Książki

Śmierć krytyka, śmierć misji

Kawiarnia literacka

O śmierci Marcela Reicha-Ranickiego informowała większość mediów w Niemczech.

Wyczytałem gdzieś, że w najlepszym momencie oglądalność „Kwartetu literackiego”, programu telewizyjnego z jego udziałem, sięgała miliona dusz niemieckich. Ale nie tylko niemieckich. Kiedy Ranicki zechciał poświęcić parę słów kąśliwego komentarza polskiej prozie, reprezentowanej przez naonczas młodych autorów, jak Olga Tokarczuk czy Andrzej Stasiuk, polskie media o tym doniosły. Nic to, że krytyk raczej odesłał na księżyc nową polską prozę. „Nieważne jak, ważne, że z nazwiskiem” – podług tej zasady postąpił. Być może tak się polskiej prozie Ranicki przysłużył. Myślę, że co do Stasiuka i Tokarczuk pomylił się na całej linii. Ale faktycznie był okazem niezwykłej widzialności, słyszalności i poważania. Kapitalne retoryczne umiejętności oraz silne przekonanie o swojej nieomylności uczyniły z niego gwiazdę telewizji. Pewności sądu i celności argumentacji powinni się od Ranickiego uczyć wszyscy, formatowani na jedno kopyto, jurorzy telewizyjnych konkursików. Sęk w tym, że materia, w jakiej Ranicki rzeźbił swoje stylistyczne i retoryczne figury, to literatura, a raczej nikt się nią po tej stronie Odry specjalnie nie rajcuje. Nawet jeżeli polska proza w głębi serca kojarzyła się Ranickiemu z tekstem dla patałachów, to jednak poświęcił jej swój czas. A to dużo.

Ten człowiek faktycznie dzielił i rządził, zwłaszcza w okresie medialno-telewizyjnej ofensywy lat 90. Torował drogę na pomniki swoim pupilom i z równą pasją z tych pomników strącał tych, których arbitralnie uznawał za grafomanów. Nie chodzi o to, czy komuś wyrządzał krzywdę. Historia literatury jest zwłaszcza historią krzywd i przemilczeń. Ranicki nie chciał milczeć, uważał książkę za sprawę, o jaką warto kruszyć kopie, wzniecać spór, narażać się na potępienie ze strony tych, po których się przejechał. Zastanawiająca jest siła ego, która napędzała go przez te wszystkie długie lata aktywności krytyczno-literackiej. Być może tkwiła ona w traumie przeżyć wojennych. Ranicki to przecież ocalony z Holocaustu człowiek, który cudem uniknął pieców Treblinki. Nigdy nie czynił oręża moralnego szantażu z traumatycznej identyfikacji. Nie uważał się ani za Polaka, ani za Niemca. W pełni czuł się Żydem. Ale był nimi równocześnie. Ucieleśniał sobą czystą inteligencję człowieka uniwersalnego. Ten uniwersalizm budował w bibliotece, autorytet natomiast wykuwał w setkach tekstów pisanych do niemieckiej prasy.

Po wojnie, nim opuścił Polskę, był związany z aparatem bezpieczeństwa, pracował dla polskiego wywiadu. Cóż, jako że kwitów na Ranickiego dotychczas nie znaleziono, a on sam mówił, że niczego nie musi się w swojej biografii wstydzić, przeto winniśmy mu dozgonną wdzięczność, że przyjął pseudonim Ranicki. Być może ten właśnie człon nazwiska podobał mu się bardziej niż cała polska proza. Ubóstwiał natomiast polską poezję. Za to, że jest nieprzetłumaczalna. Dzięki Bogu, żaden poeta nie wpadł tym samym pod jego krytyczną kosę.

Po jego śmierci można wygłosić parę obiegowych komunałów o wielkiej stracie, wyjątkowym uszczerbku w łonie kultury itp. Najbardziej zastanawia mnie fakt, że Niemcy dali aż taki wyraz kondolencyjnej dumy. O tej śmierci donosiły nawet tabloidy, jak „Bild”. Przemieszczenie fenomenu i persony o potężnej wiedzy w świat kompletnej ignorancji i uproszczenia ma w sobie coś z gestu przywłaszczenia, ale również jest heroiczne. Ocala resztki mentalnej godności. Jasne, że mała to satysfakcja po śmierci dla adresata tych funeralnych pochlebstw. Ale Ranicki powinien być w niebiosach literatury zadowolony. Przedostał się nie przebojem, tylko żmudną praktyką lektury, do świadomości zbiorowej. Nadmieńmy, że nie używał do tego botoksu, gołego przyrodzenia czy prywatnych fotek z wakacji. Używał mózgu i głosił, że mózg jednak powinien do czegoś służyć, a jego jedyną siłownią jest światowa biblioteka.

Oczywiście, krytyk nie był jedynym i ostatnim sprawiedliwym. Z pewnością jednak należał do formacji i pokolenia ludzi, dla których tekst wiersza czy fragment prozy niosą sens bez mała życiowy. Takich ludzi jest coraz mniej. Również na naszym podwórku ziemia już gęsto zaorana grobami Artura Sandauera, Jana Błońskiego, Henryka Berezy – by wymienić tylko tych wybitnych krytyków, których mogę pamiętać. Z tego, co wyłapałem w prasie na okoliczność śmierci Henryka Berezy, w świadomości zbiorowej pozostanie drukarski chochlik i efekt w postaci zabawnego w sumie błędu: Bereza odkrył Stachurskiego, a nie Stachurę. No i podpis ministra pod nekrologiem. I o tym fakcie doniósł tabloid „Fakt”. Czyli 1:1 w hagiograficznych gestach pseudodziennikarstwa. Szkoda, że poza tą bzdurą polskie media nie poświęciły więcej czasu postaci, która tak samo jak Ranicki miała swoich zagorzałych fanów i przeciwników. Jedno jest pewne. Henryk przeczytał więcej książek niż Ranicki. A był od niego o sześć lat młodszy. Czytał w obcych językach, stąd mała przewaga. Nie polegał na przekładach. Niemiecki krytyk miał natomiast tę przewagę, że kochała go kamera. A i on wykazywał niemałe predyspozycje aktorskie. Sęk w tym, że ktoś tę kamerę publicznej telewizji decydował się kierować właśnie na rozmowę o literaturze. Ktoś potrafił traktować widzów, ba, naród jak inteligentne jednostki, a nie zbiorowisko pastewnych buraków skazanych na smutną wegetację przed ekranem, na którym ciągle coś pichcą, skaczą, śpiewają. Cóż, w zawodach na poważną realizację misji mediów publicznych raczej z Niemcami nie wygramy, nawet gdybyśmy dochowali się całego zastępu Ranickich.

Krzysztof Siwczyk, jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą oraz aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). W 2012 r. wydał tom wierszy „Gody”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim znajdującym się w domu, w którym mieszkał Rafał Wojaczek.

Polityka 39.2013 (2926) z dnia 24.09.2013; Kultura; s. 75
Oryginalny tytuł tekstu: "Śmierć krytyka, śmierć misji"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną