Recenzja płyty: Taco Hemingway, „Café Belga”

Rap gazeta
Raper Taco Hemingway szybko się przebił do publiczności szukającej pokoleniowych tekstów, jeszcze szybciej dał się poznać reszcie niezdecydowanych i teraz „słyszy siebie w Esce”.
materiały prasowe

Cóż, ludzie z pewnością miewają większe problemy niż to albo fakt, że „chcieliby znowu jeździć ZTM-em”. Nowy album „Café Belga” – wydany również bardzo szybko po płycie duetu Taconafide – wydaje się dla niego próbą nabrania dystansu do popularności, którą zdobył. Tym bardziej że całą sytuację relacjonuje z perspektywy tytułowej brukselskiej kawiarni, w której może się schować przed sławą w kraju. Opowiada bardzo na gorąco – bardziej jeszcze niż ostatnie nagrania Kanyego Westa jest to rap-gazeta, wciągająca bardziej przez aktualność niż wybitność. Taco relacjonuje przedwakacyjne występy („Hej, scena główna na Orange’u, patrz jak płynę”), wykorzystuje motyw porażki na mundialu („Wszyscy nas kochają, kiedy wygrywamy, nienawidzą, gdy przytrafi się Senegal”), w „4AM in Girona” – pierwszym od dawna utworze po angielsku – wykorzystuje fragment filmu „Zimna wojna” Pawlikowskiego. Wracają celne odwołania do kultury bardziej lub mniej masowej (Gombrowicz, Kubrick), poprzedni producenci nagrań (Rumak, Borucci), łatwość czarowania porównaniem („Czułem się jak martwy piksel”), ale i jakieś lekkie zmęczenie konwencją. Wraca też, chyba niepotrzebnie, nadużywany na płycie Taconafide efekt wokalny Auto-tune. Ale z tym śpiewaniem raperów jest najwyraźniej jak z używkami, tatuażami czy sławą – po pierwszym razie trudno zrezygnować.

Taco Hemingway, Café Belga, Asfalt

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną