Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Alicja Szemplińska w finale Eurowizji. Ten głos robił różnicę

Alicja Szemplińska Alicja Szemplińska TVP
We wtorkowym półfinale reprezentantka Polski wyróżniała się na tle konkurencji. Na wygraną w konkursie może to nie wystarczyć, ale szanse na dobry występ w finale są wysokie.

Jubileuszowa, 70. edycja konkursu Eurowizji budzi wyjątkowe emocje nie ze względu na muzykę, ale kontrowersje związane z udziałem Izraela. Na bojkot konkursu zdecydowały się Hiszpania, Holandia, Islandia, Irlandia i Słowenia, tym samym w stawce pozostało 35 krajów – to najsłabsza frekwencja od ponad dwóch dekad, mimo że do konkursu po latach nieobecności powróciły Bułgaria, Mołdawia i Rumunia.

Polska na rezygnację z imprezy się nie zdecydowała, choć w eliminacjach pozostali głównie twórcy z niewielkim dorobkiem, wśród nich 24-letnia Alicja Szemplińska, która pojechała do Wiednia z utworem „Pray”.

Ten – jak pisał w „Polityce” Bartek Chaciński – „bezpieczny, soulowy utwór z wołaniem do modlitwy w tytule i wołaniem o wolność w anglojęzycznym tekście” od początku nie był faworytem wśród bukmacherów, którzy miejsce Polki w konkursie ocenili na koniec trzeciej dziesiątki, a szanse na wejście do finału na nieco ponad 50 proc.

Jej notowania zaczęły rosnąć po udanych próbach, co potwierdziło się w półfinale, gdzie Alicja wyróżniała się wokalnie na tle konkurencji, nadrabiając wykonawczo niedostatki kompozycji. Występ Polki był jednym z bardziej udanych w trakcie wtorkowego wieczoru, a jej udział w finale należy uznać za w pełni zasłużony.

Patos i pitos

Faworyci bukmacherów – reprezentujący Finlandię duet Linda Lampenius i Pete Parkkonen – zaprezentowali odpowiednią dawkę eurowizyjnego patosu w utworze „Liekinheitin”, w którym wrażenie mogła robić efektowna skrzypaczka (wykonująca swoją instrumentalną partię na żywo – to eurowizyjny wyjątek) i odpowiednio przejęty wokalista. Nie zabrakło też ognia, do czego zobowiązuje tytuł – „Liekinheitin” to w końcu „Miotacz ognia”.

O ile u Finów królował patos, o tyle reprezentujący Grecję Akulas, ulubieniec publiczności, postawił akcent na pitos – nie chodzi tu o greckie garnki, ale slangową nazwę pieniędzy. Jego utrzymane w rapowo-imprezowym stylu „Ferto” jest, jak sam to określa, piosenką inspirowaną dorastaniem w czasie greckiego kryzysu finansowego. „To utwór o niedostatku, o pustkach, które wypełnia się zakupami, o pokoleniu, które bało się marzyć, bo nie miało pieniędzy, kontaktów ani możliwości” – tłumaczył. Muzycznie – dobra ilustracja nadmiaru i przebodźcowania.

Emocje, ale innego rodzaju, towarzyszyły występowi reprezentanta Izraela. Noam Bettan przywiózł do Wiednia „Michelle”, śpiewany po francusku, angielsku i hebrajsku potencjalny przebój, pozytywnie wyróżniający się na tle eurowizyjnej stawki, ale także wspomniane już kontrowersje dotyczące samego występu Izraela. Przekonaniu niechętnych mu widzów z pewnością nie pomogło, że ekipa Bettana tuż przed konkursem zachęcała fanów w mediach społecznościowych, by w półfinale oddawali na niego po dziesięć głosów (tyle przysługuje widzom). Co spotkało się z oficjalnym ostrzeżeniem Europejskiej Unii Nadawców jako wezwanie do łamania regulaminu konkursu. Głosów protestów ze strony publiczności podczas występu jednak nie usłyszeliśmy – przynajmniej w telewizyjnej relacji.

Kosmici z San Remo

Co jeszcze mogło się podobać? Z pewnością delikatna, wyśpiewana na pięć męskich głosów portugalska „Rosa” grupy Bandidos do Cante. Dobre wrażenie robiła też folkpopowa propozycja Chorwatek z grupy Lelek i reprezentujący Litwę Lion Ceccah, imponujący wokalem, ale przede wszystkim scenografią stylizowaną na stare kino science fiction. Emocje, przynajmniej wizualne, mógł budzić również hardrockowy występ odzianych w efektowne zbroje Serbów z grupy Lavina.

Mniej udaną, choć nostalgiczną wycieczką w milenialską przeszłość był z kolei występ estońskiego girlsbandu Vanilla Ninja, na początku lat dwutysięcznych stałych bywalczyń ramówek Vivy i MTV. Powrotem do przeszłości, ale dwie dekady wcześniejszym, był też występ Boya George’a, wokalisty kultowej brytyjskiej grupy Culture Club, wspomagającego wokalnie reprezentującą San Marino włoską piosenkarkę Senhit. Z kolei Włoch Sal Da Vinci przeszczepił na austriacki grunt wibrację italo disco rodem z festiwalu w San Remo.

Wyniki drugiego półfinału poznamy w czwartkowy wieczór, a o tym, kto zostanie tegorocznym zwycięzcą lub zwyciężczynią konkursu – przekonamy się w sobotę. Nadziei na wygraną Polki robić sobie pewnie nie powinniśmy, ale szanse na dobry występ po dzisiejszym występie wydają się zdecydowanie wysokie.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Łatwogang rozbił bank. Diss na raka i cud w kawalerce. Jaki będzie ciąg dalszy akcji?

Łatwogang zaatakował raka klinicznego, ale postanowił też walczyć z tym społecznym: z obojętnością.

Katarzyna Kaczorowska
06.05.2026
Reklama