Recenzja filmu: „Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”, reż. Ron Howard
Trwający od czterech dekad fenomen „Gwiezdnych wojen” gaśnie powoli na naszych oczach.
„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”
mat. pr.

„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”

Starzy kinomani pamiętają jeszcze czasy, kiedy zapowiedź pojawienia się na ekranach kolejnej części „Gwiezdnych wojen” wywoływała ekscytację, przynajmniej wśród miłośników Star Wars i bardziej rozrywkowego science fiction. Jednak, nazwijmy to łagodnie, umiarkowany sukces „Ostatniego Jedi” wyraźnie ostudził entuzjazm fanów. Stąd, jak się zdaje, niewygórowane oczekiwania wobec drugiego w historii spin-offu, zatytułowanego „Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”.

Rozszerzony wszechświat Disneya

Mamy tu zatem, co oczywiste i zawarte w tytule, opowieść o początkach kariery ulubionego łajdaka „odległej galaktyki”, czarującego i bezczelnego Hana Solo, tak przekonująco zagranego w czterech filmach przez Harrisona Forda. Mimo wcześniejszych zapowiedzi Disney, być może nieco przestraszony reakcjami fanów na poprzedni film, postanowił odwołać się do „rozszerzonego wszechświata”, z takim hukiem skasowanego po przejęciu marki od George′a Lucasa.

Miłośnicy „Gwiezdnych wojen” rozpoznają zatem bez trudu postaci i wątki pojawiające się od lat w komiksach i książkach. Wiedzieliśmy, a teraz na własne oczy zobaczymy, jak Han wygrywa Sokoła Millenium od Lando Calrissiana, kadeta Solo zaciągającego się do armii Imperium czy jego pierwsze, pełne dramatyzmu spotkanie z Chewbaccą.

Han Solo od czasów „Adama i Ewy”

Ten ukłon Disneya w stronę zdeklarowanych fanów niewiele niestety pomaga. Scenarzyści postanowili przedstawić nam historię Hana niemal od „Adama i Ewy”, co nie dodaje dramatyzmu i rozciąga widowisko nieco ponad miarę. Co chwila giną postacie, do których nie było nam dane się przekonać, parada dziwacznych kosmicznych gatunków zaciemnia obraz i nie bardzo wiadomo, czemu ma służyć. Sensacyjna intryga, choć dynamiczna i pełna zwrotów, nie wciąga i nie zaskakuje, a blasterowe pojedynki i popisy Hana za sterami „Sokoła” nie dorównują scenom, jakie widzieliśmy w „Łotrze”.

Najzabawniejsze sceny to te z udziałem żeńskiego droida L3-37, którego (którą?) łączy z Landem nieco dziwna relacja. Tu, przy okazji, drugi ukłon w stronę męskiej części widowni, bo scenarzyści pozwolili sobie wykorzystać tę bardzo kobiecą maszynę do lekkiej kpiny z lewicowo-genderowego dyskursu.

Zdaje się, że najlepiej na „Hanie Solo” wyjdzie występujący w epizodzie Warwick Davis, promujący się ostatnio zabawnym, choć nieco gorzkim serialem „Life′s Too Short” (Netflix) i szykujący się, wraz z Ronem Howardem (reżyserem „Hana Solo”), do produkcji drugiej części „Willow”.

Gaśnie fenomen „Gwiezdnych wojen”

Nowy film Disneya, choć nieco lepszy od „Ostatniego Jedi”, prezentuje się dużo gorzej od „Łotra 1”. Spadkowa tendencja jest zatem wyraźna. Ci z fanów, którzy zapowiadali bojkot po głośnym konflikcie z Kathleen Kennedy (po przejęciu marki Star Wars przez Disneya zastąpiła George′a Lucasa na fotelu szefa Lucasflim), będą zapewne odczuwać gorzką satysfakcję.

Wydaje się, niestety, że trwający od czterech dekad fenomen „Gwiezdnych wojen” gaśnie powoli na naszych oczach. „Han Solo” tego trendu nie odwróci.

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie, reż. Ron Howard, prod. USA, 143 min

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj