Książki

Rzecz nieludzka

Recenzja książki: Anna Janko, „Mała Zagłada”

materiały prasowe
Z początkiem czerwca 1943 r. wieś Sochy na Zamojszczyźnie przestała istnieć. Niemcy spacyfikowali – jak to się eufemistycznie określa – całą okolicę.

Domy zrównali z ziemią, wymordowali mieszkańców. Niektórzy uszli z życiem, bo jakiś „dobry Niemiec”, przytomniejący na widok dziecka, zezwolił na ucieczkę. Decydował przypadek. Tak ocalała m.in. Teresa Ferenc, matka pisarki i poetki Anny Janko, wówczas dziewięciolatka. „Mała Zagłada” nie jest jednak ani reportażem, ani wyłącznie spisem wspomnień. Napisana w formie dialogu, lekka, momentami wręcz gawędziarska, jest przede wszystkim opowieścią o mimowolnie dziedziczonym strachu. Janko staje się spadkobierczynią tragedii swoich bliskich, ich trauma jest jej traumą, przeczucie wojny stale jej towarzyszy. Widać to wyraźnie w samej narracji – wspomnienia matki (jej pamięć przez lata „zetlała”) i dopowiedzenia córki mieszają się i uzupełniają. Uporządkowania wydarzeń i racjonalizacji kolejne pokolenia potrzebują zresztą nawet bardziej – „historia, gdy się od nas oddala, mitycznieje”. Stąd potrzeba, by oddać jej sprawiedliwość, by ofiary odzyskały imiona i przestały figurować jako mieszkańcy domu numer 10, 15, 70. Bo też trzeba podkreślić, że nie o szukanie winnych tutaj chodzi, ale o nazwanie emocji i pamięć. Takich wiosek jak Sochy były dziesiątki, nie tylko w Polsce. Opowiedziana z bardzo prywatnej perspektywy „Mała Zagłada” przypomina więc o powszechnym wówczas dramacie, trudnym do wyobrażenia złu. I, tak jak w reportażach Swietłany Aleksijewicz, tak też tutaj wojna nie jest tylko tragicznym fragmentem historii, ale wspomnieniem, które również po latach wzmaga czujność, jest zagrożeniem, które może się powtórzyć.

Anna Janko, Mała Zagłada, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s. 264

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Polityka 5.2015 (2994) z dnia 27.01.2015; Afisz. Premiery; s. 66
Oryginalny tytuł tekstu: "Rzecz nieludzka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną