Fragmenty książek

Żadna władza nie może być śmieszna. Bo wtedy się rozpada

Okładka książki „Przedwojnie” Okładka książki „Przedwojnie” mat. pr.
Z chwilą, w której znienawidzona, pogardzana, lekceważona i opluwana władza staje się przedmiotem gromadnego śmiechu, zaczyna znikać. Publikujemy fragment powieści „Przedwojnie” autora znanego w sieci jako Galopujący Major.

Ten tramwaj dalej nie pojedzie! – zarechotał facet w kevlarowej kamizelce. – Wysiadać, obywatele – dodał ironicznie, a potem zaczął uderzać w poręcz u drzwi tramwaju.

– Wysiadać, wasi kibolscy przyjaciele właśnie zapewniają wam spacer – wydarł się drugi, usta miał wysuszone, z resztkami śliny pieniącej się na wargach. – Słyszeliście, wypierdalać stąd!

Posłuchali i cały tramwaj dźwigających się naraz osób wstał i wyszedł przed rondo. Posłuchali, bo posłuchać musieli, gdy tak życzyła sobie władza, która broniła ich przed hołotą. Posłuchał też Maciek, który chowając ulotkę do tylnej kieszeni, ruszył w kierunku parku Skaryszewskiego.

Tam już czekała policja. Widział to Maciek i widziała reszta wypędzonego tramwaju. Widzieli, jak wszystko stało w pogotowiu, jak medialne wozy z ogromnymi wyświetlaczami parkowały nieopodal. Widział też Maciek postawione na sztorc doborowe oddziały spoconych służb, nawet kilka patroli konnych, śmierdzących łajnem, albowiem tratowane przez ludzi w kominiarkach koniki idealnie nadawały się do policyjnego przekazu pompowanego w publicznej telewizji niemal do urzygu. Wszystko czekało – te dłuższe, bardziej twarde pałki, dwa syczące już wozy pancerne i te kilka roztrząsanych torebek białego proszku, które pokątnie pozwolił rozprowadzić dowódca, wiedząc, że nie na rozpraszanie idą, lecz na regularne obijanie mordy i ugniatanie genitaliów – wszystko to czekało, by się w obliczu postępującego kryzysu uwiarygodnić.

Żadna bowiem władza, ani ta najbardziej lukrowana i tolerancyjna, tocząca się beztrosko jak cukrowa kuleczka, zezwalająca tu i teraz niemal na wszystko, ani ta tolerancyjna najmniej, reagująca ospale, wedle własnego widzimisię, niczym zaziewany olbrzym, żadna z nich nie może sobie pozwolić na jedno. Nie może być śmieszna. Z chwilą, w której znienawidzona, pogardzana, lekceważona i opluwana władza staje się przedmiotem gromadnego śmiechu, zaczyna znikać. Zaczyna topić się i rozpadać, dezintegrować. Zaczynają puszczać wszystkie te niewidzialne linki i nitki utrzymujące wszechświat w pionie, wymuszające przestrzeganie praw przez miliony pilnowane zaledwie przez garstkę w imię spisanych na papierze zasad, którymi, jeśli tylko owe miliony zechcą, mogą ową garstkę nakarmić, wpychając im konstytucję i ustawy prosto do gardła. Nie, nie może sobie władza pozwolić na śmieszność, tak jak nie może sobie pozwolić szkolny nauczyciel na wsadzanie wiadra na głowę, a właśnie takie wiadro wczoraj wsadzili rządzącym na łeb obywatele, zwyciężając służby porządkowe pod Centrum Kopernika. Teraz obśmiana władza, której odgrażających się piąsteczkami ministrów przywitała pod Sejmem fala rechoczącego śmiechu, szukała pretekstu do odwetu. I szybko go znalazła.

Wracający z niedzielnego pikniku kibice byli idealnym obiektem prowokacji. Podpici, nabuzowani i rozkrzyczani w swym gniewie, oficjalnie w ramach szlachetnego antykorporacyjnego ruchu Against Modern Football, a nieoficjalnie wściekli na wykołowanie ich z tych wszystkich malutkich geszefcików, sklepów z szalikami i trąbkami, pokątnego handlowania oprawą, odcięci przez wyższe cwaniactwo w garniturach od obwisłych komercyjnych cyców, wracali kibice z amatorskich rozgrywek pozakładanych przez nich klubów, które co weekend parzyły się ze sobą, uczestnicząc w czymś przypominającym ni to futbol, ni to erotyczne zapasy. Wracali silni nienawiścią do tych nowych panów z białymi podeszwami najmodniejszych i niemożebnie drogich lakierków i jeszcze bielszymi karnetami dla VIP-ów, do tych nowych timberlandowych tatusiów z dziećmi na stadionach i do różowych gender przewijaków w każdym kiblu. Ale jeszcze bardziej nienawidzili tego miejsca w parku Skaryszewskim, gdzie grali, niby pokazując światu, jak bardzo mają w rzyci komercyjny futbol, a tak naprawdę tęsknili za tym, aby nad głową unosił się ogrom stadionu, a huk braw podczas pieśni znowu przyprawiał o dreszcze. Tak, teraz oni byli piknikami, takimi dosłownymi wręcz piknikami, teraz ich okradziono ze wszystkiego, co raz w tygodniu miało jakiś, niechby i nieracjonalny, ale jednak sens, więc zapijali ból i uczucie pustki kolejnymi puszkami browarów, cydrów i „ręcznie warzonych” miodów pitnych z konturami Wielkiej Lechii na etykiecie.

Policjanci zaczęli spokojnie, chyba jak zawodowcy – pomyślał Maciek, stojąc tuż przed rondem i odhaczając wzrokiem kolejne punkty programu. I miał rację, bo rzeczywiście służby przystąpiły do legitymowania pierwszych zamroczonych kibiców, przyzwyczajonych, że w te piłkarskie niedziele można sobie chodzić wzdłuż i wszerz ulic i jeszcze, tak dla zabawy, nawrzucać policjantom. Potem kilku kibiców policjanci popchnęli celowo nogą, żeby bardziej okazać obrzydzenie, jednego skuli, a gdy się odwinął, bo miał się właśnie odwinąć, na oczach całej wracającej reszty od razu dostał kilka pał prosto w zdziwione nerki.

– Teraz się zacznie – usłyszał Maciek komentarz ciemnowłosej blondynki, która trzymała kubek termiczny w kolorze własnego płaszcza i relacjonowała przebieg akcji komuś przez telefon.

I rzeczywiście, zaczęło się. Naturalność, z jaką kibice przyjęli wyzwanie, rozbiegli się, sformowali watahy i do razu, metodycznie, niczym dobrze naoliwiona taśma produkcyjna, podzielili zadania, musiała robić wrażenie – na Maćku, jego przygodnych towarzyszach z zatrzymanego tramwaju i wszystkich tych, którzy w to niedzielne popołudnie przerwali serialowo-wirtualne napychanie mózgu szklaną watą i obserwowali w necie wszystko na żywo. Jedni kibole podbiegali do policjantów, zachęcając do walki, inni na zapleczu kruszyli już, co się dało, i podpalali kosze na śmieci, jeszcze inni wyrywali rachityczne drzewka i krzaki, które nadawały się na broń, z jaką polscy wojowie idą w bój z opancerzonym wrogiem. Najbardziej odważni podjeżdżali do policjantów na skuterach i wrzucali kamienie za tarcze, kręcąc przy tym bezczelne kółka, robiące w tym tańcu godowym za pawie pióra, aby zaraz potem uwijać się wokół tych kilku konnych policjantów i drażnić zwierzęta dokładnie tak, jak zaplanowano to w scenariuszu. Ale te wszystkie zaloty nie trwały długo. Nagle bowiem tarcze się rozstąpiły i z otchłani kasków, pałek i kevlarowych kamizelek wyłoniły się dwa wozy bojowe, które rozpoczęły brutalne polewanie pomarańczową wodą. Strumień obalał wszystko na swej drodze i w jednej chwili ludzie, skutery, gałęzie, kosze na śmieci – wszystko to zaczęło się ślizgać i tańczyć drgającym walcem na oranżadowym lodowisku, a ludzie przed telewizorami i ekranami komórek otwierali usta i dopingowali, żeby więcej, więcej jeszcze tej kibolskiej hołocie dojebać, żeby ich tą wodą w kolorze zachodzącego słońca i rozżarzonego ognia raz na zawsze przytwierdzić do gleby i rozprasować nimi mokre ulice.

Musi być lepkie i słodkie – myślał Maciek, gdy zamiast stać jak reszta gapiów, próbował się przebijać w stronę domu, wzdłuż budynków okalających czułymi ramionami rondo Waszyngtona. (…) Przebił się przez pierwszą linię, pędził dalej, wzdłuż parku, gdzie część tych najmłodszych wandali w pocie czoła i kapturów produkowała amunicję, zagrzewana przez czterdziestolatka nabrzmiałego tak, że zawał i wylew jednocześnie tapetowały się mu na twarzy.

– Dawej, dawej! – zaciągnął po wschodniemu Nabrzmiały, a ci młodzi kibole rzeczywiście temu samozwańczemu dowódcy dawejowali, chociaż przecież chcieli, tak bardzo chcieli, iść tam, na czoło, tłuc się z policją, wyzywać i umorusać nadgarstki, być może do krwi, oby ciężkiej i lepkiej. Ale hierarchia nakazała im tyrać w tej zwołanej ad hoc manufakturze przemocy oraz improwizowanej amunicji. Tym bardziej więc wściekli, wciąż popędzani starczym „Dawej, dawej!”, wyrywali paliki wokół rachitycznych drzewek i urywali lusterka boczne aut, by je od razu podrzucić tym kilku krążącym na obklejanych wlepkami skuterach.

– Dawej! – zawezwał nabuzowany szesnastoletni może nygus, wyrastając przed Maćkiem, tak że ten ledwo zdołał uskoczyć. – Dawej! – ponowił, szurając ortalionem, bo jakże to? On i jemu podobni karnie dawejowali, choć woleliby się do krwi napierdalać, a ten tutaj stary mameja stoi i się japi niczym gnat w pizdę? Wczepił więc w Maćka swoje długie, zbyt mocno obgryzane palce i zaczął go coraz mniej przyjaźnie ciągnąć ku stanowisku kruszenia płyt chodnikowych.

– Puść! Ja nie z wami! – zawył Maciek i zaraz zrozumiał swoją omyłkę.

– To z psiarni!? Z psiarni? Konfident? – pytał łamiącym się głosem nygus i jął coraz mocniej chwytać się Maćka i coraz bardziej przyciągać.

– Puszczaj, do chuja, z jakiej psiarni!? Ja nie z psiarni! – protestował Maciek.

– To skąd?

Miał już odrzec, że z Pragi, co mu się zawsze wydawało wyjściem najbardziej warszawsko-szlacheckim, ale wzrok jego powędrował w ślad za spojrzeniem rozszerzających się źrenic zszokowanego nygusa.

– Co do kurwy? – spytał sam siebie Maciek, widząc, jak pośród tego tłumu wściekłego kibolstwa sunie w górze ogromny, wypchany gepard, a za nim kozica. – Co do kurwy?

Takich pocisków nie tylko Maciek, ale nikt się tutaj przecież nie spodziewał, ani ta zgraja stulejkowatych gówniarzy, ani ten nadający „Dawej, dawej!” czterdziestolatek. Ale gdy pod naporem sapiącego SUV-a, do którego ordynarny włam młodociani kibice zrobili z czystej radochy, padły drzwi wejściowe do sklepu myśliwskiego, ta zgraja szesnastolatków, piszcząca wręcz z radości, rzuciła się do plądrowania. Łapali wszystko, dosłownie wszystko, co się nawinęło pod ręce: myśliwskie kapelusze z aksamitnymi wstawkami, pikowane kamizelki, koszule i koszulinki, zielone, oliwkowe i w kratkę, miękkie polary, puchowe śpiwory, brunatne moskitiery, krzesełka składane oraz nierozkładane, kurtki i skrzydlate płaszcze, wodoodporne buty do deptania przelewających się zwierzęcych kiszek i rękawice do obdzierania ze skóry wszystkiego, co żywe i co martwe, a w końcu nawet wypchanego geparda i kozicę. Przede wszystkim rzucili się jednak na noże, noże kieszonkowe, zmyślne i chowane w najdziwniejszych miejscach, arystokratyczne myśliwskie finki, zadziorne scyzoryki, noże do podrzynania cienkiego gardła i noże salonowe, tyleż nieużyteczne, co pieszczone obłędnie zachwyconym wzrokiem właścicieli oraz te dwie rozczulające wręcz maczety, które zwinięto w pierwszej kolejności razem z lunetami, lornetkami i jednym noktowizorem. Wzięliby pewnie i broń palną, ale właściciel okazał się na tyle przewidujący, że przed tą hołotą z gminu, jak mawiano na mieście stołecznym Warszawa, pochował i strzelby, i amunicję, za dużo ludzi ginęło ostatnio od kul, zwłaszcza na prowincji, głównie od kul i pistoletów z Ukrainy. Więc zostały tylko te rozłożyste i szorstkie poroża wypchanych zwierząt polskich, bardziej jednak cudzoziemskich, które w niemym oburzeniu obserwowały ten nieludzki, a właściwie to bardzo ludzki rabunek, deptanie tłuczonej myśliwskiej porcelany, głośne przekleństwa i zabieranie ich, cudów martwej natury, w ostatnią już podróż.

Przed sklepem bowiem wszystkie te wieszaki z ubraniami, niedające się unieść w pośpiechu fanty i spreparowane afrykańskie bestie rzucano na asfalt. Całą tę łowiecką scenografię wnet podpalono i ogień szybko niósł się w górę, oddając hołd pomordowanym zwierzęcym istnieniom, które chwiejący się na nogach pijani warszawscy myśliwi zdejmowali z bezszelestnych aut elektrycznych albo ambon strzeleckich wyposażonych już nawet w lodówki na wódę, wi-fi i uchwyty na przenośne tablety.

Łukasz Hassliebe, „Przedwojnie”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2020, s. 400

Reklama

Czytaj także

Kultura

Kawiarnia literacka: Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka

Polska to nie jest kraj, w którym wypada mówić, że 500 plus nie należy się wszystkim.

Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka
26.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną