Recenzja płyty: Warren Haynes, „Ashes&Dust”

Mniej elektryczności
Artysta nie dba o zasady panujące w komercyjnych stacjach radiowych i proponuje słuchaczowi utwory dłuższe, niespiesznie się rozwijające, wciągające swoim klimatem.
materiały prasowe

Czy to jako solista, czy jako członek różnych zespołów – takich jak The Allman Brothers Band albo Gov’t Mule – Warren Haynes zawsze był niemal wzorcowym przedstawicielem amerykańskiego southern rocka i bluesa. Tymczasem jego najnowsza płyta „Ashes&Dust” może być pewnym zaskoczeniem. Haynes nagrał ten album z towarzyszeniem grupy Railroad Earth, wykonującej muzykę spod znaku bluegrass, country i folku. Recenzenci dopatrują się tu powrotu artysty do dźwięków, których słuchał jeszcze jako dziecko w rodzinnej Karolinie Północnej. Na „Ashes&Dust” mamy mniej elektryczności, a więcej akustycznych brzmień takich instrumentów, jak banjo czy mandolina. Nadal słychać tu jednak echa bluesa i rocka. Artysta jak zwykle nie dba o zasady panujące w komercyjnych stacjach radiowych i proponuje słuchaczowi utwory dłuższe, niespiesznie się rozwijające, wciągające swoim klimatem. Na płycie znalazły się nie tylko oryginalne kompozycje Haynesa. Znajdziemy tu też kilka coverów, w tym wersję „Gold Dust Woman” Fleetwood Mac zaśpiewaną w duecie z Grace Potter. Dla bardziej oddanych fanów Warrena Haynesa dostępna jest też dwupłytowa wersja deluxe.

Warren Haynes, Ashes&Dust, Provogue

Ocena: 4,5/6

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną