Kim jest delebryta, czyli jak zarobić po własnej śmierci?

Gdy mi ciebie zabraknie
Co może sprzedać delebryta, czyli dlaczego gwiazdy, które zeszły z tego świata, pozostają na rynku i często zarabiają lepiej niż te żywe.
Możliwość wykorzystania wizerunku Marilyn Monroe stała się przedmiotem sporu sądowego.
materiały prasowe

Możliwość wykorzystania wizerunku Marilyn Monroe stała się przedmiotem sporu sądowego.

Spór o wizerunek Grzegorza Ciechowskiego dopiero się rozkręca.
materiały prasowe

Spór o wizerunek Grzegorza Ciechowskiego dopiero się rozkręca.

Po jedno z najsłynniejszych zdjęć Alberta Einsteina sięgnęła firma Apple.
materiały prasowe

Po jedno z najsłynniejszych zdjęć Alberta Einsteina sięgnęła firma Apple.

DESIGNECOLOGIST/Unsplash

Tekst został opublikowany w POLITYCE w październiku 2014 roku.

Chopin, gdyby jeszcze żył, toby pił – twierdzi Nos w „Weselu” Wyspiańskiego. Twórcy reklamy markowej whisky uznali, że Bruce Lee również nie wylewałby za kołnierz, czym rozjuszyli wielu jego wyznawców – mistrz kung-fu był przecież zdeklarowanym abstynentem. A Grzegorz Ciechowski? Czy miałby coś przeciwko powstaniu inspirowanej jego wizerunkiem linii eleganckich ubrań, które niedawno ogłoszono ku protestom kolegów i fanów? Spory dotyczące komercyjnego wykorzystania wizerunku osób zmarłych to na całym świecie codzienność, a za potrzebami rynkowymi, pomysłami agencji reklamowych i technologicznymi rozwiązaniami ledwie nadążają regulacje prawne. Kto decyduje o życiu po życiu bohaterów zbiorowej wyobraźni?

Martwe sławy

W reklamowo-naukowym żargonie nazywa się ich bezpardonowo delebami – to skrót od „dead celebrities”, czyli martwych sław. Bez delebów nie byłoby rosnącego w siłę nekromarketingu (zwanego również eufemistycznie retromarketingiem), który ma przed sobą świetlaną przyszłość. Tak przynajmniej twierdzą Denver D’Rozario z Uniwersytetu Howarda i Frank K. Bryant z Kalifornijskiej Politechniki Stanowej w opublikowanym na łamach „International Journal of Marketing Studies” artykule „Wykorzystanie wizerunku zmarłych celebrytów w reklamie i marketingu – omówienie, rekomendacje etyczne i rady dla praktyków”. Z ich ustaleń wynika, że deleb to współpracownik niemal idealny.

Po pierwsze, deleb nie jest tak chciwy, jak gwiazda z krwi i kości. Przykład pierwszy z brzegu: za współpracę z Gillette David Beckham zainkasował 30 mln funtów, a Jamesa Deana można zatrudnić na rok już za niecałe 10 tys. Beckham świetnie się trzyma, ale nastolatkiem już nigdy nie będzie, natomiast Dean – owszem, na zawsze służy wizerunkiem wkurzonego na świat młokosa. Na delebie można też polegać – do internetu nie wyciekną jego nagie zdjęcia, nie wpadnie na granicy z narkotykami w torebce, nie chlapnie w wywiadzie, że tak naprawdę to on nie używa farb do włosów, a jeśli pije piwo, to tylko od konkurencji. Podobnie jak przy żywych gwiazdach, trzeba jednak pamiętać o należytym dostosowaniu twarzy do produktu – przy potknięciu zagrożone mogą być nie tylko sprzedażowe cele klienta, ale i reputacja deleba. Warto też pamiętać, że wizerunek deleba łatwo przegrzać, bo on sam nigdy nie odmówi zagrania w kolejnym spocie, ale jego fani mogą już tego nie znieść.

Łatwiejszy w marketingowej obsłudze jest wizerunek deleba, który zmarł młodo, bo jest „zamrożony w czasie” – cenniejszy i łatwiejszy do sprzedania jest więc James Dean niż Marlon Brando, bo w obiegu funkcjonuje zbyt wiele podobizn tego ostatniego i nie na wszystkich jest, delikatnie rzecz ujmując, równie atrakcyjny. Wprowadzenie deleba w nowy kontekst, wcześniej jego fanom nieznany, to koronkowa robota, bo równie dobrze można uzyskać fantastyczny marketingowy efekt, jak i ściągnąć sobie na głowę wizerunkową katastrofę. Nieudana kampania z żywą gwiazdą jest wtedy, kiedy nikt jej nie zauważa. Ale nietrafiona kampania z delebem w roli głównej wywołuje emocje i strąca jej autorów w piekło oskarżeń – o wątpliwą kondycję etyczną, żerowanie na emocjach czy wręcz rabowanie grobów.

Delebryckie eldorado

Rozwój technologii każe nam spodziewać się coraz częstszych wizyt bohaterów z zaświatów – skoro w 2012 r. nieżyjący już wówczas od kilkunastu lat raper Tupac Shakur dał koncert na festiwalu Coachella, to czemu nie mielibyśmy wkrótce kupować biletów na występy hologramów Beatlesów czy Hendriksa? O nowym pełnometrażowym filmie z Bruce’em Lee w roli głównej szepcze się już od ponad dekady, a w kolejce czekają m.in. John Wayne, Fred Astaire i Marilyn Monroe.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj