Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kultura

Sobie nawymyślałem

Ralph Kaminski dla „Polityki”: Muszę mieć zbroję

Ralph Kamiński Ralph Kamiński Leszek Zych / Polityka
Nie mam duszy aktywisty, który wyjdzie na barykady, nie jestem twórcą politycznym. Ale jak sobie wymyślę jakąś koncepcję, to się jej trzymam – mówi Ralph Kaminski, laureat Paszportu POLITYKI w kategorii Muzyka popularna.
Polityka
Polityka
Polityka

BARTEK CHACIŃSKI: – Jasło dało polskiej muzyce pop Ralpha Kaminskiego, ale też Michała Szpaka i Roksanę Węgiel. Co takiego jest w tym mieście? Jakiś świetny dom kultury? Mikroklimat?
RALPH KAMINSKI: – Pochodzą stamtąd nie tylko wokaliści. Odnosząca duże sukcesy aktorka Marta Malikowska też jest z okolic Jasła, chodziła do mojego liceum. Z Jasła pochodzi Edward Miszczak. I raper Qry z kolektywu Chillwagon – pamiętam, że nawet kupił plakietkę z napisem „Jasło”, którą miałem wśród gadżetów promocyjnych. W mieście są dwa domy kultury, ale tak naprawdę przez dom kultury przeszliśmy ja i Roksana Węgiel. Michał Szpak chyba tylko chwilę – interesowały go zespoły metalowe, a to inny świat. Więc nie tylko domy kultury odgrywają tu rolę. Mnie mama pchała na konkursy, przeglądy, chodziłem na różne zajęcia dodatkowe – bardzo lubiłem te z fotografii i filmu. Wtedy się jeszcze montowało nagrania na kasetach VHS. Poszedłem też do wymagającego liceum, które uważano za najlepsze w Jaśle, ale chciałem tam chodzić przede wszystkim ze względu na kierowany przez Edwarda Lechetę Teatr Artexpress. Na te zajęcia chodziła także Marta Malikowska.

Czyli aktorstwo i śpiew. To dlatego poszedłeś na studia na Akademię Muzyczną do Gdańska, gdzie mają wydział wokalno-aktorski?
Z tym Gdańskiem to był fuks. Akurat w roku, w którym chciałem zdawać do Katowic, zamknęli nabór na oddział wokalny. Trafiłem więc do Gdańska, na wydział całkiem nowy, bo na studiach dziennych byłem dopiero drugim rocznikiem. I miałem dodatkowe szczęście, że trafiłem na prof. Annę Domżalską od techniki wokalnej. Specjalnie składałem podanie, żeby się do niej dostać.

Jechałeś tam z myślą, żeby zostać wokalistą?
Na aktorstwo już nie liczyłem – to sprawiało wrażenie czegoś niemożliwego. Pisanie swoich piosenek wydawało się łatwiejsze, bo jesteś w tym przynajmniej panem samego siebie. A w aktorstwie trzeba być zależnym od mnóstwa innych osób. Pewnie gdybym się uparł na aktorstwo, to za jakimś siódmym razem bym się gdzieś dostał. Ale jak obserwuję moich znajomych z perspektywy czasu, to serdecznie im współczuję. Rok temu byłem pierwszy raz na zdjęciach próbnych do filmu – myślałem, że umrę ze stresu. Nie spałem cały tydzień. To jest w tej branży codzienność. A jak już nawet cię wezmą, zawsze mogą potem wyciąć.

Skończyłeś studia?
Tak, chociaż nie chcieli mnie przyjąć na studia magisterskie. Byłem tragiczny z kształcenia słuchu. To jak matematyka muzyczna – jeśli przychodzisz na uczelnię bez szkoły muzycznej I i II stopnia, nie uczyłeś się tego jako dziecko, nie masz szans. Zrobiła się z tego afera – z egzaminu wokalnego ze wszystkich zdających dostałem najwyższe, maksymalne oceny od komisji, ale przez kształcenie słuchu już się powoli żegnałem z dalszymi studiami. Moja profesor o mnie walczyła, a ja pisałem podania z myślą, że trzeba porzucić dyplom i zacząć karierę. Skończyło się na tym, że na studia magisterskie w moim roczniku przyjęto większą grupę osób, w tym mnie.

Z czego się broniłeś?
Rozrywka to przede wszystkim koncert dyplomowy – dla mnie czysta przyjemność, tym bardziej że pisałem już piosenki. Można sobie dobrać muzyków i wystąpić choćby dla pięciu osób, ale przygotować jakieś show. Do tego oczywiście trzeba napisać pracę magisterską. Tematem mojej była autodestrukcja Violetty Villas. A licencjat to była z kolei autodestrukcja Amy Winehouse, więc poleciałem w podobnym kierunku z tematem. Chodziło bardziej o pracę nad tekstami i opracowywanie źródeł niż swoje twórcze spostrzeżenia, ale sam research był dla mnie ciekawy.

Twój debiut „Morze” to od razu superprodukcja, biorąc pod uwagę duży zespół, żywe instrumenty, a zarazem nie miałeś za sobą wielkiej wytwórni. Jak się to udało? Pomogli znajomi ze szkoły?
Owszem, do tego z festiwalu FAMA. Ale tak naprawdę żartuję czasem, że jestem chyba ostatnim rocznikiem, któremu niewątpliwie mała wytwórnia, jaką jest Fonobo, dała budżet na nagranie takiej płyty. Tych wszystkich żywych instrumentów, tych muzyków. Było też dużo zamieszania, praca trwała długo, dodatkowe nagrania spowodowały, że kosztowało to jeszcze więcej niż planowano. Dziwny i ciężki był ten proces powstawania mojej pierwszej płyty: pisanie piosenek rozciągnięte na lata – czułem się, jakbym film produkował, a nie album. Za to sporo się przy tym nauczyłem o całym procesie i uświadomiłem sobie też, że sam chcę być producentem swoich płyt.

Nie da się z tobą pracować?
Być może byłoby lżej pracować z producentem, który nada płycie brzmienie – i nawet przy drugim albumie rozglądałem się za kimś takim – ale zrozumiałem, że jednak nie chcę i wziąłem to na siebie. Robię to może pokracznie, inaczej, dziwnie, ale to jest wtedy w 100 proc. moje.

Masz w głowie jakąś wizję muzyki rozrywkowej, która – mam wrażenie – jest oparta w dużej mierze na polskiej tradycji.
Teraz pracuję nad tekstami na nową płytę i kolega zwrócił mi nawet uwagę na to, jak wiele wykorzystuję oldskulowych wyrazów. Zaczynam o tym myśleć jako o atucie. Wiadomo, że Young Leosia, Oliwka Brazil czy Mata używają bardzo współczesnego języka. A mnie interesuje, jak mówią ludzie po 80. roku życia. Inspiracją jest dla mnie np. jedna z gwiazd moich teledysków – drag queen Lulla La Polaca. To, jak Andrzej mówi, opowiada, jakim poetyckim językiem się posługuje.

W twoim sposobie pisania, dość rozbudowanych jak na dzisiejsze standardy melodii, słychać też szacunek dla kunsztu piosenkowego okresu PRL.
Jestem przeciwny traktowaniu słuchacza jako osoby w jakikolwiek sposób ograniczonej – że jeśli damy mu większy przeskok, zamiast tercji oktawę, to już tego nie ogarnie. Przeciwnie. Weźmy piosenki ludowe – takie teksty i takie melodie śpiewane a cappella przy wykopkach! Dla mnie napisana melodia, nawet bardziej skomplikowana, jest zawsze bardziej pociągająca niż np. free jazz. Mnie free jazz nie interesuje, nie lubię improwizacji w muzyce. Od pani Ani Domżalskiej nauczyłem się improwizacji zaplanowanej: improwizację zostawiamy sobie w czterech ścianach domu, jak ćwiczymy.

A kiedy narodził się Ralph Kaminski, reżyser klipów?
Zaczęło się już w gimnazjum, bo na pożyczonej kamerze robiłem filmy z figurek. Takie mikroscenografie. A potem zacząłem robić filmy animowane – rysowałem w Paintcie, nagrywałem do tego soundtracki, montowałem. Zajmowało to ogromnie dużo czasu, ale kochałem to, bo mogłem zrobić coś od początku do końca sam. Oczywiście prosiłem znajomych, kuzynkę czy wujka, żeby mi pomogli z dubbingiem w zależności od potrzeb, ale miałem kontrolę nad wszystkim. I początkowo nie odważyłem się reżyserować klipów – przyglądałem się, jak się takie krótkie formy przygotowuje, moja rola ograniczała się do scenariusza. Ale już przy teledysku do „Meybick Song” postawiłem się w roli drugiego reżysera. I wiedziałem już, że przy nowej płycie chcę to robić. Kocham reżyserować – reżyseruję też koncerty. A teledyski są o tyle wdzięczne, że można sobie popróbować różnych form filmowych. Nawet trzeba.

Powiedziałeś kiedyś, że w Polsce można po pięciu latach studiów wokalnych „jechać sobie na coverach”. Ale ty też na trzeciej płycie śpiewasz – po autorsku, ale jednak – cudze piosenki z repertuaru Kory i Maanamu.
Musiałem sobie widocznie odbić ten brak coverów po studiach. Sam nie dałbym rady tego zrobić. Dla mnie jako osoby, która uwielbia robić autorskie rzeczy, to jest o wiele trudniejsze, by nagrać płytę z cudzymi kompozycjami. Zaprosiłem do współpracy ludzi, których podziwiam – a bardzo ważna była dla mnie swego czasu płyta „Nowa Warszawa” Bartka Wąsika i Royal String Quartet ze Stanisławą Celińską [Wąsik i Michał Pepol z RSQ grają na „Korze” – red.] – i poczułem, jak cudownie sobie pozwolić odpiąć pasy bezpieczeństwa i robić coś razem. A dla mnie oddać komuś ster – np. dać wolną rękę w reżyserii świateł na koncercie, co ma miejsce przy występach z trasy „Kory” – to duża rzecz. Może dzięki temu albumowi powoli wychodzę z udowadniania, że potrafię wszystko zrobić sam?

Zastanawiasz się nad tym, co by powiedziała na te interpretacje Kora?
Chyba jednak nie. Ale ludzie próbują taką narrację narzucać, pisząc: „Kora byłaby dumna”. A ja nie byłbym tego pewien. Na pewno to bardzo stresujące momenty, gdy przychodzi np. siostra Kory na koncert premierowy, kiedy miał się pojawić Kamil Sipowicz czy przyjaciele Kory. Zawsze może zdarzyć się reakcja: Co ty zrobiłeś?! A sam jako artysta nie lubię, jak ktoś wykonuje covery moich utworów.

W piosenkach o miłości z repertuaru Kory znalazłeś aktualność, choćby to ukrywanie się w szafach, strach przed wojną w „Jestem kobietą”. Jak to odbiera publiczność?
Publiczność przy tym projekcie jest ogromnie szeroka. I mam wrażenie, że pod maseczkami kryje się w przypadku tego tematu mnóstwo emocji – myślę, że jest dla ludzi dość wzruszający.

„Gdy zaczną strzelać za oknami/ Będziemy w szafie żyć” – ta przenośnia Kory ma rzeczywiście sporą siłę.
Mnie się to spodobało, bo PRL kojarzy mi się z chowaniem po szafach swoich problemów – że wszystko zostawialiśmy w domu, udając, że czegoś nie ma na zewnątrz. I teraz trochę tak się próbuje robić: zamiatać problemy, nie wiem, aborcji albo to, że mąż bije swoją żonę. Wszyscy sąsiedzi o tym wiedzą i nic z tym nie robią. Stąd ta szafa i ta piosenka.

Można na to spojrzeć przez pryzmat manifestacji – jak na słynny już pocałunek twój i Krzysztofa Zalewskiego na Fryderykach. Tyle że wtedy wydawało się, że siła ulicznych wystąpień w obronie praw kobiet i mniejszości LGBT jest duża, teraz jakby stopniała.
Nie wiem. Zauważyłem za to inną tendencję – autocenzurujemy się: ty już lepiej nic nie mów, nie wychylaj się. Od jednego z wielkich, prestiżowych, przepięknych miejsc, w których w sekundę wyprzedał się nasz koncert z tej trasy, odebraliśmy telefon, czy możemy zrezygnować z flagi – tej do połowy spalonej flagi w tęczowych barwach, podziurawionej kulami, która jest elementem scenografii. Tymczasem to jest teatr, symbol, który pojawia się na chwilę. To opowieść o nas, o Polsce. Finalnie koncert się odbył. Ale gdy chcieliśmy – wobec wielkiego zainteresowania – zorganizować w tym miejscu kolejny, już się nie udało. Do głowy by mi kiedyś nie przyszło, że ktoś będzie chciał ocenzurować moją sztukę – nie jestem walczącym artystą pokroju Marii Peszek, nie jestem Teatrem Powszechnym, który naprawdę wkłada kij w mrowisko i czeka na reakcje. Nie mam w sobie duszy aktywisty, który wyjdzie na barykady, nie jestem twórcą politycznym. Ale jak sobie wymyślę jakąś koncepcję, to się jej trzymam.

Ta koncepcja w tym wypadku to właśnie piosenka „Jestem kobietą”, której nadałeś nieco inny wydźwięk.
Mnie nie wkurza to, że ktoś ma swoje poglądy, że nie rozumie, nie akceptuje LGBT. Bo to jest efekt wychowania, edukacji, środowiska. Ale wściekam się, że ktoś, nie znając zupełnie kontekstu, robi aferę z rzeczy, w której nie ma afery. Te słynne kontrowersje pani inspicjent Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku [przez którą opóźnił się koncert, bo miała zastrzeżenia do tęczowej dekoracji – red.] to jest dla mnie absurd, to jakiś żart.

Rozmawiam z Rafałem Stanisławem Kamińskim, ale zarazem z Ralphem Kaminskim, który jest dla ciebie… No właśnie, kim? Zbroją? Personą?
Muszę mieć zbroję, jak się okazało teraz przy „Korze”. Mam przy tym projekcie swój wizerunek przeznaczony tylko na scenę. Nie chodzę w tej scenicznej stylizacji na wywiady, w tych występuję już raczej jako Rafał Stanisław, który jest trochę mniej odważny. I nie czuję się z tym do końca komfortowo. Przy kolejnej płycie już nie bardzo chyba mogę być Rafałem, możliwe, że Ralph będzie mi ciągle potrzebny. Choć z drugiej strony kiedyś Rafała Stanisława bardziej krępowało to, że ludzie go rozpoznawali na ulicy albo w tramwaju ktoś powiedział, że jest super, że go słucha. Potrafiłem w takim momencie spłonąć ze wstydu. Teraz jest lepiej. Bardziej sobie uświadamiam, że to moja praca.

Może po prostu przez większą część doby masz już Ralpha na sobie?
Kampowy Ralph z płyty „Młodość” to wdzięczny kostium, daje siłę, dodaje skrzydeł. Bo jak się założy taki kostium, trzeba iść z głową do góry i czekać na kule. Jak robiliśmy w tym wizerunku półlegalną sesję w Hali Mirowskiej w Warszawie, kiedy wchodziłem w witryny sklepowe, to był dla mnie skok, ale taka była koncepcja. Nie chciałbym, żeby ludzie zapomnieli, że jestem też Rafałem Stanisławem, ale zarazem nie wyobrażam sobie, by nie używać kostiumu scenicznego.

A może Ralph służy ci do drażnienia? Od samego pseudonimu – tego Kaminskiego przez twarde „n” – aż po twoją aktywność na Twitterze.
Możliwe. Ale kiedy dostałem Paszport, miałem ochotę trochę się schować. Ostatnio przychodzi mi coraz trudniej pisanie na Twitterze i wrzucanie publicznych postów na Instagram. Bo problem polega na tym, że najbardziej lubię wrzucać takie śmieci, najmniejsze pierdoły, z których zaczęto wysnuwać najdziksze teorie. I muszę brać odpowiedzialność za to, co robię.

Im bardziej cię znają, tym bardziej poważnie cię traktują?
Uwielbiam obserwować influencerki modowe, których działalność polega na sprzedawaniu swojego prywatnego życia. Ale sam czuję, że nie mam ochoty ze wszystkimi wszystkim się dzielić. W piosenkach ta szczerość jest dla mnie bardzo ważna, chociaż powoli odkrywam też to, że mogę opowiadać nie o sobie, tylko o zupełnie innych rzeczach.

Mam wrażenie, że całkiem nieźle utrzymujesz tajemnicę.
Z jednej strony jestem bardzo otwarty na ludzi, staram się, żeby każdy przy mnie się dobrze czuł. Ale tak naprawdę jestem strasznie zamknięty, nawet na najbliższe osoby.

Na pewno w gładki sposób potrafisz zejść z trudnego tematu. Kiedy współprowadząca Paszporty Grażyna Torbicka zapytała cię na scenie, czy utwór „Tata” to dla ciebie autoterapia, z refleksem zmieniłeś temat: „Wygląda pani przepięknie”.
Napisałem jakiś czas temu piosenkę, która miała już gotowy tekst. Ale cały czas coś mnie w nim mierziło. Nie wiedziałem, czy zaczyna to być grafomańskie, czy za dużo w nim rzeczy osobistych – były tam jakieś pseudonimy – i poczułem, że ludzie odbiorą to jako piosenkę o mnie. I w końcu, chociaż akurat siedziałem podczas świąt z rodziną, rzuciłem się, żeby go przerabiać, bo nie mogłem wytrzymać. A co do zmieniania tematu, siedzi to we mnie gdzieś głęboko. Nawet kiedy rozmawiam z babcią i schodzimy na niewygodny temat, potrafię wystrzelić: „Ale świetny ten dzbanek ostatnio kupiłaś”. Nawet tego nie zauważam.

Jak chcesz się zrestartować po udanym albumie i trasie z coverami?
Mam projekt, który okazał się sukcesem, ale pracuję już od jakiegoś czasu nad nowym, innym, dla mnie zupełnie od innej strony wymagającym. I jestem jedną nogą tu, a drugą tam. To dla mnie sytuacja maksymalnie stresująca. Sobie nawymyślałem znowu, po prostu. Jak się ma dwutygodniową przerwę w trasie, to człowiek się zastanawia, czy uda mu się wejść w to na nowo, ale jak już wracam, to jestem. Od razu. Bo to znana przestrzeń. Trochę jak powrót do domu.

ROZMAWIAŁ BARTEK CHACIŃSKI

***

Ralph Kaminski (ur. 1990 r.) – wokalista, kompozytor, autor tekstów piosenek, multiinstrumentalista, producent muzyczny i reżyser teledysków. Absolwent wokalistyki Akademii Muzycznej im. S. Moniuszki w Gdańsku. Studiował też w Rotterdamie. Autor albumów „Morze” (2016 r.) i „Młodość” (2019 r.). W 2021 r. wydał album „Kora” z piosenkami Kory i Maanamu.

Partnerem kategorii są Katowice - Miasto Muzyki Unesco.

Polityka 9.2022 (3352) z dnia 22.02.2022; Paszporty POLITYKI 2021; s. 90
Oryginalny tytuł tekstu: "Sobie nawymyślałem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama