyk, który sprawdził się już we wcześniej zmontowanym filmie. Nierzadko wiązała się z tym pewna dysproporcja i dźwięki wykorzystywane na taśmach kilkadziesiąt lat temu wydają się głośniejsze lub cichsze, obce ich nowej filmowej otoczce. Dziś wracanie do tych sprawdzonych krzyków często ma charakter środowiskowego żartu, pozdrowienia wysyłanego przez dźwiękowców kolegom po fachu. Co ciekawe, jedynie męskie, powtarzające się w filmach krzyki, mają swoje nazwy. Najsłynniejszy jest krzyk Wilhelma. Jego nazwa pochodzi od imienia krzyczącego, bo ugodzonego indiańską strzałą kowboja z westernu „The Charge at Feather River” Gordona Douglasa z 1953 r.

Ten sam krzyk, niespecjalnie przerażający, nieudany, bo raczej komiczny i przesadzony w ekspresji, wykorzystano w tym filmie jeszcze kilkakrotnie. Jednak to nie Wilhelm był pierwszym, który krzyczał Wilhelmem. Dźwięk nagrany został na potrzeby sceny z innym kowbojem pożeranym przez aligatora, w westernie „Odległe bębny” Raoula Walsha z 1951 r. Grał w nim Gary Cooper. Ale nazwę temu krzykowi nadał i spopularyzował go dla współczesnej widowni Ben Burtt, który w 1977 r. odpowiadał za dźwięk w pierwszym z nakręconych epizodów „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa.

Burtt traktował przez wiele lat krzyk Wilhelma jako swoją dźwiękową wizytówkę. W scenie, gdy Luke Skywalker i księżniczka Leia próbują uciec z Gwiazdy Śmierci, a Luke strzela do szturmowca, ten spada z platformy i krzyczy właśnie Wilhelmem. Ten sam wrzask pojawił się potem w prawie 400 produkcjach telewizyjnych i kinowych. Choć wykorzystywany był w tak różnych filmach, jak „Toy Story” (1995 r.) Johna Lassetera, „Poszukiwacze zaginionej Arki” (1981 r.) Stevena Spielberga czy „Władca Pierścieni” (2002 r.) Petera Jacksona, to zapisał się również w historii horroru. Można go usłyszeć w około 40 takich produkcjach, jak m.in. w „Duchu” (1982 r.) Tobe Hoopera, „Hellboyu” (2004 r.) Guillermo del Toro czy „Resident Evil: Zagładzie” (2007 r.) Paula W.S. Andersona.

Krzyk Wilhelma pojawiać się będzie zapewne także w kolejnych filmach. Choć dziś już nie ma nawet pewności, jak nazywał się aktor, który nagrał go po raz pierwszy do „Odległych bębnów”. Wiemy, że na początku lat 50. przy tego typu efektach pracowało kilka osób, m.in. amerykański aktor i piosenkarz Sheb Wooley, który – jak twierdziła wdowa po nim – dumny był właśnie z tego, że nagrywał co pewien czas na potrzeby filmów okrzyki bólu. Wiemy też, że na zachowanej taśmie ów anonimowy krzykacz wypróbowywał różne dźwięki, które wydawały się pasować do reakcji na ugryzienie aligatora. I niektóre z tych okrzyków bólu są zdecydowanie bardziej udane od krzyku Wilhelma.

Jelonki na drodze

Krzyki w różnych wariantach ważne są zwłaszcza w slasherach, czyli w podgatunku horroru, w którym zawsze psychopata śledzi i morduje grupę znajomych. Morderca, czyli tak zwany boogeyman, jest zazwyczaj zamaskowany, silny fizycznie i w nadnaturalny sposób odporny na obrażenia. Zadaje ból preferowanym przez siebie narzędziem, np. piłą mechaniczną lub nożem kuchennym. Eliminuje najpierw tych, którzy są z jakiegoś powodu mocniej rozkojarzeni (działają nieinteligentnie bądź są pod wpływem narkotyków, nadużywają alkoholu albo są nastolatkami, które zaczęły już uprawiać seks). Boogeyman ściera się w slasherach – zgodnie z konwencją – ze scream queen (dosł. królową krzyku) albo z final girl, czyli z młodą dziewczyną, która jest ładna, ale jest również sprytna, inteligentna i nieskoncentrowana w życiu na mężczyznach. Dla niego okazuje się z zasady mocnym przeciwnikiem.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną