Cienie Joanny Kos-Krauze. Środowisko się oburza, ale afery zamiata pod dywan
Artykuł Magdaleny Rigamonti o reżyserce Joannie Kos-Krauze opublikowany w dwóch częściach przez Onet (zapowiadane są jeszcze kolejne) wywołał wstrząs, szok i moralne oburzenie wielu osób i niemal całego środowiska filmowego, które rzekomo niczego wcześniej nie wiedziało. A przecież w kuluarach od dawna trwają wojny podjazdowe rozmaitych baronów, koterii, samozwańczych liderów i klanów o władzę, pieniądze, wpływy i o to, jak powinien być zarządzany PISF. Wystarczy sobie przypomnieć, jakie zarzuty padały pod adresem odwołanego w atmosferze skandalu byłego szefa tej instytucji Radosława Śmigulskiego oraz jego następczyni Karoliny Rozwód. Oraz w jakich okolicznościach wybrano na ten urząd Kamilę Dorbach.
Żadna z tych afer nie została wyjaśniona do końca, podobnie jak nie postawiono zarzutów prokuratorskich Jackowi Bromskiemu (chociaż takie obietnice padały) – oskarżonemu przez kolegów ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich m.in. o przywłaszczenie sobie setek tysięcy złotych. Przypadek Joanny Kos-Krauze to tylko kolejny kamyczek wrzucony do tego ogródka, który powoli zaczyna naprawdę brzydko pachnieć.
„Na powiedzenie prawdy nigdy nie jest za późno, a środowisko filmowe, którego jestem częścią, powinno odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego ten skandal był przez tak długi czas zamiatany pod dywan” – słusznie pisze w mediach społecznościowych Sławomir Grynberg w związku z artykułem Rigamonti. W podobny sposób zareagowała Agnieszka Holland, dziwiąc się na FB: „Jak to wszystko się może dziać? Od tylu lat?”. No właśnie, jak?
Reportaż Magdaleny Rigamonti opublikowany w Onecie uderza w fundamenty wizerunku Joanny Kos-Krauze – artystki dotąd kojarzonej z kinem misyjnym, empatią i walką o prawa wykluczonych. Tekst odsłania głęboki dysonans między publicznymi deklaracjami reżyserki a relacjami jej współpracowników i osób z bliskiego otoczenia. Sprawa jest wielowątkowa i dotyczy zarówno sfery etyki zawodowej, jak i osobistej wiarygodności, stawiając pytania o granice kreacji własnego życiorysu w przestrzeni publicznej.
Główne zarzuty: przemoc i finanse
Zarzuty wysuwane wobec Joanny Kos-Krauze można podzielić na trzy główne obszary: przemocowy, finansowy oraz etyczno-środowiskowy. Najbardziej wstrząsające świadectwo pochodzi od Gilberta Sezirahigi, ocalałego z ludobójstwa w Rwandzie, który współpracował z reżyserką przy filmie „Ptaki śpiewają w Kigali”. Opisuje on sytuacje drastyczne: przemoc fizyczną (kopanie, szturchanie nogą) oraz psychiczną (agresja słowna, upokarzanie). Relacja ta jest wyjątkowo dotkliwa, ponieważ dotyczy osoby z traumą wojenną, wobec której reżyserka publicznie deklarowała szczególną troskę.
Równolegle pojawiają się oskarżenia o mobbing, przemoc seksualną i tworzenie toksycznej atmosfery na planie, co potwierdzają liczne współpracowniczki, w tym osoby pełniące kluczowe funkcje produkcyjne. Do tego dochodzi wymiar prawno-finansowy: Joanna Kos-Krauze przegrała procesy o niewypłacanie wynagrodzeń, co w konsekwencji doprowadziło do jej wykluczenia ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich przez sąd koleżeński. Fakt, że mimo tych prawomocnych wyroków i opinii środowiskowej reżyserka nadal pełniła funkcje eksperckie w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, kierowanym przez Dorbach, oraz zasiadała w komisji oscarowej, nie tylko rzuca cień na system weryfikacji ekspertów i niekompetencję rady PISF, ale też kolejny raz podważa zaufanie do osób zarządzających PISF-em.
Czytaj też: Kulisy wielkiej afery w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. W kinach tego nie pokażą
Kwestia pochodzenia
W raporcie Rigamonti istotne miejsce zajmuje kwestia autokreacji biograficznej reżyserki. Joanna Kos-Krauze przez lata sugerowała lub wprost wskazywała na swoje żydowskie korzenie oraz wyższe wykształcenie. Taki wizerunek mógł służyć budowaniu specyficznego kapitału symbolicznego. W świecie kultury, a zwłaszcza w obszarze kina zajmującego się traumami historycznymi i Holokaustem, status „osoby z wewnątrz” lub posiadającej rodzinne doświadczenie martyrologiczne znacząco podnosi wiarygodność artystyczną i moralną.
Wprowadzanie środowiska filmowego w błąd co do wykształcenia czy pochodzenia można odczytywać jako próbę legitymizacji swojej pozycji jako arbitra moralnego. Bycie „głosem ofiar” staje się łatwiejsze, gdy samemu pozycjonuje się w kręgu osób naznaczonych historią. W rzeczywistości jednak, jak wynika z publikacji Magdaleny Rigamonti, wiele z tych elementów życiorysu nie znajduje potwierdzenia w faktach, co stawia reżyserkę w pozycji osoby instrumentalnie wykorzystującej wrażliwe tematy tożsamościowe do wzmocnienia własnego autorytetu.
Walka o milczenie
Joanna Kos-Krauze zareagowała na publikację zdecydowanym zaprzeczeniem, nazywając reportaż „odwetem” i próbą dyskredytacji. Twierdzi, że nie powstał jako niezależny materiał, ale pisany był na zamówienie środowiska, z którym zarówno Magdalena Rigamonti, jak i redakcja Onetu są powiązane. Jej linia obrony opiera się na twierdzeniu, że materiał zawiera nieprawdę i narusza jej dobra osobiste. Jeszcze przed publikacją tekstu reżyserka podjęła kroki prawne, uzyskując w sądzie tzw. zabezpieczenie w postaci zakazu wypowiadania się przez Magdalenę Rigamonti na jej temat.
Z punktu widzenia polskiego prawa instytucja zabezpieczenia powództwa jest legalnym narzędziem, mającym chronić przed nieodwracalnymi skutkami naruszenia dóbr osobistych przed rozstrzygnięciem procesu. Jednak w sprawach dotyczących wolności słowa i interesu publicznego tego typu „zakazy publikacji” są skrajnie kontrowersyjne. Sąd wydaje je często na posiedzeniu niejawnym, opierając się jedynie na argumentacji wnioskodawcy. Redakcja Onetu, decydując się na publikację mimo zakazu, stanęła na stanowisku, że prawo opinii publicznej do informacji o osobie pełniącej funkcje publiczne (ekspertka PISF) jest nadrzędne wobec ochrony wizerunku jednostki, zwłaszcza gdy sprawa dotyczy systemowej przemocy. I chwała jej za to. Tylko co dalej? Jakie będą następne kroki, bo przydałoby się, by ktoś z tej mgły i pozornie niezwiązanych ze sobą afer i skandali wyciągnął właściwe wnioski, niekoniecznie miłe dla środowiska i ludzi trzymających władzę.
Sprawa Joanny Kos-Krauze – niezależnie, jaki będzie miała ciąg dalszy – to nie tylko historia upadku jednostkowego autorytetu. To przede wszystkim lekcja o tym, jak w środowisku artystycznym łatwo przymyka się oko na nadużycia w imię „wielkiej sztuki” oraz wielkich ambicji. W przypadku Kos-Krauze dodatkowo ilustruje to, jak skutecznie można budować pozycję na kruchych podstawach sfabrykowanego życiorysu. Dobrze by było, gdyby nie tylko ten skandal, ale i inne ujawnione dotąd środowiskowe przestępstwa wymusiły rewizję standardów etycznych – nie tylko na planach filmowych, ale i w instytucjach, które dysponują publicznymi środkami na kulturę. Przynajmniej tyle, bo w głębsze zmiany jakoś nie wierzę.