Paweł Pawlikowski: odmieniec, poeta kina

Odmieniec
Paweł Pawlikowski, autor filmu „Zimna wojna”, ponownie ma spore szanse na Oscara za najlepszy obraz nieanglojęzyczny.
Niechętny wszelkim ideologizacjom i uproszczeniom, Pawlikowski od początku deklarował, że interesuje go robienie kina pozagatunkowego, wieloznacznego.
Max Rossi/Reuters/Forum

Niechętny wszelkim ideologizacjom i uproszczeniom, Pawlikowski od początku deklarował, że interesuje go robienie kina pozagatunkowego, wieloznacznego.

Tak jak wszystkie wcześniejsze dokonania Pawlikowskiego, również czarno-biała „Ida” niesie sporą dawkę prowokacji.
Solopan

Tak jak wszystkie wcześniejsze dokonania Pawlikowskiego, również czarno-biała „Ida” niesie sporą dawkę prowokacji.

„Ida” zdobyła Europejską Nagrodę Filmową i Lux Prize przyznawaną przez Parlament Europejski.

„Ida” zdobyła Europejską Nagrodę Filmową i Lux Prize przyznawaną przez Parlament Europejski.

Tekst został opublikowany w POLITYCE w grudniu 2014 roku.

Po nakręceniu „Idy”, swojego pierwszego filmu zrealizowanego w Polsce, zdecydował się powrócić na stałe do kraju. Zanim jednak osiadł na dobre na warszawskim Mokotowie, grubo ponad połowę życia spędził za granicą, gdzie nakręcił kilka świetnych dokumentów dla BBC oraz cztery pełnometrażowe fabuły (nie licząc jednej nieukończonej). Ciągle w ruchu: Niemcy, Włochy, dwa sezony w Paryżu. Najdłużej, bo prawie 30 lat, spędził w Anglii.

Mimo dowodów uznania, dobrej znajomości języków, prestiżowych nagród (m.in. Emma, BAFTA) i tytułu najbardziej obiecującego twórcy Wielkiej Brytanii, długo uchodził za outsidera – przekornego emigranta zza żelaznej kurtyny, zaskakującego odmiennym, nieoczywistym spojrzeniem. Jego znakiem firmowym stała się penetracja ponurych zakątków życia, rozpacz i nostalgia, ale pokazywane z dystansem, ciepło, bez budzenia litości i przygnębienia.

Brytyjska krytyka natychmiast dostrzegła i doceniła odmienność debiutanckiego „Ostatniego wyjścia” (2000 r.), nietypowo opowiedzianej historii dwukrotnie rozwiedzionej Rosjanki, samodzielnie utrzymującej zbuntowanego, nastoletniego syna, która ubiega się o azyl polityczny w opustoszałym, nadmorskim mieście Stonehaven. Nie wiedziano tylko, jak ten film zaklasyfikować. Nie pasował do konwencji kina społecznie zaangażowanego, sygnowanego nazwiskami Kena Loacha i Mike’a Leigh. Był zbyt poetycki, melodramatyczny, w niektórych scenach podszyty śmiechem. Delikatne „Lato miłości” (2004 r.), film o manipulacji, samotności, lesbijskiej inicjacji nastolatek, które dzieli przepaść klasowa, też próbowano zakwalifikować jako twardy realizm. Tymczasem autor mówił o potrzebie wiary i zatracenia się w czymś, co jest ponad człowiekiem, w transcendencji, miłości, które trudno znaleźć w racjonalnym świecie.

Najmniej kłopotów mieli z Pawlikowskim Francuzi, potrafiący docenić jego rzadki talent do zagadkowego opisu rzeczywistości i mówienia o niedokończonych sprawach, zawiedzionych miłościach, wykluczeniu, poszukiwaniu tożsamości.

Niechętny wszelkim ideologizacjom i uproszczeniom, Pawlikowski od początku deklarował, że interesuje go robienie kina pozagatunkowego, wieloznacznego. „Mam taką głupią ambicję – zwierzał się w „The Telegraph” – żeby moje filmy miały własną logikę, przykuwały uwagę, lecz by nie dawało się przewidzieć, co w nich ma nastąpić”. Sztuka w jego mniemaniu powinna ujawniać problemy w całym ich skomplikowaniu, łamać przyzwyczajenia, wydobywać z postaci to, co irracjonalne, nieprzewidywalne, a przy tym być wyraźnie osobistym głosem, „spojrzeniem na świat pod włos”.

Poza kontekstem

Im bardziej próbowano go oswajać, tym mniej czuł się związany z zadowolonym z siebie, zbyt stylowym, mało twórczym i trochę nudnym zachodnioeuropejskim społeczeństwem. „Francja jest hermetyczna, samowystarczalna kulturowo, w jakimś sensie kraj idealny, niepodbity przez anglosaską kulturę, z respektem dla sztuki”. W wywiadach narzekał jednak, że w Paryżu brakuje mu szarości, groteski, smutku, witalności. Polska Mrożka, Komedy, Grotowskiego, Konwickiego wydawała mu się na swój sposób pełniejsza, atrakcyjniejsza. Wciąż do niego wracała.

Ożeniony z Rosjanką doskonale wiedział, co znaczy żyć pomiędzy. Może nie na marginesie, lecz na styku kultur. Najlepiej czuł się w świecie pamięci, której granice określają proste wspomnienia, nasączone barwami szczęścia młodości spędzonej w Warszawie. Utracił je w wieku 14 lat, gdy wraz z matką, anglistką wykładającą na Uniwersytecie Warszawskim, musiał opuścić rodzinne podwórko, przyjaciół i wyjechać z Polski „na zawsze”. Nigdzie już potem nie pasował, gdyż – jak mówi – wymknął się z kontekstu.

Nieco wcześniej zniknął jego ojciec, który był uznanym lekarzem. Ateista, patriota, nienawidzący komunistów, oczytany, przypominał trochę Czechowa. W czasie wojny pomagał partyzantom przedostawać się na Węgry. Rozwiedziony, wyjechał z kraju na fali pomarcowej nagonki. Zatrzymał się w Austrii, potem przeniósł do Niemiec. Przed śmiercią wrócił do żony. Jego mocno poplątane ścieżki, tęsknota za Polską, kult powstania warszawskiego, który wpoił synowi, muzyka, której nauczył go słuchać, ukształtowały Pawlikowskiego.

Jeden ze swoich pierwszych dokumentów, „Z Moskwy do Pietuszek z Wieniediktem Jerofiejewem”, dedykował właśnie ojcu. Uparł się, by film zrobić, choć nikt wtedy w BBC nie wiedział, kim był Jerofiejew. Wydany w samizdacie po polsku kultowy poetycki monolog intelektualisty-alkoholika nie doczekał się przekładu na angielski. Pawlikowski pojechał do Moskwy, mimo śledzących go agentów KGB odszukał pisarza, który po 40 latach codziennego picia umierał na raka, i przeprowadził z nim wywiad.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj