R.S.: Ze swojej perspektywy powiedziałbym, że żyjemy w czasach rewolucji – nie tylko obyczajowej, lecz także hierarchicznej. W Polsce znacznie więcej kobiet niż mężczyzn ma wykształcenie wyższe. Co więcej, ze względu na zmianę struktury gospodarki kobiece zdolności do nawiązywania relacji, do odbierania sygnałów emocjonalnych z otoczenia są bardziej cenione niż męska krzepa.
W.G.: A kiedyś było na odwrót.
R.S.: Kiedyś siła fizyczna mężczyzny była ważniejsza. I to jest powód wzrostu pozycji kobiet, który jest nieodwracalny, ale są też sprawy, które mężczyźni słusznie uważają za dyskryminujące ich. Nie znajduję logicznego powodu, dla którego urzędnik w MSZ, aby nabrać praw emerytalnych, musi pracować pięć lat dłużej niż urzędniczka, tym bardziej że urzędniczka żyje średnio pięć lat dłużej, a więc w sumie emeryturę pobiera dłużej o całą dekadę.
Może to miało sens, gdy nie było urlopów macierzyńskich, ale teraz? Oczywiście nie bez znaczenia jest praca nieodpłatna, którą wciąż częściej w większym stopniu wykonują kobiety. Są badania wskazujące, że kobiety poświęcają na tego typu zadania średnio dwie godziny dziennie więcej niż mężczyźni. Młodzi mężczyźni, którzy ze mną rozmawiają, uważają też, że odebrano im kolektywnie honor bycia faktycznymi lub potencjalnymi wojownikami, ale gdyby przyszło co do czego, to – jak w Ukrainie – oni ponieśliby główny koszt wojny. Po trzecie, spotykam się z zapłakanymi ojcami, którzy uważają, że nasze sfeminizowane sądy rodzinne zawsze orzekają na rzecz kobiet. A wracając do poprzedniego wątku – dlaczego Kościół nie może powiedzieć, że Jezus był dzieckiem swojego czasu i przez to miał samych mężczyzn apostołów? Gdyby żył dzisiaj, to pewnie miałby minimum połowę kobiet (…).
W.G.: Jezus i tak był rewolucyjny, nie przejmował się swoimi czasami i robił różne rzeczy, które ludziom nie pasowały. Miał też wokół siebie grono kobiet. W Liście Mulieris dignitatem o godności kobiet Jan Paweł II pisze, że Kościół jest bardziej Maryjny niż Piotrowy. Co oznacza, że istotę Kościoła bardziej wyraża to kobiece doświadczenie wiary, za którym idzie miłość, niż władza biskupia czy papieska. Misją kobiet w Kościele między innymi jest przekonywanie mężczyzn, że władza nie jest najważniejsza. Najważniejsze są jakość obcowania z Bogiem i życie miłością. Nawet władza sakramentalna, którą mają biskupi i kapłani, nie jest w Kościele najważniejsza. Kobieta ma o tym przypominać.
R.S.: To jest nadal zadanie podrzędne. Ciągłe utrwalanie patriarchatu.
W.G.: Uważam, że powołanie kobiety w Kościele jest tak wielkie, że szkoda by było redukować je do kapłaństwa. Kobiety mają w Kościele wielką misję.
R.S.: To trochę przewrotne. Większość kobiet w instytucjonalnym Kościele gotuje i sprząta.
W.G.: Odpowiadam na przewrotne pytanie. Myślenie o kapłaństwie wyłącznie w kategoriach władzy jest spłaszczeniem kapłaństwa. Nie o to chodzi, żeby kobiety były na obraz i podobieństwo mężczyzny, żeby walczyły o władzę w Kościele. One i tak jakością swojego obcowania z Bogiem, intuicją i empatią mają wielki wpływ na Kościół. Jeżeli w średniowieczu w jakiejś miejscowości istniały opactwo męskie i klasztor żeński, to wcale nie było tak, że siostry nie miały wpływu na to, co się działo w opactwie męskim.
R.S.: Tylko to nadal one pozostawały w relacji zależności, bo to mężczyzna musiał do nich przyjechać, żeby sprawować mszę. A klasztor i zakon nie były zbyt blisko, bo – jak mówi stary dowcip – z tego nie musiał, ale mógł się zrodzić grzech.
W.G.: Kapłaństwo ustanowił Chrystus. Pierwszym, jedynym kapłanem, arcykapłanem jest Chrystus, a kapłaństwo w Kościele jest uczestnictwem w kapłaństwie Chrystusa. Skoro Chrystus tak wybrał, że byli to sami mężczyźni, to Kościół nie widzi podstaw, żeby to teraz zmieniać.
R.S.: W kościołach protestanckich mamy kapłanki.
W.G.: To nie są kapłanki, bo tam nie ma sakramentu kapłaństwa. To są jak gdyby animatorki społeczności.
R.S.: Jak to? Są już przecież nawet biskupki.
W.G.: Mogą się ubierać jak biskupi, ale Kościół ważności ich święceń nie uznaje.
R.S.: Ojca Kościół nie, ale ich własny – jak najbardziej.
W.G.: Dla Kościoła katolickiego to nie jest kapłaństwo, ponieważ została przerwana sukcesja apostolska. Jeżeli anglikańscy duchowni przechodzą na katolicyzm i chcą być kapłanami, co się zdarza, to są ponownie święceni.
R.S.: Gdy źródełko z powołaniami całkiem wyschnie, to może Kościół katolicki jednak dopuści kobiety do święceń.
W.G.: Niekoniecznie. Powołania są z daru Bożego i Bóg je daje. Jeżeli formacja – przygotowanie do życia zakonnego czy do kapłaństwa – jest niewłaściwa, to wtedy powołania się sypią. A tam, gdzie jest mądrze ustawiona, to widzimy odrodzenie.
R.S.: W Polsce widać kryzys powołań i nie obwiniałbym o to seminariów. U nas, w Bydgoszczy, to są teraz pojedyncze przypadki rocznie.
W.G.: W Polsce tak, jak najbardziej. Mówię o tych środowiskach, gdzie formacja jest właściwa.
R.S.: Kryzys wynika z konkurencji nowoczesnego życia. Są inne wybory życiowe, jest więcej pokus. Zawód księdza po prostu przegrywa z atrakcyjniejszymi ofertami na rynku. Religia stała się – przepraszam, że to powiem – w porównaniu z Netflixem, TikTokiem, Instagramem i wszystkim tym, co nowoczesne życie oferuje, trochę nudna.
W.G.: (…) Są zgromadzenia, które mają sensownie postawioną formację i mają powołania. W Polsce czasem to było nie tyle formowanie dojrzałości ludzkiej, ile żądanie potulnego posłuszeństwa, które jest deformujące. Powołań po czymś takim nie będzie. Powołania mają być ze względu na Boga, a nie ze względu na to, że ktoś nie wie, co ze sobą zrobić w życiu, bo jest niezaradny…
R.S.: Albo jest gejem, ale już nie musi iść w szeregi duchownych, bo może otwarcie funkcjonować w społeczeństwie.
W.G.: Jeżeli mężczyzna poszedł do seminarium, ponieważ chciał się skryć ze swoją skłonnością seksualną, aby zostać społecznie zaakceptowany, to ta motywacja też jest niewłaściwa. Z czasem taka osoba albo wylatuje, albo się degeneruje, albo wiedzie życie wewnętrznie zakłamane, co nie przyczynia się do świętości Kościoła.
R.S.: Ilekroć byłem podejmowany służbowo przez jednego z biskupów, to posługaczkami oczywiście były siostry zakonne.
W.G.: Na szczęście dzisiaj siostry są profesorami na uniwersytetach, podczas kolacji potrafią prowadzić z księżmi dyskusje, mają coś do powiedzenia. Jak pracują w szkole, potrafią do proboszcza przyjść i powiedzieć, że coś musi zrobić inaczej. Tylko że… jeszcze nie w Polsce. W Polsce często to są myszki chowane tak, żeby w ogóle nie miały swojego zdania.
R.S.: To się prędzej czy później zawali, bo kobiety sobie na to nie pozwolą.
W.G.: Oczywiście. To już się wali. Dlatego w Polsce wiele żeńskich zgromadzeń jest w kryzysie i nie ma następnego pokolenia. Wyobraźmy sobie dwie koleżanki, które robiły razem maturę. Jedna wstąpiła do klasztoru, a druga wyjechała do Anglii. Tam pracowała na zmywaku, ale dorobiła się, wyszła za mąż, wróciła, zrobiła studia, prowadzi biznes, ma dwójkę dzieci… wszystko się kręci. Jest odpowiedzialna, rozwinęła się jako osoba. Po latach spotyka koleżankę z klasy, która wstąpiła do klasztoru i musi pytać o każdą szpilkę. Musi prosić o pastę do zębów i po ludzku się nie rozwinęła. A jak postawi się jej pytanie ze sfery życia duchowego, na przykład o modlitwę, bo na tym powinna się znać: „Jaki jest sens modlitwy?”, odpowie: „Ja nie jestem uczona, nie wiem”. Jeżeli to jest istotą jej życia, to niech wyjaśni, o co w tym chodzi.
R.S.: Nie wyjaśni, bo nikt nie dał jej porządnej edukacji, spotkań, dyskusji, wyjazdów.
W.G.: W Rzymie na naszym uniwersytecie jest mnóstwo zakonnic z Indii, z Afryki, z Wietnamu, które studiują teologię, niekoniecznie po to, żeby jej nauczać, ale dla siebie, żeby to wszystko rozumieć. Ale polskich sióstr na rzymskich uniwersytetach nie ma. Niedawno spotkałem rektora KUL i się chwalił, jakie tam rozwijają nowe wydziały, ilu mają studentów, a ja się pytam: „A ile macie zakonnic studiujących na KUL?”. A on mówi: „Zakonnice?”. Okazało się, że w ogóle o nich nie myśli, ale owszem, przypomniało mu się, mają jakiś tam akademik. Ale na 10 tysięcy studentów – 30 zakonnic.
R.S.: Nawiasem mówiąc, pamiętam, jak za PRL mówiło się o KUL jako o oazie względnej wolności. Teraz to przechowalnia i wylęgarnia agresywnego kołtuństwa. Profesorem jest tam – zresztą dostał od Andrzeja Dudy nawet tytuł belwederski – antysemita, antyszczepionkowiec i patentowany dureń, niejaki ksiądz profesor Tadeusz Guz. Można na YouTubie obejrzeć, jak – z krucyfiksem na pierwszym planie – rozprawia o tym, że atak na World Trade Center to była mistyfikacja medialna. KUL dał nam także polskiego taliba, teraz kandydata na premiera głównej partii opozycyjnej, pana ministra Przemysława Czarnka, tego od OZE-sroze i TSUE-srue. Uważam, że za propagowanie antynaukowych kretynizmów stopnie i tytuły naukowe powinny być odbierane.
W.G.: Kiedyś spotkałem Polkę w Stanach. Jej ojciec był wojskowym i trafił do Pentagonu na jakiś czas. Ona w tym czasie pojechała na studia do Chicago. Zrobiła doktorat z matematyki. Tacie skończył się kontrakt i rodzice wrócili do Polski, a ona ogłosiła, że zostaje zakonnicą w Ameryce. Wstąpiła do zgromadzenia, w którym ją poznałem, gdy głosiłem tam rekolekcje. Jak mi powiedziała, panuje u nich zasada, że każda siostra musi mieć formację teologiczną na takim samym poziomie jak jej wykształcenie świeckie. Dlatego ona, mająca doktorat z matematyki, też musiała zrobić poważne studia z teologii, żeby w głowie sobie wszystko poukładać na wysokim poziomie. Mądre zgromadzenie to widzi.
R.S.: A mnie nachodzi refleksja, że katolicyzm w aktualnym polskim wydaniu raczej skazuje Polskę na prowincjonalizację, a nie ją podnosi i stymuluje do wysiłku mentalnego i rozwojowego. Polska wersja katolicyzmu zaczyna być cywilizacyjną wartością ujemną, a nie dodatnią.
W.G.: Dlatego kryzys w Polsce jest potrzebny, aby sprowokował poważne myślenie. Samo tylko napisanie artykułu czy wygłoszenie przemówienia, rekolekcji niewiele daje. Jest to wtedy oczyszczenie czynne, które jest nieudolne, i w końcu Bóg sam wymusza oczyszczenie bierne. Następuje wtedy krach, który wymaga odbicia się od dna, aby wreszcie zacząć poważnie chwytać się tego, co najistotniejsze, i odważnie korygować, zmieniać nabyte obyczaje, które już trącą myszką, które nie pasują do współczesnych wyzwań. Jeszcze przed rokiem 2000, jak się zajmowałem klerykami, mówiłem im: „Musicie się przygotować na to, że będziecie kapłanami w następnym tysiącleciu. Uczcie się języków, studiujcie, poznawajcie, czytajcie książki teologiczne wydawane za granicą”, których wtedy sporo tłumaczono na język polski. Trzeba było nadrobić braki okresu komunizmu.
R.S.: Teraz trzeba, by polski Kościół porzucił ideologię, bo popadł w herezję nacjonalizmu. Jakby Pan Jezus nie mówił o miłosiernym Samarytaninie, lecz był jakimś proto-Dmowskim.
W.G.: Niektórzy w polskim kościele osunęli się w narrację ideologiczną, ale szczęśliwie kryzys, który nas oczyści, już się zaczął.
Giertych Wojciech, Sikorski Radek „Rozmowy rzymskie. Pytania na czas niepokoju”
Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2026, s. 224-231.
Skróty pochodzą od redakcji.
Materiał przygotowany przez Wydawnictwo Znak Horyzont.