Fani i Disney kłócą się o „Gwiezdne wojny”
Najsłynniejsza i przynosząca największe zyski marka kultury popularnej dawno już straciła swój pierwotny wigor.
Wiadomość o sprzedaży marki za astronomiczną sumę 4 mld dol. imperium Disneya wywołała zdumienie.
mat. pr.

Wiadomość o sprzedaży marki za astronomiczną sumę 4 mld dol. imperium Disneya wywołała zdumienie.

Trzy filmy tzw. Nowej Trylogii (epizody I–III) nie zachwyciły fanów, a George Lucas, czczony przez nich kiedyś niczym bóg, stał się obiektem zmasowanego ataku. Niechęć, dodajmy, okazała się obopólna. Wiadomość o sprzedaży marki za astronomiczną sumę 4 mld dol. imperium Disneya wywołała zdumienie, które zamieniło się w gniew, gdy ogłoszono, że „wszechświat rozszerzony” (czyli wszystkie opowieści zawarte w książkach, komiksach i grach wideo – oficjalnie licencjonowanych przez Lucasfilm) zostanie skasowany, co miało dać większą swobodę twórcom w budowaniu nowego kanonu.

Disney jednak wywiązał się z wielkiego zobowiązania wobec fanów. „Przebudzenie Mocy”, zrealizowane z szacunkiem dla Starej Trylogii i pełne wziętych z niej cytatów, porównywano do najlepszego dotychczas „Imperium kontratakuje”, zaś „Łotr 1”, pierwszy oficjalny spin-off we wszechświecie Star Wars, wyznaczył zupełnie nowy standard – jako film nieco trudniejszy, odwołujący się do kina wojennego, mroczny i bez obowiązkowego dotychczas szczęśliwego zakończenia.

Długie, ale nudne „Gwiezdne wojny”

Oba obrazy, choć oczywiście wszędzie znaleźć można malkontentów, przyjęto z zadowoleniem. Później, niestety, przyszła prawdziwa katastrofa. Epizod VIII, zatytułowany „Ostatni Jedi”, mimo dość przychylnych oficjalnych recenzji został przez fanów SW zgodnie okrzyknięty najgorszym filmem gwiezdnej sagi. Lista zarzutów była długa: od ewidentnych błędów scenariuszowych i reżyserskich (film zrealizowany w kilku różnych stylistykach okazał się niestrawny i po prostu nudny), przez porzucenie wewnętrznej logiki (choćby scena z latającą w otwartym kosmosie Leią) po przedstawienie Luke’a, ukochanego przez wszystkich bohatera, jako miotającego się od ściany do ściany oszalałego starca i jego bezsensowne uśmiercenie.

Co ważne, bardzo nie podobały się obowiązkowe w dzisiejszym kinie popularnym wstawki genderowe – o ile postać Rey, którą poznaliśmy w epizodzie VII, została przyjęta dość dobrze, to już grana przez Laurę Dern, ubrana w sukienkę wiceadmirał Holdo, udowadniająca wszystkim otaczającym ja mężczyznom, że są jedynie pozbawionymi rozumu mięśniakami, została z miejsca, już na kinowej sali, znienawidzona. Nawet Mark Hamill, zwykle powściągliwy, zapytany, jak wypada „Ostatni Jedi” na tle innych części sagi, odpowiedział: „Jest najdłuższy”. A prawdziwa wojna miała dopiero nadejść.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj