„Ojczyzna”, roboczo nazywana „Fatherlandem” lub „1949”, stanowi kulminację dotychczasowej drogi twórczej Polaka. To niesłychanie ważny głos na temat ideologicznych podziałów w Europie i na świecie, zmuszający do zastanowienia się nad miejscem sztuki w obliczu kryzysu religijno-duchowego nabrzmiewającego od stuleci oraz pozycją i sprawstwem osób uznawanych za autorytety. Punktem wyjścia jest skomplikowany charakter pisarza i noblisty Tomasza Manna. Pawlikowski porzuca jednak bezpieczne tory biografizmu na rzecz autorskiej, onirycznej wizji, która mówi o współczesności więcej, niż sugeruje krótki czas trwania projekcji – zaledwie 71 minut.
Czytaj też: Paweł Pawlikowski, poeta i odmieniec polskiego kina
Fantazja ponad fakty
Wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie jest to ekranizacja biograficznej powieści „Czarodziej” Colma Tóibína. Książka Irlandczyka, wybitna w portretowaniu wewnętrznej szamotaniny Manna, posłużyła reżyserowi za inspirację, lecz nie jest nawet wymieniona w napisach początkowych jako materiał, na którym oparli się scenarzyści. Pawlikowski przyznaje nieoficjalnie, że rzecz okazała się zbyt rozległa, wielowątkowa w swojej epickości. Tymczasem on, dążąc do maksymalnej kondensacji, potrzebował czystego archetypu, a nie szerokiego horyzontu. Zamiast ilustrować historię sławnego rodu naznaczoną licznymi samobójstwami i homoseksualnym pożądaniem, reżyser wybrał jeden moment: rok 1949. To czas graniczny, w którym żelazna kurtyna ostatecznie dzieli Europę, a Mann, po kilkunastu latach emigracji w USA, wraca do zrujnowanej wojenną pożogą ojczyzny. Wybór tego tematu, jak tłumaczy reżyser, wziął się z fascynacji losem zawieszonego między światami człowieka, który próbuje ocalić jedność kultury w obliczu politycznego rozdarcia.
Producentka Ewa Puszczyńska, która pracowała z Pawlikowskim także przy „Idzie” i „Zimnej wojnie”, słusznie nazywa „Ojczyznę” „fantazją na temat fantazji o biografii Manna”. To klucz do zrozumienia filmu – nie znajdujemy tu faktograficznej wierności, lecz próbę uchwycenia ducha epoki. Reżyser przykłada wielką wagę do tego, co dzieje się na marginesach wielkiej historii: detali drugiego planu, atmosfery niepokoju i wewnętrznego pęknięcia człowieka, który stał się symbolem „lepszych Niemiec”, zmagającego się z poczuciem niedopasowania. Pawlikowskiego nie pociąga kronikarstwo, lecz autorska wizja, w której zmiany wobec prawdy historycznej są świadome i służą wzmocnieniu symbolicznej dramaturgii.
Jednym z najbardziej znaczących odstępstw od wikipedycznej skrupulatności jest np. zastąpienie żony pisarza Katii postacią jego córki Eriki. W rzeczywistej podróży do Niemiec w 1949 r. Mannowi towarzyszyła żona, jednak w filmie to Erika staje się pełnoprawną partnerką i zwierciadłem duchowych wyborów ojca. To ona uświadamia mu, że jego intelektualny autorytet jest instrumentalnie wykorzystywany przez politycznych graczy obu stron konfliktu. – Bardzo mi się podoba w samym Mannie, oraz w tym, w jaki sposób Paweł to przedstawił, że pisarz mimo głębokich różnic i politycznych przeszkód próbuje łączyć Zachód ze Wschodem, świat Myszki Miki i Stalina – podkreśla Puszczyńska. – Po wyjeździe, a właściwie ucieczce z Niemiec to był dla niego akt ogromnej odwagi. Po odebraniu nagrody we Frankfurcie w strefie amerykańskiej postanowił pojechać do strefy sowieckiej, bo tam w Weimarze większość życia spędził Goethe. Właśnie ta otwartość na dialog, próba łączenia poprzez literaturę i sztukę to bardzo ważny przekaz przemawiający do współczesnego widza.
Z tej wątłej fabuły Pawlikowski ułożył piękny wizualnie, czarno-biały spektakl mocno rezonujący z dniem dzisiejszym. Każdy po obejrzeniu filmu wyjdzie z nieco innym odczuciem, niemniej ogólne wrażenie będzie podobne. Pytaniem powracającym niczym echo będzie to, na ile obecny chaos stanowi w jakimś sensie powtórzenie błędów okresu zimnej wojny. Filmowa podróż Manna staje się metaforą pogubionego, współczesnego świata. To minimalistyczna odyseja w poszukiwaniu utraconej duszy, opowiadająca o cenie, jaką płaci się za intelektualną niezależność. „Ojczyzna” jest nie tylko wybitnym osiągnięciem artystycznym, ale i memento, które każe pytać o fundamenty tożsamości.
Mann polski czy niemiecki?
Mimo że film startuje w polskich barwach, nie jest to oczywistość. Jego „narodowość” na pierwszy rzut oka wydaje się dyskusyjna. Historia o niemieckim pisarzu, mówiona w języku niemieckim z niemieckimi aktorami – dlaczego mamy ją uznawać za polską? Istota tej wątpliwości wynika z tradycyjnego postrzegania kulturowej identyfikacji przez pryzmat języka.
Gdy proszę o komentarz Puszczyńską, producentka się dziwi. Za główne kryterium narodowości „Ojczyzny” uznaje ona źródło jej powstania, myśl twórczą, decyzyjność artystyczną. A te wyszły od Pawlikowskiego. Ponadto nasz wkład kapitałowy jest przy tym przedsięwzięciu dominujący. Polska – twierdzi Puszczyńska – posiada największy udział (dokładnie 36 proc.) w tej skomplikowanej koprodukcji, w której finansowaniu uczestniczyło aż 21 podmiotów z czterech krajów. – Dla porównania „Strefa interesów” Jonathana Glazera, którą także miałam zaszczyt produkować, była de facto brytyjskim projektem realizowanym w Polsce i jako brytyjski film zdobyła Oscara – mówi producentka. – Natomiast „Ojczyzna” jest owocem polskiej myśli twórczej. Powtórzę, to polska wrażliwość wizualna i warsztatowa budują tu obraz powojennej Europy. Decyzyjność artystyczna spoczywała w polskich rękach, co czyni ten projekt eksportowym towarem polskiej kultury w najszlachetniejszym wydaniu. Żeby nie było niedomówień – umowa między producentami jasno stwierdza, że na festiwalach i przy światowej dystrybucji „Ojczyzna” będzie figurowała jako film polski.
Nasz wkład artystyczny rzeczywiście jest imponujący. Świetną robotę wykonali operator Łukasz Żal, scenografowie Katarzyna Sobańska i Marcel Sławiński, kostiumografka Ola Staszko czy charakteryzator Waldemar Pokromski. Trwająca 36 dni realizacja była logistycznym majstersztykiem, w którym Dolny Śląsk i Wrocław „zagrały” Zachód. Sercem produkcji była hala Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu, gdzie jesienią 2025 r. zbudowano misterne dekoracje imitujące dom Manna w Los Angeles (odwzorowany niemal 1:1), rezydencję w Cannes, gdzie popełnił samobójstwo jego syn Klaus, oraz mieszkania w Weimarze. To właśnie w atelier powstały kluczowe sceny ukazujące psychiczne komplikacje bohaterów z udziałem trojga wspaniałych aktorów.
Lokalne plenery
Plenery realizowano w miejscach, które swoją architekturą niosą pamięć tamtego czasu. Legnica, Wałbrzych (z ewangelicko-augsburskim kościołem Zbawiciela) oraz dawna Huta „Lucyna” w Pieńsku posłużyły do wykreowania atmosfery zniszczonych, powojennych Niemiec. Wykorzystano również ruiny pałacu von Eickstedt w Sławikowie, Unisław Śląski oraz zamki w Kliczkowie i Goszczu. Ta „geografia wyobrażona” pozwoliła na stworzenie wizualnej tkanki filmu bez konieczności opuszczania regionu oprócz zaledwie czterech dni zdjęciowych poza Polską.
Wybór aktorów odzwierciedla dbałość o autentyzm i „prawdę języka”. Hans Zischler jako Tomasz Mann wniósł na ekran inteligencję i dystans. Poza aktorstwem artysta na co dzień zajmuje się pisaniem, tłumaczeniami, prowadzi kilkuosobowy zespół recytujący poezję na głosy w formie koncertów i przedstawień, nagrywa też podkasty. Ponadto jest erudytą, jeśli chodzi o życie i twórczość Manna, wydaje się też niezwykle podobny fizycznie do autora „Czarodziejskiej góry”. Zdaniem Pawlikowskiego aktor idealnie wpisał się w typ postaci „wycofanej”, mającej w głowie cały świat, traumy i marzenia, podczas gdy Sandra Hüller, ikona współczesnego kina, wcielając się w córkę Tomasza Erikę, dodaje opowieści drapieżności. Oboje byli pierwszym wyborem reżysera. Towarzyszą im m.in. August Diehl i Devid Striesow.
Pytana o metodę pracy Pawlikowskiego producentka podkreśla, że wymaga ona ogromnej dyscypliny od wszystkich – reżyser znany jest z szukania prawdy i skrajnej kondensacji materiału. Z humorem teraz wspomina, że ostateczny metraż filmu był wynikiem swoistego „pojedynku” między nią a reżyserem. Puszczyńska musiała mu przypominać o wymogach regulaminowych festiwalu w Cannes, by Pawlikowski nie skrócił filmu poniżej granicy kwalifikującej go do konkursu głównego.