Trudno ocenić, na ile badania przeprowadzone w Lunaresie przyczyniły się do zatrudnienia Johna McFalla w ESA i jego możliwego przyszłego lotu w kosmos. Wiemy jednak na pewno, że Lunares pomógł wysłać w kosmos pierwszą w historii Afrykankę. Została nią Egipcjanka Sara Sabry, specjalistka w zakresie inżynierii biomedycznej. Sabry poleciała w kosmos 4 sierpnia 2022 roku w ramach misji Blue Origin NS-22 – pozarządowej, komercyjnej i suborbitalnej. Cały lot trwał dziesięć minut, a w przestrzeni kosmicznej, a właściwie na jej granicy, pasażerowie spędzili raptem kilka chwil. Wystarczyło jednak, by Sara Sabry zebrała szereg laurów pierwszeństwa. Została więc pierwszą w kosmosie Afrykanką, Arabką, a także Egipcjanką. Rok przed swoim lotem suborbitalnym została także pierwszą analogową astronautką ze swojego kraju, kiedy przyjechała do Piły na dwutygodniową misję analogową w Lunaresie.
W 2018 roku do Piły przyjechała także doktor Sian Proctor. Jeszcze w 2009 roku uczestniczyła w selekcji organizowanej przez NASA, w której wzięło udział trzy i pół tysiąca chętnych. Proctor przeszła do finału jako jedna z czterdziestu siedmiu osób. Z tej wąskiej grupy finalistów wybierano następnie dziewięcioro zwycięzców – i na tym etapie Proctor odpadła. Nie udało jej się wtedy zostać astronautką, ale dostała pracę w NASA przy badaniach nad sposobami organizacji długotrwałych misji marsjańskich. Zajmowała się także wieloma innymi kwestiami związanymi z edukacją i badaniami okołokosmicznymi. Do Lunaresa trafiła między innymi po to, żeby w warunkach zbliżonych do kosmicznych trenować procedury księżycowe oraz malować (w wolnych chwilach jest artystką). Trzy lata później została wybrana do pilotowania statku kosmicznego w ramach misji Inspiration4. To szczególna misja, ponieważ wszyscy jej uczestnicy byli cywilami, a wysłano ich na pełnowartościową misję orbitalną, która trwała trzy doby. Doktor Proctor została tym samym pierwszą kobietą z komercyjną licencją pilota statku kosmicznego, a także pierwszą artystką w kosmosie.
Kiedy 25 czerwca 2025 roku o 8.31 czasu polskiego Sławosz Uznański-Wiśniewski startował z przylądka Canaveral na Florydzie, siedziałem na stacji benzynowej w Szczecinku i śledziłem jego lot na ekranie telefonu. Specjalnie zebrałem się na pociąg, który ruszał z Poznania chwilę po piątej, żeby w godzinie zero na pewno mieć zasięg i móc to zobaczyć na żywo. Tego dnia Uznański-Wiśniewski został drugim Polakiem w kosmosie, a ja drugi raz odwiedziłem Pałac Bismarcka. Start śledził ze swojego biura w Gliwicach także Marcin Drobik, analogowy sobowtór Sławosza.
Jednym z czternastu eksperymentów, jakie Uznański-Wiśniewski prowadził na orbicie, było badanie stanu psychicznego człowieka w warunkach kosmicznych. Trzy tygodnie wcześniej identyczny eksperyment prowadził Drobik w Lunaresie. Misja Terra-Nova z czerwca 2025 roku została zaplanowana jako analogowa wersja misji Axiom 4 z udziałem naszego astronauty. W obu brało udział po dziewięć osób, to znaczy pięć na stacji kosmicznej i cztery dolatujące do nich. W Lunaresie odbyło się to tak, że pięcioro analogowych astronautów zamknięto w bazie na dłuższej misji. Dołączało do nich czworo kolejnych, którzy po dwóch tygodniach opuszczali Lunares i zostawiali pierwszą piątkę samą. Jednym z celów tego eksperymentu Europejskiej Agencji Kosmicznej, która finansowała go w ramach projektu AstroMentalHealth, było porównanie wyników uzyskanych na orbicie z tymi z Piły. Skład obu załóg także był dość podobny. Załogą Axiom 4 dowodziła Peggy Whitson, która odbywała wtedy swój piąty lot kosmiczny. Poza nią leciało trzech mężczyzn, każdy pierwszy raz w kosmosie, w tym jeden Polak. Załogą Terra-Nova dowodziła Martina Dimoska, która w Lunaresie była drugi raz. Poza nią w bazie znalazło się trzech mężczyzn, w tym jeden Polak, a dla każdego z nich był to pierwszy raz.
– Nie można całkowicie serio powiedzieć, że byłem analogowym Sławoszem, bo jednak mieliśmy różne zadania, ale faktem jest, że robiłem ten sam eksperyment co on. – Marcin Drobik jest skromny i twardo stąpa po ziemi. Na co dzień pracuje jako programista w firmie KP Labs, która zajmuje się tworzeniem komputerów pokładowych dla satelitów i statków kosmicznych. O swoich doświadczeniach opowiada mi na drugim piętrze nowoczesnego biurowca na przedmieściu Gliwic. – Za tamtych kilka układów kupiłbyś tutaj mieszkanie. – Marcin wskazał na leżący na stole komputer, wyglądający jak trzy karty graficzne spięte taśmami kabli. – To bliźniak satelity, którego wysłaliśmy na orbitę. Podłączyliśmy go do kamery hiperspektralnej. Charakteryzuje się ona tym, że na każdy piksel robi nie trzy, lecz sto dziewięćdziesiąt dwa pomiary światła, więc to, co nagrywa, wykracza poza widzialne spektrum światła. Aczkolwiek kamera ta jest nam potrzebna tylko do przetestowania możliwości komputera pokładowego na satelicie. Wracając do Lunaresa… miałem tam do zrobienia eksperyment AstroMentalHealth, składający się zasadniczo z bardzo długiego kwestionariusza, który musiałem wypełniać codziennie. Taki sam kwestionariusz wypełniał też Sławosz już na orbicie. Udzielałem także zdalnych wywiadów, poupychanych między innymi aktywnościami, bo każdy dzień w Lunaresie, podobnie jak na prawdziwej misji, jest zaplanowany od rana do nocy. Wywiady były częścią eksperymentu.
To dzięki jednemu z tych wywiadów znalazłem Marcina. Udzielił go Telewizji Asta, działającej na obszarze byłego województwa pilskiego. Było to na kilka dni przed końcem jego misji i na tydzień przed startem Uznańskiego-Wiśniewskiego.
Sławosz był jeszcze na orbicie, kiedy wylądowałem na Księżycu. Hełm ledwie mieścił się w wąskim włazie. Szedłem ostrożnie, lekko pochylony. Nie słyszałem nic poza chrzęstem żwiru pod butami i szumem wentylatorów zamontowanych w hełmie. Ciemności przebijały dwie niewielkie latarki w przyłbicy. Leszek przeprowadził mnie przez procedurę opuszczania śluzy statku, otworzył właz i puścił przodem. Na powierzchni Księżyca wbite były flagi Słowacji, Czech, Portugalii, Stanów zjednoczonych, Meksyku i Polski. Obok usypano niewielki kopiec.
– Tam pogrzebaliśmy członka załogi podczas jednej z misji. Musiał pilnie wracać do domu, więc przećwiczyliśmy scenariusz śmierci w kosmosie. Pochowaliśmy jego ulubiony makaron liofilizowany i kilka sprzętów. O, a tam jest nasz obóz księżycowy. Nasz własny Księżyc, to był bardzo ważny argument za tym, żeby sprowadzić się do Piły z habitatem. – Leszek wskazał ręką przed siebie. Po kilku krokach z ciemności wyłonił się duży namiot. – Tutaj można awaryjnie przenocować, symulując prawdziwą misję. I to cały nasz Księżyc, to był bardzo ważny argument za tym, żeby sprowadzić się do Piły z naszym habitatem.
Spacery księżycowe odbywają się we wnętrzu hangaru numer 11. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych przechowywano w nim samolot Su-22, a dzięki Lunaresowi zaczął on symulować powierzchnię innych ciał niebieskich. Hangar miał łukowate sklepienie, osiągające około dziesięciu metrów w najwyższym miejscu. Patrząc po podłodze, miał rozmiary kortu tenisowego, mniej więcej dwadzieścia na trzydzieści metrów. Dość, żeby Su-22, mający dziewiętnaście metrów długości i dziesięć rozpiętości skrzydeł, swobodnie się w nim zmieścił. Do hangaru można było wejść przez wrota, które zajmowały całą przednią ścianę, albo wąskim włazem, przez który przeciskałem się w hełmie. Resztę habitatu dobudowano obok z kilku kontenerów. Jeden służył jako śluza między hangarem a atrium, czyli centralnym pomieszczeniem, do którego prowadziły wszystkie korytarze. Atrium miało półkoliste sklepienie, było przestronne i przypominało wnętrze świątyni. Gdy stałem przodem do hangaru, miałem za plecami trzy kontenery socjalne. Jeden służył jako kuchnia, a dwa pozostałe – jako sypialnie dla dwunastu osób. Z prawej stały dwa kontenery przeznaczone na warsztat i laboratorium. Z lewej – kontener-łazienka z prysznicem i toaletą oraz kontener-korytarz, przez który wchodziło się do środka. Całość bez hangaru miała około stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych.
Większość misji w Lunaresie trwała około dwóch tygodni. W tym czasie nikt nie mógł ani wejść do habitatu, ani go opuścić, chyba że scenariusz misji to przewidywał. W związku z tym całe niezbędne zaopatrzenie dostarczano przed jej rozpoczęciem. Wodę do zbiornika można było dolać z zewnątrz, podobnie jak pobrać ścieki, gdyby była taka konieczność. Generalnie jednak symulowano prawdziwą misję kosmiczną, podczas której statek czy baza pozostają autonomiczne. Jedynym kompromisem, na jaki zgodził się Leszek, jest kwestia śmieci. W warunkach kosmicznych rzeczy, których nie da się przetworzyć, można po prostu wystrzelić w kosmos. W Lunaresie worki zostawiano w śluzie, do której można było się dostać przez zewnętrzne drzwiczki, by zabrać worek bez wchodzenia do habitatu. To ważne, bo oprócz śluzy nie ma w Lunaresie żadnych innych otworów poza drzwiami wejściowymi, nawet okna.
– Kiedy byłem na mojej misji, nie miałem złudzeń, że jestem w kosmosie, ale imersja była wystarczająca, żebym czuł się jakoś inaczej. – Siedzieliśmy z Marcinem Drobikiem obok ekspresu do kawy w jego biurze w Gliwicach i dalej gadaliśmy o kosmosie. – Na poziomie świadomym wiedzieliśmy wszyscy, że mieszkamy w konstrukcji kontenerowej ustawionej na byłym lotnisku wojskowym w Pile, ale na co dzień o tym nie myśleliśmy. Czuliśmy się, jakbyśmy byli w miejscu bliżej nieokreślonym. Ani w Pile, ani w kosmosie. To w sumie bardzo ciekawe, jak taka krótka, wydawałoby się, izolacja wpływa na sposób postrzegania rzeczywistości przez człowieka.
Przebywanie w Lunaresie to nie to samo co lot kosmiczny. To jednak coś więcej niż zabawa. Jest się tam na tyle blisko kosmosu, na ile to możliwe bez odrywania się od ziemi. Zakładając habitat, Orzechowski mógł się zbliżyć do swoich marzeń, a to już znacznie więcej niż nic. Tak jak w przysłowiu: celuj w Księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami. Leszkowi udało się pracować z wieloma gwiazdami – a to wszystko na lotnisku w Pile.
Miłosz Szymański „Szkoda Zachodu. Opowieść z Ziem Opuszczonych” Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2026, s. 146-155.
Fragment rozdziału: Baza kosmiczna w Pile
Materiał przygotowany przez Wydawnictwo Znak Horyzont.
-
Bangaranga, czyli spada ranga. Eurowizja pudruje kryzysy. Sukces Izraela trudno się komentuje
-
Eurowizja znów zadziwia. Wygrywa Bułgaria, Izrael drugi. Szemplińską docenili jurorzy
-
Minowe pole kultury. Dyrektorzy muzeów w Krakowie i Wilanowie stracili stanowiska. Słusznie?
-
Alicja Szemplińska w finale Eurowizji. Ten głos robił różnicę
-
Pawlikowski idzie po Złotą Palmę? „Ojczyzna” to poszukiwanie utraconej duszy
Najczęściej czytane w sekcji Kultura
Czytaj także
Gen. Dan Caine ma najtrudniejsze zadanie na świecie. Kim jest naczelny doradca wojskowy Trumpa?
Generał Dan Caine musi przekładać strumień świadomości prezydenta USA na precyzyjne działania zbrojne.
Egzamin z polskiego dla ósmoklasistów dzieli dzieci. Takiej segregacji nie ma nigdzie indziej
Egzamin ósmoklasisty sprzyja podziałom. Choć eksperci alarmują, że społeczeństwo jest silniejsze, gdy zdolni potrafią współpracować z mniej zdolnymi, wybitni z przeciętnymi, rodzice ich nie słuchają. Mają dość tej współpracy.
Pokolenie NoLo. Im alkohol nie jest potrzebny. Coś wyraźnie się zmienia, ale z czego to wynika?
Młode Polki i Polacy mówią, że alkohol im niepotrzebny. Dla nich produkuje się piwo zero procent, bezalkoholowe wino, jest nawet wódka zero procent. Skąd ta zmiana?
Obóz władzy koncertowo położył sprawę TK kosztem czwórki sędziów. Dlaczego sobie to robi?
Takie porażki nie są bezkarne politycznie, bo kumulują się, odkładają w pamięci wyborców i sprawiają, że traci się zaufanie do zdolności politycznych władzy. Sprawa TK powinna być dla rządzących lekcją, punkt po punkcie, jak nie należy przeprowadzać takich operacji.
Przyczajony Xi, niestabilny Trump. Chiny uważają, że Zachód ma „słabe kości”. I ogrywają USA
Rozmowa ze znawcą Chin Samuelem Chetwinem George’em o tym, jak Pekin ogrywa Waszyngton. I na co liczy Xi Jinping, przyjmując w tym tygodniu Donalda Trumpa.
Łomiarz: człowiek, który nienawidzi kobiet. Nadal budzi strach. Czy należy go zamknąć?
Łomiarz, sprawca brutalnych napadów na kobiety, wyszedł na wolność. Karę odsiedział od deski do deski, jest wolnym człowiekiem. Ale budzi strach, bo znów może zaatakować. Czy należy go zamknąć? Czy można ukarać za czyn, którego – jeszcze – nie popełnił?
Choroby rzadkie: mamy bałagan, to jak tułaczka w labiryncie. System może szybko się zapchać
Chorzy na choroby rzadkie od lat błądzą w systemie, który nieustannie obiecuje im pomoc. Same obietnice może poprawiają nastrój, ale zdrowia już nie.
Dobre wieści dla łysiejących! Nowa tabletka ma zatrzymać wypadanie włosów. Ale nie załatwi wszystkiego
Przez dekady medycyna oferowała niewiele na wypadanie włosów. Na horyzoncie dostrzeżono nową nadzieję: amerykańska firma Veradermics ogłosiła pod koniec kwietnia wyniki badań, które przyciągnęły uwagę wszystkich marzących o bujniejszej czuprynie.
Polski ziemniak się popsuł? Zachód go nie chce. Rolnicze lobby sprzedaje nam wielką ściemę
Mamy więcej odmian ziemniaka niż Francuzi serów, ale polscy konsumenci znają tylko jedną: to ziemniak ogólnoużytkowy, przeważnie niesmaczny i pochodzi z ziemniaczanego podziemia.
Setka dzieci Xu Bo. Chińscy miliarderzy seryjnie zamawiają je w USA. Z dostawą do domu
Amerykański system surogacji sprzedaje masowe rodzicielstwo bez emocji i relacji. Dzięki temu tacy jak Xu Bo dążą do zbudowania gigantycznych dynastii.
Wakacje między wojnami. Czas zmienić plany. Od czego teraz zacząć planowanie urlopu?
Urlop czasem beztroski? To już nieaktualne. Teraz w cenie są ubezpieczenia, które nie wygasną z chwilą pierwszych strzałów, a o tym, dokąd można wysyłać wycieczki, zdecyduje MSZ.