Ludzie i style

Obywatel gór

Denis Urubko. Poświęcił aktorstwo dla korony Himalajów

Koronę Himalajów Denis Urubko zgromadził w 9 lat. Koronę Himalajów Denis Urubko zgromadził w 9 lat. Archiwum Denisa Urubki / Archiwum prywatne
Denis Urubko zdobył 14 ośmiotysięczników. Wszystkie pod flagą Kazachstanu. Mieszka we włoskich Alpach, ma rosyjską duszę, ale od lutego 2015 r. jest obywatelem Polski.
Dzięki nawiązaniu relacji z Polakami Urubko dostaje się do składu zimowej wyprawy na K2, kierowanej przez Wielickiego.Jan Reurink/Wikipedia Dzięki nawiązaniu relacji z Polakami Urubko dostaje się do składu zimowej wyprawy na K2, kierowanej przez Wielickiego.
Denis od kilku lat mieszka w Nembro koło Bergamo, w rodzinnych stronach Simone Moro.Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta Denis od kilku lat mieszka w Nembro koło Bergamo, w rodzinnych stronach Simone Moro.

Denis Urubko wziął udział w akcji ratunkowej na Nanga Parbat. Poniższy tekst ukazał się w POLITYCE w marcu 2015 r.

Historia mogłaby się zaczynać jak baśnie: za siedmioma górami, za siedmioma lasami, bo swój początek ma też w odległym miejscu, w Kraju Stawropolskim. Jak życie wielkiego rosyjskiego pisarza Aleksandra Sołżenicyna. Choć to przedmurze Kaukazu, świat jest tam płaski, krajobraz stepowy, w okolicy wyrastają jedynie łagodne wzgórza. Niewinnomyssk jest rolniczym miastem handlowym do czasu otwarcia w 1962 r. zakładów chemicznych. W 1973 r. rodzi się w nim Deniska – tak mówi do synka mama, nauczycielka muzyki. Ojciec, z zamiłowania wędkarz i myśliwy, pracuje w zakładach azotowych. Dorastający Dienik – jak woła na niego tata – chodzi z nim na grzyby, ze wzgórz patrzą na ośnieżone, odległe o 150 km szczyty. Koło szkoły działa klub turystyczny, gdzie młody Denis chodzi posłuchać opowieści i pooglądać filmy o Centralnym Kaukazie, dwukrotnie bierze też udział w wycieczkach klubowych na Besztau – liczącą 1400 m n.p.m. i pięć wierzchołków górę opodal uzdrowiska Piatigorsk oraz w rejon Dombaju, otoczony przez trzytysięczniki. Chłopak nie zawsze może się cieszyć z odkrywania świata, jest chorowity, słaby, dręczą go dotkliwie alergie. Wkrótce przeradzają się w astmę. – Lekarze powiedzieli moim rodzicom, że przed dwudziestką mogę umrzeć, a oni nie mają odpowiednich leków. Znacznie lepiej byłoby zmienić strefę klimatyczną – wspomina. Rodzice dla zdrowia syna zostawiają wszystko. Bliskich, pracę, dom. Przenoszą się we czwórkę, z 14-letnim już Dinią – jak nazywa go trzy lata młodsza siostra – aż na Sachalin, wyspę u wybrzeży Pacyfiku, niedaleko Japonii. W linii prostej ponad 7200 km od Niewinnomysska.

Z wiatrem przygody

Chłodny i wilgotny morski klimat od razu przynosi poprawę zdrowia Denisa. Nad Jużnosachalińskiem, w którym rodzice dostają dom i pracę, wyrastają tysiącmetrowe góry. Zapuszcza się w nie bez celu. Tylko po to, by osiągać szczyty. To nie znajduje aprobaty w ojcowskich oczach. – To były małe przykłady prawdziwych gór i przygody – wspomina przyszły himalaista. – Silne wiatry powywracały drzewa, góry były więc łyse na szczytach, w zimie pokryte głębokim śniegiem i bardzo zimne.

W szkole średniej uczęszcza też na zajęcia kółka teatralnego, następnie składa papiery do szkoły teatralnej w kontynentalnym Władywostoku. – Podążałem przez całe młode życie dwiema drogami: aktorstwa i alpinizmu, chociaż nie miałem pojęcia ani o sztuce aktorskiej, ani o wspinaczce górskiej. W czasach studenckich wpada mu w ręce czasopismo podróżnicze „Wiatr przygody” z tekstami o Reinholdzie Messnerze i wielkich wspinaczkach. – Uświadomiłem sobie, że alpinizm to coś honorowego – wyjaśnia po angielsku. – Zacząłem już świadomie podążać tą drogą. Step by step. Krok po kroku – dodaje już po polsku, jak niegdyś Leo Beenhakker.

Sięga po mapę. Zaczyna odkrywać najpierw góry w okolicy Władywostoku. Czasem wędruje przez cztery–pięć dni, w kurtce, z teczką, w której chowa kanapki i zapałki. W nocy kładzie się blisko ognia. Mapa ujawnia kolejne pasma górskie Syberii: Kodar na Zabajkalu oraz Ałtaj, gdzie wchodzi na najwyższą czteroipółtysięczną Biełuchę. Wszystko to samotnie, wędrując po dwa tygodnie po tajdze i górach, choć tym razem już z wielkim plecakiem od polskiego producenta, na który wydaje większość oszczędności. – Widziałem nawet niedźwiedzie i tygrysy, które mnie omijały, ale najbardziej dzikim zwierzęciem jest człowiek. Gdy spotkasz w tajdze ludzi, mogą cię zabić tylko po to, by zabrać twój sprzęt i pieniądze. Życie jest tam prawie niczym. Miałem jednak szczęście.

By zarobić na kolejne podróże, dalej i wyżej, ima się różnych zajęć, pracuje w szatni w teatrze, sprząta nawet ulice. Na Kluczewską Sopkę, najwyższy wulkan na Kamczatce, jedzie w zimie, bo tylko w ferie może znaleźć czas. Prowadzący sekcji z klubu turystycznego poleca, żeby zapisał się do miejskiej sekcji alpinistycznej.

Latem 1992 r. musi już zdecydować, czy kontynuować szkołę aktorską czy pielęgnować pasję wspinaczki. Decyzję podejmuje szybko. – Zrozumiałem, że będąc aktorem, będę musiał wiele razy żyć cudzym życiem, a nie swoim. A ja chciałem przeżywać tylko jedno, własne, podążając swoją drogą – tłumaczy.

Porzuciwszy szkołę aktorską, kształci swoje umiejętności w jeszcze wyższych górach – Tien-szanie. Pracuje w kirgiskiej dolinie Aksu przy obsłudze zagranicznych grup. Gotuje, zmywa, a w czasie wolnym wyrywa się na ściany pięciotysięczników. Raz, gdy wraca ze wspinaczki spóźniony, zastaje pusty obóz. Schodzi dwa dni doliną, o jedzenie prosi pasterzy. Dociera do miasta Osz, gdzie spotyka przypadkiem wspinaczy z Centralnego Sportowego Klubu Armii Kazachstanu, wracających z wyprawy na Pik Komunizmu. Całą noc piją wódkę, palą i snują górskie opowieści. Erwand Iliński, trener w CSKA, odradza mu samotną wyprawę na Pik Lenina, którą właśnie miał w planie, zaprasza w szeregi klubu i zabiera wojskową ciężarówką do Ałma-Aty. Młody Urubko czuje się tak, jakby złapał Pana Boga za nogi, choć jest ateistą. Na Sachalin wraca tylko, by zarobić na wyjazd do Kazachstanu. O 19-latka, który rzucił studia, upomina się jednak armia. Podpisuje oświadczenie, że do wiosny nie opuści miejsca zamieszkania. Zaraz po tym, w styczniu, pakuje wszystkie rzeczy i ucieka po raz pierwszy w życiu. Pociągiem dociera do Kazachstanu. I puka do bram CSKA.

Uczestniczy w klubowych zajęciach, żeby przeżyć, znów pracuje w teatrze, ale jako Rosjanin nie może zostać żołnierzem. – To było niemożliwe. Próbowałem nielegalnie, znajdowałem kruczki prawne, w ministerstwie obrony wielu młodych Kazachów robiło wszystko, by uniknąć poboru, a ja prosiłem o to, gdzie tylko się dało – opowiada.

Udaje się po kilku miesiącach, a po półtora roku służby awansuje na porucznika. Celem są jednak inne pagony – najwyższe szczyty Tien-szanu.

Uczynki porucznika

Den – jak mówią do niego wojskowi koledzy – przez całe lata 90. i początek nowego stulecia służy w armii obcego kraju, dostaje jego obywatelstwo, mieszka w Ałma-Acie, uczestniczy w ekstremalnych zawodach biegowych i alpinistycznych na szczyty Amangeldy, Chan Tengri, zdobywa mistrzostwo Wspólnoty Niepodległych Państw, Kazachstanu i Kirgistanu. W połowie lat 90. z szeregów klubu odchodzą najlepsi. „Jedni zajęli się biznesem, inni emigrowali, jeszcze inni zaczęli działać w pojedynkę” – to cytat z opowiadania „Czekan porucznika” z książki Urubki pod tym samym tytułem. Analogicznie jak w tym samym okresie w Polsce. Najlepszy z kazachskich himalaistów Anatolij Bukriejew ginie zrzucony przez lawinę z południowej ściany Annapurny. Jego partner wspinaczkowy i przyjaciel, Włoch Simone Moro, cudem przeżywa, spadając 800 m na śnieżne półki.

Bukriejew tuż przed śmiercią opowiedział mu o swoim projekcie zdobycia w ciągu jednego sezonu Śnieżnej Pantery, czyli pięciu siedmiotysięczników w byłym ZSRR. Uczeń Moro po śmierci górskiego mistrza postanawia zadedykować mu wyprawę i zaprosić na nią dwóch młodych wspinaczy z CSKA jako miejscowych przewodników. Jednym z wyłonionych w półrocznym procesie klubowej selekcji jest Urubko. Latem 1999 r. wchodzi na wszystkie pięć szczytów w niepobitym do dzisiaj rekordowym czasie 42 dni, Moro zdobywa cztery.

Połączy ich nie tylko lina, ale i węzeł przyjaźni. Stworzą jeden z najsłynniejszych zespołów w historii himalaizmu, jak Messner i Kammerlander czy Kukuczka z Kurtyką. „Bardzo bym się ucieszył, gdyby wspomniano alpinizm Denisa i mój w kontekście unii dwóch różnych osobowości, zestawów umiejętności, charakterów i fantazji, które perfekcyjnie się połączyły w poszukiwaniu wspólnego marzenia” – napisał Moro w wydanej właśnie w Polsce książce „Zew lodu”.

Zespół jest z innych światów. Moro, już wtedy obficie wyposażany w goreteksy, softshele, primalofty od renomowanych sponsorów, atakując zimą sześciotysięcznik, który w książce nazywa Marble Wall (właściwie Mramornaja Stena), zauważa, że jeden z kazachskich uczestników wyprawy nie dysponuje sprzętem alpinistycznym: „Miał za to złote zęby i korony z szarawego metalu, brązowy płaszcz, aksamitne spodnie, skórzane buty i raki zapinane na paski. Maszerował jednak niczym niewzruszony i szczęśliwy”.

W 2000 r. Urubko trafia wreszcie z Moro w Himalaje. I pierwszy raz spotyka polskich himalaistów. Kierownikiem wyprawy na Lhotse jest Piotr Pustelnik. – Denis w sposób zupełnie naturalny chodził szybko, a Simone musiał się starać za nim nadążyć – wspomina. Kazach i Włoch mają autorski plan – trawers ośmiotysięczników – Everestu i Lhotse. Wchodzą tylko na ten pierwszy. Podczas wyprawy ginie namiot wspinaczy. Porywa go lawina albo ktoś kradnie. Wraz z nim przepada kombinezon Urubki. – Simone, który miał dwie beczki ubrań, nie był tym specjalnie zmartwiony, a Denis strasznie. Dałem mu swój kombinezon. Przez 12 lat usiłował mi go oddać, choć mówiłem, że dostał na własność – opowiada Pustelnik.

Wkrótce Urubko ma okazję do rewanżu – sprowadza spod Lhotse wyczerpaną Annę Czerwińską.

Dzięki nawiązaniu relacji z Polakami dostaje się do składu zimowej wyprawy na K2, kierowanej przez Wielickiego. Wraz z trzema innymi wspinaczami ze Wschodu. Tym razem to oni dezerterują, nie widząc szans na sukces. – A Denis został z nami. Nie dość, że ciągnął robotę, to okazał się jeszcze świetnym kumplem, bardzo uczynnym – mówi Wielicki.

Na 7630 m Urubko zakłada z Piotrem Morawskim obóz IV. Zimą na K2 nikt do dziś nie dotarł wyżej. Potem dochodzi tam znów z Marcinem Kaczkanem. Ten zdradza rano objawy choroby wysokościowej. Urubko rezygnuje z ataku, pomaga mu w zejściu, dopinguje. W bazie zaprzyjaźnia się także z himalajskim nestorem Bogdanem Jankowskim. Słuchają Wysockiego, rozmawiają po rosyjsku.

Nad tajgą do Nepalu

Trener Iliński postanawia realizować program zdobywania ośmiotysięczników normalnymi drogami. To nie satysfakcjonuje już jednak Urubki. – Nie chciałem podążać po śladach innych ludzi, chciałem znaleźć dla siebie coś jeszcze bardziej kuszącego – mówi.

Koronę Himalajów zgromadzi i tak – w 9 lat. Tymczasem wytrenowany w zawodach szybkościowych w górach Kazachstanu, nawet na siedmiotysięcznym Chan Tengri, odkrywa, że może działać w podobny sposób w Himalajach. – Jest nieprzeciętnie wydolny i odporny na wysokość. Inni zawodnicy, nawet gdyby latami trenowali, nie będą tego mieli – ocenia Pustelnik.

Na Gaszerbrum II wchodzi dwie godziny szybciej niż poprzedni rekordzista Bukriejew. Gdy Iliński zabrania mu wchodzić na Broad Peak nową drogą, podejmuje się wyzwania na własną rękę. Żeby zdobyć pieniądze, sprzedaje nawet na bazarze w Pakistanie stary sprzęt. Z Siergiejem Samojłowem przechodzi południową ścianę szczytu. Trzy lata później, w 2006 r., nową drogą zdobywają Manaslu. Dostają nominację do alpinistycznego Oscara – Złotego Czekana.

Ale do zdobycia pozostają jeszcze nieosiągnięte zimą ośmiotysięczniki. Wśród nich – jako ostatni w nepalskich Himalajach – Makalu. Moro organizuje wyprawę, Denis prosi o pozwolenie na wyjazd w wojsku. Niespodziewanie dostaje odmowę. Tego samego dnia kupuje bilet lotniczy. W jedną stronę. Samolot, jak w słowach piosenki, którą wykona potem z gitarą w kultowej restauracji Rum-Doodle w Katmandu, leci „przez mgły nad niebieską tajgą do Nepalu, do Nepalu, do Nepalu!”.

I tak ucieka w życiu po raz drugi.

9 lutego 2009 r. w smagającym wietrze kilka metrów przed wierzchołkiem mówi: „Simone, teraz ty idź pierwszy, zasłużyłeś sobie”. Ujęcia z wejścia na piąty szczyt Ziemi obejrzą miliony w spotach ich odzieżowego sponsora, którego hasłem reklamowym jest „Nigdy nie przestań odkrywać”.

Kilka miesięcy później Denis wspina się z Borysem Dedeszko na Czo Oju. Wybierają wejście nieprzebytym filarem. W stylu alpejskim, czyli na lekko, cięgiem, nawet bez łączności. Nastaje załamanie pogody. Wycofanie się jest niemożliwe, na wejście na szczyt nie mają sił. Drogi bronią masy śniegu, gotowe w każdej chwili zjechać ze stromych ścian wraz ze wspinaczami. Cudem stają na wierzchołku pewni, że i tak nie zdołają z niego wrócić. Przed wyjściem kazali kucharzom zwijać bazę, gdyby nie wrócili po 10 dniach. Wracają jedenastego. Baza nadal stoi.

W następnym roku w Chamonix odbierają Złoty Czekan, a Urubko poświęca tym wydarzeniom rozdział w książce. Tytułuje go „Reinkarnacja”.

Na nowo odradza się raz jeszcze dwa lata później na Gaszerbrumie II. Jako pierwszy człowiek na świecie staje zimą na szczycie ośmiotysięcznika położonego w górach Karakorum i jest też pierwszym zimowym zdobywcą tak wysokiego szczytu w Pakistanie. Zaraz za nim wchodzą Moro i Amerykanin Cory Richards. Udaje się tego dokonać po 23 latach prób różnych wypraw. Wiatry w górach Pakistanu wieją jednak mocniejsze i jest tam jeszcze zimniej niż w Himalajach. „Cierpienie jest częścią sowieckiego DNA Denisa” – opisze potem współpartnera w nagradzanym na festiwalach górskim filmie „Cold” („Zimno”) ten ostatni. Wykorzystują jedyne 30 godzin okna pogodowego. Na ostatnim prowadzącym pod stromymi zboczami fragmencie zejścia słyszą huk. Po nim zapada ciemność. Byłem gotowy na śmierć – powie później Urubko, a w trzecioosobowej narracji w książce „Czekan porucznika” doda: „Kiedy lawina zatrzymała się, ze zdziwieniem stwierdził, że może swobodnie oddychać”. Zasypanych po szyję i twarz Urubkę i Richardsa odkopuje strącony tylko przez masy śniegu Moro.

Rosjanin Polakiem

Przyszły polski himalaista w Tatry trafia po raz pierwszy dopiero po tych wszystkich przygodach. Ratownik TOPR i uczestnik zimowej wyprawy na K2 Maciej Pawlikowski porywa go z odbywającego się w Zakopanem górskiego festiwalu maluchem do Kuźnic, zabiera na Kasprowy, następnie do Murowańca. Jednak dopiero młodszy o dekadę Adam Bielecki odkrywa przed Urubką, w marcu 2014 r., uroki taternictwa. Przygotowują się do wyprawy na Kanczendzongę, a potem na zimowe K2. Pierwsza sukcesem kończy się tylko dzięki samotnemu wejściu na szczyt Urubki, drugą zatrzymuje jeszcze w Europie chińska biurokracja. W Europie, bo Denis od kilku lat mieszka w Nembro koło Bergamo, w rodzinnych stronach Moro. W 2012 r. zrzekł się kazachskiego paszportu, od 2013 r. na nowo posługuje się rosyjskim, a 12 lutego 2015 r. z rąk wojewody dolnośląskiego odebrał polski. Starał się o niego od kilku lat, niektórzy twierdzą, że za namową polskich przyjaciół. On – że z przyjaźni i szacunku dla Polaków. Choć nie ukrywa: – We Włoszech musiałbym prosić o obywatelstwo, a tutaj to mnie proponowali jego przyjęcie.

W Kazachstanie i Rosji uważano go za świra, w Polsce jest bardzo zaskoczony tym, jak jest przyjmowany, jak ludzie pasjonują się tu alpinizmem, himalaizmem, górami – mówi jego pochodząca z Kazachstanu menedżerka Alija Abilbajewa.

Ten papier ułatwi mu życie. Traktowałbym to w kategoriach pragmatycznych. Wszystkie największe sukcesy osiągnął pod inną flagą. U nas ma czystą kartę – ocenia z kolei Pustelnik.

„Żadnego miejsca zamieszkania nie uważałem za swój dom. Ot, przymierzam sobie po prostu różne punkty świata jak ubranie i żaden kostium nie leżał na mnie dotąd, jak trzeba, w żadnym nie chciało mi się pozostać na zawsze” – pisze w „Czekanie porucznika” Urubko. A w dokumencie „Pura Vida”, opowiadającym o akcji ratunkowej, w której uczestniczyli himalaiści z wielu krajów, mówi: „Jesteśmy z jednego państwa: Gór”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama